Data: poniedziałek, 1 Październik 2007 autor: admin
Po wspinaczce i trekkingu odpoczywaliśmy zwiedzając piękną Gruzję
Jechaliśmy Toyotą Land Crusier, która podróżowali dość majętni turyści z Tbilisi – jedyne miejsca, jakie mieli wolne to małe, składane siedzonka w bagażniku. Po tylu godzinach oczekiwania nie marudziliśmy – przeciwnie, byliśmy wniebowzięci. Czekała nas trzygodzinna jazda po górskiej, szutrowej drodze. Z poziomu 1700 wjechaliśmy 1000 m wyżej na przełęcz a następnie zjechaliśmy do 600 m npm, po potwornych dziurach i niekończących się serpentynach. Gruzini, którzy nas wzięli doskonale znali angielski, wiec prawie cały czas rozmawialiśmy o Gruzji – jej problemach, polityce itd. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że kierowca był istnym rajdowcem, któremu sprawiało niezwykłą satysfakcję pędzenie na granicy przyczepności na skraju przepaści. Gdy po ponad 100 km szczęśliwie dojechaliśmy do asfaltu, odetchnęliśmy z ulgą…
Powoli robiło się ciemno. Michał już dojechał, znalazł miejsce na namiot, kupił nawet jedzenie i piwo oraz wysłał nam sms z informacjami jak do niego trafić. Jednak nagle nasz samochód zjechał z głównej trasy i zatrzymał się na parkingu przy restauracji. Na nasze zdziwione spojrzenia kierowca odpowiedział: “No co? Jest niedziela popołudniu! Wszyscy Gruzini w tym czasie idą na dobry obiad do knajpy!” Nie żartował – bardzo trudno było znaleźć wolne stoliki. Kierowca się zapytał co chcemy zjeść. Bardzo się uśmiał jak usłyszał: “cokolwiek, byle by to nie był proszek z paczki zalewany wodą”. Po chwili nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom: Chaczapuri, chinkari, szaszłyki z baraniny, warzywa pod wszelkimi postaciami, gruziński chleb, no i oczywiście olbrzymie baniaki czerwonego wina. Nie było nic lepszego na nasze żołądki, które już miały serdecznie dość żarcia z paczki. Ucztowaliśmy blisko godzinę, wznosząc co chwile kolejne toasty.
Kiedy z niewielkimi problemami dotarliśmy do Michała, był głodny i trochę wkurzony, że ominęło go świetne jedzenie. Biedak posilił się batonem i zupką z paczki… A należało mu się coś więcej bo znalazł polane na wzgórzu, z którego rozpościerał się cudowny widok na całą Mcchetę.
Rankiem upał wygonił nas z namiotów dość wcześnie. Po zwinięciu biwaku, zeszliśmy ze wzgórza ulicy i złapaliśmy marszrutkę do centrum. Pozwiedzaliśmy prawie wszystko, co wedle przewodnika warte zwiedzenia jest w Mcchecie. Oprócz starych, przepięknych, mających wielkie znaczenie dla Gruzinów cerkwi, miasto nie jest szczególne. Po kilku godzinach wsiedliśmy w marszrutkę do Tbilisi i po 30 minutach znów byliśmy na dworcu Didube. Planowaliśmy przedostać się do Kachetii, a w tym kierunku jakikolwiek transport odchodzi z dworca Samogori, dokąd przedostaliśmy się metrem. Samogori to plac, a raczej place, na których stoją dziesiątki Fordów Transitów. Po kilkunastu minutach szukania weszliśmy do tego właściwego, który miał nas zawieźć do Sighnaghi (5 lari/os). Nie jest to popularny kierunek, więc czekaliśmy około 2 godziny na zapełnienie się samochodu. W końcu, z prędkością światła (jak na tak wiekowy samochód) pomknęliśmy do miasta, które wg przewodnika LP ma “italian style”. Faktycznie ma, ale tylko połowa. Wysiedliśmy na placu, który otoczony był przez świeżo wyremontowane, pomalowane w pastelowych kolorach domki z balustradami, licznym balkonami – słowem “italian style”. Daliśmy się upolować pewnemu naganiaczowi i już po chwili jechaliśmy do naszej kwatery. Kilka przecznic za wspomnianym placem miasto przemieniło się w olbrzymi plac budowy – każdy budynek był w remoncie, każdy metr drogi i chodnika był wymieniany. Każda rura z gazem chowana pod ziemię, a studzienka kanalizacyjna wymieniana na nową. Panował hałas i wszędzie unosił się kurz. Po następnych kilku przecznicach znaleźliśmy się w nie odremontowanym Sighnagi. Znów wszelkie instalacje były na zewnątrz, domy nie były remontowane od czasów od czasów wybudowania, a resztki asfaltu stanowiły samotne wyspy pośród błota. Jeszcze to do nas nie docierało, ale w tym mieście działo się coś dziwnego.
Postanowiliśmy tym razem nie oszczędzać i na kwaterze wzięliśmy opcję full, czyli nocleg, jedzenie i picie bez ograniczeń. Był to rodzinny dom przedsiębiorczego Davida, który znał nieco angielski i rozwinął całkiem niezły biznes. Po wyczekanym ciepłym prysznicu, ogoleniu się i przebraniu w czystsze ciuchy wybraliśmy się na spacer po mieście – placu budowy. Przeszliśmy przez dzielnice nie wyremontowaną, gdzie mieszkaliśmy. Generalnie nie odbiegała on od gruzińskich standardów w niewielkich miasteczkach, czyli odpadające tynki, pomyje wylewane na środek ulicy i wszelkie kable wiszące a wysokości pasa. Następnie przemknęliśmy przez remont, gdzie robotnicy właśnie przerabiali średniej wielkości blok z wielkiej płyty na chatkę we włoskim stylu. Co dziwne, wychodziło im to! Po przeciwnej stronie ulicy właśnie malowano przerobiony blok na różowo… Dalej było już tylko piękniej – bruk na ulicach, latarenki, kawiarenki – istny Neapol. Spotkaliśmy dwóch Polaków w drodze do Iranu, z którymi wypiliśmy piwo przy popiersiu Stalina i poopowiadaliśmy różnych przygodach… Dopiero podczas kolacji w naszym hoteliku dowiedzieliśmy się, że władze centralne wyznaczyły Sighnagi na miejsce, do którego mają ściągać turyści z całego świata, aby zostawiać tu duże pieniądze i dlatego zarządzono remont absolutnie wszystkiego i to “na wczoraj”, więc prace trwają 7 dni w tygodniu. W sumie przepiękne umiejscowienie na szczycie wzgórza otoczonego średniowiecznymi murami z basztami w połączeniu z trochę sztucznym stylem tego miasta może się podobać zorganizowanym wycieczkom, dla których budowane są wielkie hotele i drogie knajpy. Zobaczymy jak będzie tam za kilka lat, ale mam wrażenie, że będzie to kurort dla wybranych.
Po kolacji, która przeciągnęła się do nocy poszliśmy spać – po raz pierwszy od opuszczenia domu na łóżkach. Rankiem wybraliśmy się do pobliskiego monastyru Bodobe. Również całkowicie odnowionego, w którym jednak można podziwiać freski przedstawiające sceny z Biblii, których trudno znaleźć w kościołach katolickich. Pokręciliśmy się jeszcze po mieście i postanowiliśmy przejechać stopem do Telavi – miejsca, które jest najlepszą bazą wypadową do klasztoru Alaverdi i akademii Ikalto. Po 15 minutach zatrzymał się Gruzin, który doskonale mówił po angielsku – okazało się, że przez 14 lat był przewodnikiem turystycznym po krajach Afryki Południowej, a teraz pędził do Tbilisi, aby zdążyć na samolot na Tajwan, gdzie mieszka jego żona. Znów mieliśmy możliwość poznać opinie Gruzinów o ich kraju, o zmianach jakie się dokonują i o przyszłości. Nasz kierowca, jak każdy narzekał na małe zarobki oraz na Rosję.
W Telavi kupiliśmy arbuza i szliśmy drogą wylotową próbując złapać stopa dalej do Alaverdi. Było jednak późno więc na obrzeżach miasta postanowiliśmy poszukać miejsca na namiot. Podszedłem do grupki młodych Gruzinów i zapytałem o dobre miejsce. Po kilku minutach już byliśmy zaproszeni przez młodego Kurda Bekę do niego do domu. Przejechaliśmy samochodem z jego kuzynem do mieszkania Beki po przeciwnej stronie miasta.
Beka mieszkał ze swoja Babcią, a jego rodzice pracowali w Czeczenii. Wieczór upłynął nam na zjedzeniu skromnej kolacji, wypiciu sporej ilości czaczy oraz na rozmowach do późnej nocy. Mimo swojej biedy ugoszczono nas jak najbliższych członków rodziny. Następnego dnia Beka oprowadził nas po mieście i wskazał miejsce, z którego odjeżdżają autobusy do Alaverdi. Podczas pożegnania poprosił nas o jakiś “suwenir”, na pamiątkę. Bardzo ucieszył się ze starego przewodnika po Kaukazie z kolorową mapą Gruzji.
Po ok 30 minutach jazdy byliśmy przy katedrze, która… stoi w środku pola. Od innych zabudowań oddalona była o kilkaset metrów. Nie licząc mnichów, kilku babuszek sprzedających świeczki byliśmy tam sami. Katedra jest bardzo wysoka i wygląda fantastycznie na tle zalesianych wzgórz Kaukazu. Wnętrze katedry jest puste – jest ona w trakcie renowacji. Tylko gdzieniegdzie przebijały się pozostałości fresków, których sowieci nie dali rady zamalować. Sama bryła nie odróżnia się od innych gruzińskich świątyń, ale jej surowość i przedziwne położenie sprawiło, że spędziliśmy tam ponad godzinę. Bardzo nam się tam podobało. Wracając marszrutką do Telavi zatrzymaliśmy się przy odbiciu do miejscowości Ikalto gdzie znajdują się ruiny słynnej akademii. Kilkanaście minut piechotą dzieliło nas od przepięknego miejsca w którym kształciły się wszystkie średniowieczne znakomitości Kaukazu – z samą królową Tamarą na czele. Na miejscu znajduje się mała cerkiewka i ruiny potężnej budowli. Po całym kompleksie oprowadził nas kustosz tego miejsca, który niezwykle ciekawie opowiadał o akademii. To niesamowite, że na trzy wieki przed powstaniem pierwszej akademii w Polsce, w Gruzji już taka działała od pół tysiąca lat!!! Nie licząc kilku modlących się pielgrzymów byliśmy tam sami. Jakże inaczej się zwiedza zabytki tego rodzaju, kiedy nie ma sklepów z pamiątkami i setkami “wczasowiczów”, których przywożą luksusowe autokary. Można przysiąść, podumać, najeść się do oporu śliwek…
Busikiem dojechaliśmy do Telavi, skąd taksówką pojechaliśmy do Tbilisi(!) – taksówka, ponieważ zatłoczona i powolna marsztutka kosztowała 7 lari, a szybki mercedes 8 lari! Po około 2,5 h byliśmy znów w Tbilisi, gdzie metrem przedostaliśmy się na główną ulicę miasta – Aleje Szoty Rustavelego. Szliśmy w kierunku Placu Wolności pytając się o możliwość noclegu. Była 17, a my nie mieliśmy jeszcze nic zorganizowanego. Znów spotkaliśmy się z niesamowitą gościnnością, ponieważ babuszki sprzedające kwiaty, po obdzwonieniu wszystkich swoich znajomych, zdecydowały, że będziemy spać u syna jednej z nich, ale akurat nie mogła się do niego dodzwonić. Całkiem przypadkiem rozmowę usłyszał pewien młody, dobrze ubrany facet, który po chwili rozmowy w pięknym angielskim zaproponował nocleg u niego w domu. Wsiedliśmy więc do taksówki i już pędziliśmy na osiedle na obrzeżach. Okazało się, że byliśmy gośćmi doradcy Prezydenta Gruzji do spraw integracji z NATO. Zszokowało nas to troszkę, ale w końcu byliśmy w Gruzji, gdzie gościnność to cecha narodowa mieszkańców tego kraju. Wieczór znów spędziliśmy na rozmowach – tym razem o polityce, historii i dalekich podróżach, jakie odbył nasz gospodarz na szkoleniach organizowanych przez różne międzynarodowe organizacje… Rankiem zamiast pójść do pracy Givi oprowadził nas po całym centrum Tbilisi. Był to najlepszy przewodnik, ponieważ oprowadził nas wszędzie i opowiedział chyba wszystkie historie i legendy związane ze stolicą Gruzji. Rozstaliśmy się przy tureckich łaźniach, skąd Givi popędził do ambasady włoskiej po wizę, ponieważ za kilka dni spotykał się z unijnym komisarzem do spraw czegoś tam. Świetny człowiek. Po rozstaniu pochodziliśmy troszkę sami, aby poczuć klimat miasta, ale upał był tak okrutny, że nie wystarczyło nam sił na wiele. Ostatni raz pojechaliśmy metrem do dworzec Didube, skąd autobusem pojechaliśmy do Gori (3,5 lari/os)- miasta urodzin Stalina. Byliśmy tam po ok 2h jazdy. Stamtąd szybko przesiedliśmy się na marszrutkę do Uplicyche – starożytnego miasta skalnego (1 lari/os) Po kilkunastu minutach jazdy byliśmy na miejscu. Było późne popołudnie, miejsca pod namiot w bród, więc kupiliśmy wodę (baniak 5l na biwak) w sklepie i poszliśmy zwiedzać. Kasy były zamknięte, ale pan strażnik i tak nas skasował. Na początku chciał 10 lari/os, lari/os, ale gdy wytłumaczyliśmy mu, że nie będziemy spali wewnątrz (istnieje taka możliwość, ale nie jest to zbyt legalne), to wziął tylko 5 lari/os co jest równowartością normalnego biletu. W żółtych promieniach popołudniowego słońca chodziliśmy po ruinach skalnego miasta bez ograniczeń. Znów nikogo nie było – tylko my i kilka tysięcy lat historii tego miejsca. Skalne groty nie są zachowane w bardzo dobrym stanie, ale czemu się dziwić – ruiny prawie nie są tknięte przez jakichkolwiek konserwatorów (no możne poza kilkoma betonowymi kolumnami w stylu sowieckim…). Bardzo polecamy to miejsce. Spaliśmy na pastwisku zaraz nad rzeczką przepływającą w okolicy.
Następne przedpołudnie spędziliśmy próbując się wydostać z wioski. W końcu pojechaliśmy taksówką za równowartość biletu na marszrutkę (3 lari). Dojechaliśmy pod samo muzeum Stalina. Ten monumentalny budynek, wagon, w którym jeździł “Generalissimus” oraz dom, w którym się urodził obejrzeliśmy jedynie z zewnątrz. Jakoś nie pałamy specjalnym uczuciem do tego pana, który na sumieniu ma kilkadziesiąt milionów ofiar, więc oglądanie zdjęć “samego jego” oraz prezentów np. od Mao, bądź Bieruta sobie odpuściliśmy. Przeszliśmy się jedynie po mieście, które na tle innych gruzińskich tej wielkości prezentuje się całkiem schludnie i przyjemnie. Trochę odremontować, wywalić pomnik Stalina i będzie super! Złapaliśmy marszrutkę do Borżomi (7 lari/os) – słynnego górskiego kurortu znanego przede wszystkim ze słonej wody mineralnej o tej samej nazwie. Droga przebiegła bez większych rewelacji. Miasteczko jest świetnie położone, bardzo zadbane i pełne turystów – głównie z Gruzji. Uzdrowiskowy charakter, kuracjusze w kapciach i nawet uroda otaczających gór – czułem się jak w Lądku Zdroju. Bardzo przyjemnie. Chodziliśmy sobie uliczkami pomiędzy kuracjuszami, ale szybko to się nam znudziło, więc wzięliśmy plecaki i i przeszliśmy do siedziby Parku Narodowego Borżomi – Karagauli w Likani. Stęskniliśmy się trochę za górami, wiec postanowiliśmy spędzić na szlaku 2-3 dni. Jednak zasady panujące w Parku, (opisane w poradach praktycznych) są tak chore, że nie zdecydowaliśmy się na wejście. Musielibyśmy podać nasz dokładny plan przejścia, spać tylko i wyłącznie w schroniskach, zapłacić z góry za wszystko, zbierać podpisy na punktach kontrolnych i u napotkanych strażników – na koniec wrócić w to samo miejsce z karteczką z dziesiątkami stempelków w celu sprawdzenia, czy aby na pewno przeszliśmy tą trasę jaką zaplanowaliśmy. Poza tym najwcześniej mogliśmy wejść dopiero następnego dnia rano, bo teraz już nie dojdziemy do miejsca, gdzie wolno spać… Horror i terror. Zwinęliśmy się i złapaliśmy stopa do Achałcyche – miejscowości, skąd można dostać się do Wardzi – kolejnego wielkiego skalnego miasta. Warto dodać, że jechaliśmy Mercedesem E-klasa z jakimś lokalnym mafioso, z którym jednak świetnie się rozmawiało. Pędziliśmy więc przez góry, a widoki były cudne! W myślach wbijaliśmy na pal tego, który wymyślił tak restrykcyjne zasady poruszania się po parku… Achałcyche to niezbyt przyjemne betonowe miasto, w którym tylko poszliśmy po baniak wody na biwak. Jednak wyprawa do sklepu zakończyła się z kolejnym zbrataniem z miejscowymi! Sącząc sobie piwko w upale zaczęliśmy rozmawiać z “panami spod sklepu” Gdy się dowiedzieli, że jesteśmy z Polski zapragnęli wypić z nami “stakana za znakomstwo”. Tak oto połówka wódki narodnej przelała się przez nasze gardła, a my mieliśmy kolejnych przyjaciół, którzy życie by za nas oddali!!! Również chcieli nas przenocować, ale sądząc z facjat dżentelmenów nocleg ograniczyłby się tylko do następnych butelek… Kolejnym stopem z młodą parą dojechaliśmy do pięknego miejsca nad rzeką, gdzie postanowiliśmy pozostać do rana… Kolacja zrobiona przez Marka była wyborna, a noc cicha i spokojna…
Rano wstałem jako pierwszy i przeszedłem się po okolicy. Okazało się, że po drugiej stronie rzeki jest jakieś gospodarstwo. Gospodarz też mnie zauważył i z niemałym zaciekawieniem podszedł do naszego biwaku. Widząc zdziwienie malujące się na jego twarzy i uprzedzając pytanie wyjaśniłem mu co robimy i kim jesteśmy. Oczy szeroko mu się otwarły i zakrzyknął: “Nu rebiata! Jakże to tak w krzakach spicie, jak u mnie pokoje, jedzenie, picie i czacza! Co ze mnie za gospodarz! Chodźcie na śniadanie! Nie trzeba Wam czego?” Okazało się, że służył w wojsku w Legnicy i lata spędzone w Polsce wspomina bardzo dobrze. Szybko złapaliśmy kolejnego stopa (pielgrzymi jadący do Armenii), którym dojechaliśmy do zamku Chertwisi. Mimo upału zwiedziliśmy go całego, a także pobiegaliśmy chwilę po okolicznych wzgórzach. Na prawdę warto zatrzymać się tu w drodze do Wardzi. Wielometrowe mury pośród gór wyglądają majestatycznie. Następnie ciężarówką z zaopatrzeniem do sklepików pojechaliśmy do kolejnej wioski, skąd wzięli nas żołnierze ich służbowym Land Roverem. Tak oto dojechaliśmy do jednego z największych zabytków w okolicy. Skalnego miasta Wardzia. Nie wchodząc w szczegóły, które można znaleźć w Internecie i przewodnikach – jest to zniszczona przez trzęsienie ziemi tajna twierdza, która mogła pomieścić kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Trzeba tam być. Rewelacja. Samo wejście kosztuje 5 lari/os, a przejście się po setkach wykutych w skale komnatach, klasztorze i kilku skalnych tunelach jest warte trudu dotarcia do tego miejsca i wspinaczki po zboczu. Kto tam nie dotarł niech żałuje!
Mieliśmy szczęście i załapaliśmy się na powrotny busik do Achałcyche (4 lari). Po drodze jednak zdarzyło się coś, czego nikt by się nie spodziewał. Do busiku weszło trzech młodych, schludnie ubranych mężczyzn. Stojąc w w trzęsącym się busie zaczęli śpiewać lokalne pieśni – na głosy. Zanim przeszło oszołomienie czystością głosów, majestatem pieśni oraz kunsztem wykonania, zaśpiewali trzy utwory. Jeden z nic znal angielski, więc jak tylko dowiedzieliśmy się, że jadą na mszę, gdzie będzie jeszcze więcej śpiewów, na jeszcze więcej głosów natychmiast zadecydowaliśmy, że jedziemy z nimi. Chłopacy się zgodzili, więc została jeszcze tylko sprawa przekonania księdza czy aby katolicy mogą uczestniczyć w nabożeństwie odprawianym w obrządku gruzińskim. Śpiewacy stwierdzili, że to załatwią, więc nie dojechaliśmy do Achałcyche, tylko wysiedliśmy we wiosce Aspindza. Okazało się, że ksiądz nie dojechał, ale msza się i tak odbyła. Trwała 2,5h – śpiewania było dużo, ale jeszcze więcej czytania w tempie AK-47 pisma świętego. Za to mieliśmy okazję uczestniczyć w nabożeństwie na gruzińskiej wsi. To samo co i u nas. Dziewczyny z komórkami niecierpliwie czekają na sms, starsze panie przysypiają pod ścianami, a małe dzieci robią zawody we wtykaniu sobie świeczki w uszy bądź nosy. Spaliśmy u poleconego przez śpiewaków gospodarza, który był trochę gburowaty (5lari/os).
Złapaliśmy pierwszy busik do Achałcyche (2 lari), gdzie byliśmy ok 9 rano. Okazało się, że do Batumi można dotrzeć na dwa sposoby – ponad 400 km i 6h normalnym asfaltem przez Kutaisi (18lari/os) lub “czeres perewal” czyli przez góry Adżarii niecałe 200 km, 7h i (15 lari/os). Nie zastanawialiśmy się długo. Przeprawa Fordem Transitem przez przełęcze w dzikich górach Adżarii to miała być przygoda zamiast nudnej jazdy asfaltem. Jechało z nami jeszcze dwójka Polaków i sporo miejscowych. Kierowca ucieszony z faktu, że złapał obcokrajowców na cały kurs dał nam najlepsze miejsca i zapowiedział, że przerwy na fotki możemy robić kiedy tylko chcemy. Mieliśmy ruszać o 11, ale zanim wyruszyliśmy z miasta Ford odwiedził kilka serwisów, gdzie dokonano kilku drobnych napraw. Asfalt skończył się zaraz za miastem i rozpoczęła się jazda terenowa. Droga wyglądał jakbyśmy jechali przez zalesione karkonoskie lasy. Dzikie ścieżki, piękne widoki… Od tamtej pory uważam Transita za najlepszy samochód dostawczy. Niejeden właściciel samochodu terenowego odpuściłby sobie niektóre części tej trasy, a co dopiero regularnie wozić tam ludzi busem! Polecamy te drogę każdemu, kto ma silne nerwy i lubi ryzyko. Późnym popołudniem dojechaliśmy do Batumi, gdzie wykąpaliśmy się w ciepłym jak zupa morzu, przejechaliśmy marszrutką na przejście graniczne (1 lari/os), wydaliśmy ostatnie lari na chaczapuri i opuściliśmy Gruzję obiecując sobie, że kiedyś tu wrócimy. To jest maleńki kraj, a jednak nie udało nam się wszystkiego zobaczyć, poznać odpowiednio dobrze miejscową kulturę i obyczaje.
Na granicy byliśmy ok 20-21. poczekaliśmy na autobus z napisem “Istambuł” za szybą. Daliśmy kierowcy po 30 dolarów i następnego dnia o 13 byliśmy w Istambule. Tam znaleźliśmy tani hotelik i dwa dni szwendaliśmy się po stolicy Bizancjum. Miasto przytłacza przede wszystkim natłokiem turystów. W centrum są ich miliony. Najwięcej czasu spędziliśmy w Hagia Sophia, która zrobiła na nas oszałamiające wrażenie. Po dwóch dniach, autobus do Suczawy w Rumunii (50$) i z czterodniową przerwą na przejście grani Czarnohory i zwiedzanie Lwowa standardową droga przez Medykę znaleźliśmy się w Polsce.
Ponad miesiąc w podróży, zdobycie pięciotysięcznika, dziesiątki poznanych ludzi, trekking po Kaukazie, Czarnohora i Istambuł. Zetknięcie się z odmienną kulturą, fantastycznymi ludźmi, codzienne trudy podróży, przyjaźń uczestników. To sprawia, że już myślimy o następnych podróżach, odległych zakątkach i niezwykłych przygodach…
Kategoria: 2007 Gruzja, Gruzja | Komentarze (0)



















































