Data: poniedziałek, 1 Październik 2007 autor: admin
Relacja z naszego wejścia na Kazbek
do poczytania dla tych, którzy się wybierają
Autobusem (1 lari/os) dojechaliśmy pod główny dworzec kolejowy i bazar. Tam, wzbudzając niemałe zainteresowanie kupiliśmy ostatnie zapasy i spotkaliśmy pierwszych Polaków, których w Gruzji okazało się być mnóstwo. Maciek i Mateusz przekazali nam wiele informacji, za które serdecznie dziękujemy!!! Marszrutki do Kazbegi odchodzą z dworca Didube, do którego dostaliśmy się metrem (trzy stacje, 0,40 GEL). Ten dworzec to w rzeczywistości wielki parking dla marszrutek (99% marszrutek w Gruzji to Fordy Transity) wymieszany z olbrzymim bazarem, na którym można kupić prawie wszystko. Po pół godzinie jechaliśmy wyładowanym po brzegi Transitem w kierunku Kazbegi (8 GEL/os, ok 3h) Siedzieliśmy na ostatnich siedzeniach, więc nie dane nam było podziwiać widoków z Gruzińskiej Drogi Wojennej, ponieważ okna były na wysokości bioder. I tak cały czas odsypialiśmy noc w samolocie.
Wczesnym popołudniem dojechaliśmy do celu. Wysadzono nas na centralnym placu Kazbegi, wokół którego koncentruje się życie miasteczka – są tu bary, kioski, sklepy, autobusy, marszrutki no i Łady Niwy, które wożą leniwych i bogatych turystów do położonego 400 m wyżej słynnego kościółka Tsminda Sameba (ta przyjemności kosztuje 50 GEL za kurs – max 4 os). My potrzebowaliśmy świeżego chleba (rewelacyjne gruzińskie chlebo-placki z piekarni przy placu polecam każdemu), piwa i przede wszystkim benzyny do palnika, na którym zamierzaliśmy gotować. Niestety nie było nam dane zobaczyć Kazbeka, ponieważ zasłaniały go chmury.
Wyprawa w poszukiwaniu stacji benzynowej zakończyła się jakieś 500 m na południe od placu. Znaleźliśmy budynek z dystrybutorami, które przestały działać pod koniec epoki tow. Breżniewa… Jednak przed tą stacją stały dwie ciężarówki, których właściciele wiercili świdrami w oponach i coś tam upychali (tak, zamknięta granica rosyjsko gruzińska zachęca do przemytu na wielką skalę). Jednak bez problemów zgodzili się spuścić nam ze zbiornika litr ropy. Tego mieliśmy później żałować…
Po około godzinie spędzonej w Kazbegi ruszyliśmy w stronę Tsmindy Sameby. Jest kilka dróg dojścia – nie ma problemów z wybraniem właściwej – wystarczy iść pod górę i tak wszystkie się zejdą w jednym punkcie. Wejście z mega ciężkimi plecakami (mieliśmy wszystko na tydzień w bazie pod Kazbekiem) kosztowało nas trochę sił, ale było warto. Tminda Sameba prezentuje się znakomicie, ale z zewnątrz. Zdaje się, że tylko jej przepiękne położenie wpływa na jej popularność. Jeżeli nie jesteśmy nawiedzonymi miłośnikami gruzińskiej sztuki sakralnej to prawdę mówiąc wnętrze nie prezentuje niczego okazałego.
Postanowiliśmy rozbić namioty niedaleko monastyru, aby wypocząć przed drogą do bazy i ostatecznie odespać noc w samolocie. Co nas najbardziej zszokowało to ilość spotykanych Polaków. Jeszcze na dole spotkaliśmy ich kilkunastu a kolejnych 10 nocowało razem z nami. Do końca wyjazdu zastanawialiśmy się co sprawiło o takiej popularności Gruzji wśród Polaków w tym roku (czyżby wydanie beznadziejnego przewodnika Bezdroży???). Wieczorem usiedliśmy przy wspólnym ognisku i słuchaliśmy opowiadań nowych znajomych z tej jak i innych wypraw. Pozdrowienia dla wszystkich!
Rankiem obudził nas deszcz. Znów nie było dane nam zobaczyć celu naszej wyprawy, ponieważ przesłaniały go gęste chmury. Po śniadaniu i zwinięciu namiotów ruszyliśmy w górę. tego dnia czekało nas podejście 1600 m najpierw przez trawiaste wzgórza, później przez skały, a na końcu przez lodowiec we mgle. Na trasie spotkaliśmy kolejnych Polaków – okazało się, że chłopaki są z tego samego wydziału co ja. Też mieli zamiar wejść na Kazbek. Po przekroczeniu rzeki, które było dość emocjonujące i przejściu przez skały znaleźliśmy się na lodowcu. Ścianę Meteostacji widoczną od strony wschodniejpomalowano na “pstrokato” więc jest bardzo dobrze widoczna. Najgorsza była końcówka podejścia, czyli “wspinaczka po nasypie kolejowym”. Dość strome podejście po osypującym się zboczu. Do bazy dotarliśmy ok godziny 19 i spotkaliśmy tam… Polaków. I to wielu. Jedni weszli tylko do bazy, inni szykowali się na wejście na Kazbek, a pozostali czekali na kolegów, którzy już powinni zejść ze szczytu. Wszyscy bez wyjątku chorowali, ponieważ woda, którą uznawało się za pitną (woda z roztapiającego się płata śniegu) powodowała liczne sensacje żołądkowe. Pamiętając, że najlepiej uczyć się na cudzych błędach, my wodę zawsze gotowaliśmy, więc udało się nam uniknąć przykrości. Zmęczeni i głodni rozstawiliśmy namioty a kucharz naszej wyprawy Marek zaczął gotować. Zaczął, ale nie skończył, ponieważ ropa z gruzińskiej ciężarówki skutecznie zapchała wszelkie otwory w palniku. Na szczęście poratował nas Andrzej i podarował nam litr (nie ostatni) ich paliwa (okazało się później, że niewiele lepszego…). Ale zjeść się udało.
Dopiero rankiem, po dość ciężkiej nocy spowodowanej wysokością zobaczyliśmy jaki piękny widok rozpościera się ze stacji meteo. Na pierwszym planie lodowiec, a dalej, po horyzont Kaukaz Wschodni ze szczytami grubo powyżej 3000 m npm. Okazało się, że dwójka Polaków, na których czekano w bazie poprzedniego dnia wróciła dopiero ok północy. Zgubili się we mgle i nie osiągając szczytu błądzili po wszystkich okolicznych dolinach. W jamie śnieżnej przeczekali i dopiero po zmroku mgła ustąpiła. Okazało się również, że kolejna trójka Polaków wyszła w nocy na szczyt. My postanowiliśmy zrobić “rozpoznanie bojem”, czyli nie będąc odpowiednio zaaklimatyzowani, wyjść “tak wysoko jak się da”. Postanowiliśmy iść za Andrzejem i jego dwoma kolegami. Najpierw ścieżką nad moreną boczną do czarnego krzyża, a potem moreną do początku plateau (do wysokości 4200), Nie było to najlepsze rozwiązanie, ponieważ morena była pełna szczelin między bryłami martwego lodu, poza tym ze zbocza po naszej prawej ręce ciągle spadały kamienie – zarówno małe pięści, jak i telewizory. Po dojściu na plateau zeszła mgła i idąc po śladach doszliśmy na wysokość 4400, gdzie oznaki choroby stały się tak wyraźne (ból głowy, osłabienie, mdłości), że postanowiliśmy zejść – tą sama drogą. Późnym popołudniem zeszła trójka Polaków, którym udało się wejść na szczyt. Po chwili negocjacji udało się nam przejąć ich flagę, która natychmiast wywiesiliśmy na kijkach trekkingowych przed naszymi namiotami. Od tamtej pory było to główne miejsce spotkań Polaków w tej części Gruzji. Okazało się, że do bazy przybyli kolejni Polacy – Asia i Mieszko oraz samotny podróżnik Mietek. Wieczór upłynął nam na leżeniu na skałach, odpoczynku, rozmowach i rozgrzewaniu się. Zapowiadała się przepiękna, bezchmurna i mroźna noc. Temperatura poniżej zero nie spadła, ale gwiazdy świeciły tak mocno ż w namiocie można było poruszać się bez czołówki.
Następny dzień postanowiliśmy spędzić na aklimatyzacji, czyli robieniu niczego. Planowaliśmy wspiąć się kilkaset metrów wyżej do małej kapliczki, ale siedzenie na kamieniach było tak błogie, że nikomu się nie chciało. Piękna pogoda troszkę korciła, aby wyjść na szczyt, ale pamiętając doświadczenia dnia wczorajszego woleliśmy nie ryzykować złego samopoczucia pod samym szczytem. Postanowiliśmy, że na szczyt wyjdziemy tej nocy. Okazało się, że razem z Andrzejem i jego ekipą, a także dwójką Poznaniaków.
W międzyczasie Mieszko i Asia zeszli do Kazbegi, a do góry przyszli Ula z chłopakiem i Basią oraz jakaś ekipa z Warszawy, która jednak nie wykazywała chęci do integracji…
Poszliśmy spać bardzo wcześnie i wstaliśmy ok drugiej w nocy. O trzeciej byliśmy już w trasie. Zewzględu na trudności z palnikiem wyszliśmy ostatni, jednak idąc po śladzie z GPS zapisanym dwa dni wcześniej do czarnego krzyża nie błądziliśmy i dogoniliśmy chłopaków z Poznania, Nie chcąc iść przez morenę zdecydowaliśmy się na marsz lodowcem. My poszliśmy trudniejszą technicznie prawą stroną, a chłopaki bardziej połogą lewą stroną. Świt był przepiękny, jednak znów gdy tylko dotarliśmy do plateau wszystko zasnuło się chmurami. Od tej pory mgła towarzyszyła nam bez przerwy. Po śladzie z GPS doszliśmy do miejsca, z którego zawróciliśmy 2 dni wcześniej, a dalej szliśmy po śladach trójki, która była tu poprzedniego dnia. Ich tłumaczenie było proste “Idziecie plateau w górę, za ostatnimi serakami w prawo i trawersem Spartaka na przełęcz, potem ściana, kopa i jesteście na szczycie”. Na szczęście ich ślady nie zostały zawiane. Mgła ograniczała widoczność do 20 metrów, lecz cały czas pięliśmy się w górę. Na GPS “stukały” kolejne setki metrów. Im wyżej, tym szło się gorzej – musieliśmy robić przerwy co mniej więcej 40 kroków. Na wysokości 4810 – tuż przed przełęczą stało się to czego się obawialiśmy. Michał poczuł się gorzej – było mu zimno mimo dwóch kurtek, trząsł się mimo wypicia termosu gorącej herbaty, kaszlał i sapał. Z rozmów wynikało, że świadomość też była trochę ograniczona. Szybko podjęliśmy decyzję, że Marek i Jędras idą na górę, a ja z Michałem schodzimy. Po wymianie sprzętu i pożywienia chłopaki zniknęli we mgle, a my zaczęliśmy schodzić. Ok 100 m niżej wykopałem czekanem siedzisko, gdzie Michał mógł odpocząć. Owinęliśmy się folią NRC i czekaliśmy. Miałem nadzieję, że kiedy chłopaki będą nas mijać schodząc, przepniemy się i ja będę mógł wejść z silniejszym, a drugi zejdzie z Michałem w dół.
Jędrzej i Marek zdobyli szczyt ok 10.00 i spotkali tam Poznaniaków i ekipę Andrzeja – wchodzili trochę innądrogą. Po sesji zdjęciowej w marnej pogodzie zeszli gubiąc drogę i nie minęli nas schodząc. Ja z Michałem po godzinie oczekiwania zaczęliśmy schodzić. Michał poczuł się znacznie lepiej, więc szło nam szybko. Atmosfera była trochę przygnębiająca, ale wynagrodziliśmy to sobie obserwacją kamieni spadających z południowo – zachodniego stoku Spartaka. Tuż przed bazą dojrzeliśmy chłopaków, którzy schodzili po lodowcu. Poczekaliśmy na nich i razem zeszliśmy do bazy. Postanowiłem, że spróbuje jeszcze raz. Okazało się, że przyszli kolejni Polacy, którzy twierdząc, że są zaaklimatyzowani po zdobyciu najwyższego szczytu Armenii, postanowili atakować dnia następnego. Po chwili namysłu zdecydowałem, że mam tyle sił, aby atakować następnego dnia. Dla mnie dzień skończył się ok 17 gdyż od razu poszedłem spać, aby wypocząć przed kolejną pobudka o drugiej w nocy. Podejście z 3675 mnpm na 4810 i zejście podczas kilkunastu godzin marszu sprawiło że zasnąłem natychmiast.
Nocna pobudka nie była przyjemna, ale nastrój mi się poprawił gdy tylko wyszedłem z namiotu, ponieważ niebo było bezchmurne. Po gorącej herbacie i czekoladzie na śniadanie zaczęliśmy mozolny marsz przez skały do lodowca. Było widać czołówki grupy Hiszpanów i dwójki Czechów. Po dojściu do lodowca związałem się ze Sławkiem z Warszawy, a reszta ekipy związała się w trójkę. Przeżyliśmy wspaniały wschód Słońca na lodowcu, a pogoda zapowiadała się przepiękna. Po przejściu przez plateau okazało się, że trójka miała znacznie wolniejsze tempo, więc zdecydowaliśmy się na rozdzielenie. Zaczęliśmy ze Sławkiem wchodzić na trawers. Widoki były wspaniałe, słońce przypiekało, a nam szło się wyśmienicie. Dokładnie w tych samych momentach potrzebowaliśmy przerwy, więc nie było żadnych nieporozumień. Wyprzedziliśmy Hiszpanów i mijając wykopane jamy, w których odpoczywaliśmy dzień wcześniej doszliśmyna przełęcz. Przed nami była słynna ściana, przed którą w swoich relacjach ostrzegają wszyscy, którzy weszli na górę. Fakt, była wysoka i bardzo stroma, ale prowadziła nią wyraźna droga z wyrąbanymi w lodzie stopniami. Szło się bardzo ciężko, z wieloma przerwami, ale nie stosowaliśmy dodatkowych zabezpieczeń. Potem jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów i szczyt! Potwornie zmęczeni, ale zadowoleni zrobiliśmy sobie małą sesję zdjęciową, posiedzieliśmy ok 20 minut podziwiając widoki i zaczęliśmy schodzić. Na przełęczy spotkaliśmy znajomych Sławka, którzy mocno zmęczeni, dzielnie podchodzili. Podczas schodzenia trawersem pogoda zaczęła się psuć, zrobiło się pochmurno i zaczęło nawet grzmieć. Mnie coraz bardziej udzielało się zmęczenie dnia wczorajszego… W drodze powrotnej musieliśmy robić kilkudziesięciominutowe przerwy na drzemki. Zaczął padać grad, zrobiło się nieprzyjemnie. Do bazy doszliśmy ok godziny 17, gdzie czekała na nas gorąca herbata i obiad przygotowany przez chłopaków. Nastroje wyraźnie się poprawiły. Prawie natychmiast poszedłem spać.
Marek, Jędrzej i Michał nie próżnowali w tym czasie i zajmowali się przepakowywaniem jedzenia i grą w karty. Następnego dnia zeszliśmy do Tsmindy Sameby, spotykając po drodze kolejnych Polaków. Serdeczne dzięki i pozdrowienia dla Uli z Krakowa, która przekazała nam przez Andrzeja czekoladę:)
Kilka dni pod Kazbekiem zmęczyły nas zarówno fizycznie jak i psychicznie. Z przyjemnością znów chodziliśmy po trawie i popatrzyliśmy na kolor zielony, mogliśmy napić się wody z doskonałego źródełka bez ograniczeń oraz pojawiła się okazja zrobienia zakupów. Zszedłem z Jędrzejem do Kazbegi, gdzie zrobiliśmy wielkie zakupy towarów, które przez ostatnie kilka dni były deficytowe – owoce, piwo, chleb, ser… Nie chciało nam się podchodzić, więc zdecydowaliśmy się podjechać Ładą, jednak cena 50 GEL była dla nas zbyt wysoka. Podeszliśmy wyżej i tam zapytaliśmy kierowcy, który wracał czy nas nie weźmie. Po ostrych targach, za 20 GEL jechaliśmy Ładą Nivą. Po dojściu do namiotów radości i obżarstwa nie było końca. Pogoda się poprawiła, więc nareszcie mieliśmy okazję oglądać Kazbeka w całej okazałości.
Kategoria: 2007 Gruzja, Gruzja | Komentarze (0)



















































