Data: czwartek, 27 Maj 2010 autor: admin
Oj działo się…
Zaczęło się od opóźnienia samolotu do Budapesztu i lekkiego stresu, czy aby następny, do Warszawy,, na mnie poczeka. Miałem 20 min na przesiadkę, ale wszystko się udało. Po ostatnich cięciach na PKP i wieczorze spędzonym na Dworcu Centralnym do Poznania dotarłem dopiero po 3 w nocy.
Sobota – dzień odwiedzin u rodziny, zwycięstwa Lecha Poznań, skończyła się niesamowitą imprezą niespodzianką zorganizowaną przez Alę i resztę przyjaciół. Jeszcze raz bardzo dziękuję i gratuluję wytrwałości w ściemnianiu do ostatniej minuty. Samo zobaczenie Was wszystkich po miesiącu było prezentem, a namiot na który się zrzuciliście (mimo, że jeszcze go nie widziałem:)) jest niesamowity. Pod dwoma względami. Po pierwsze, jest na prawdę solidny, a po drugie i w zasadzie najważniejsze – nic tak nie cieszy jak świadomość otrzymania przemyślanego, rozsądnego, “wychodzonego”, niezwykle trafionego prezentu od Przyjaciół. Całe to zamieszanie, które skończyło się tym, iż go jeszcze nie dostałem, dowodzi zaangażowania i poświęcenia – co się liczy najbardziej:) Jeszcze raz dziękuję:)
Niedziela to absolutorium. Impreza przyjemna, trochę śmieszna (te wszystkie stroje), trochę smutna (kończą się studia…), nie za długa, nie za krótka. Później obiad z rodzicami i kolejna impreza – tym razem z ludźmi i roku.
Poniedziałek. Wstawanie idzie średnio (trzecia krótka noc z rzędu), pociąg do Warszawy, obiad u Alka i samolot do Budapesztu. Następny dopiero następnego dnia, wiec mamy kilka godzin, żeby rozejrzeć się po mieście (i przespać w hostelu).
Z ciekawostek: Alek świetnie gotuje, rower udało się bezproblemowo przewieźć przez Warszawę, a Budapeszt to ładne, ale zaniedbane miasto.
Wtorek – zwiedzanie miasta psuje trochę pogoda (wieje i pada), ale udaje nam się zaliczyć spacer po starówce. Samolot do Prisztiny i wykończeni (znów mało snu) docieramy do mieszkania.
Kategoria: 2010 Kosowo, Kosowo | Komentarze (0)



















































