Data: poniedziałek, 1 Październik 2007 autor: admin
Relacja z naszego trekkingu przez Kaukaz Wschodni
Rozpoczął się kolejny etap naszej wyprawy. Planowaliśmy ok 10 dniowy trekking przez Kaukaz Wschodni z Kazbegi do wsi Omalo w Tuszetii. Pojawiło się kilka problemów. Po pierwsze nasza maszynka benzynowa po przebojach z gruzińskimi paliwami odmówiła posłuszeństwa. Po prostu tamto paliwo jest tak złej jakości, że pozatykało dysze i rurki doprowadzające paliwo. Poza tym znajomi (jechali z Polski samochodami), z którymi umówiliśmy się w Kazbegi na przekazanie paczki (butle z gazem, których nie można wozić samolotem, polskie jedzenie), mieli jakieś problemy z dojazdem… Pojechaliśmy do wsi Karkucza i tam na nich czekaliśmy. Dotarli dopiero po trzech dniach, które upłynęły nam na błogim lenistwie. Rozbiliśmy namioty na łące Gruzina, który wieczorem przyniósł nam mleko i ser. Na stwierdzenie, że chcemy zostać kilka dni, z uśmiechem powiedział, że możemy zostać do zimy, albo i dłużej.
Chodziliśmy po okolicy, robiliśmy “wyprawy” do następnej wsi do sklepu, kąpaliśmy się w rzece. Jednym słowem leniuchowanie, które jednak przydało się nam po Kazbeku. Mieliśmy okazje obserwować dziką przyrodę i życie codzienne mieszkańców wioski. Dzieci bez przerwy bawiły się w rzece, a dorośli kosili siano. Byli bardzo przyjaźnie nastawieni, przychodzili, rozmawiali. Tylko jeden facet trochę wdał się nam ze znaki, bo przyszedł nie do końca trzeźwy i uparcie twierdził, że Marek jest piękną dziewczyną i próbował zaprosić go do siebie… Po jakimś czasie zaczęło to być męczące, jednak po kilku aluzjach, żeby może już poszedł do siebie, dał sobie spokój.
W końcu przyjechali! Wcześnie rano, w sam raz na śniadanie. Po przywitaniach i opowieściach o dotychczasowej podróży oraz śniadanku wzięliśmy się do konkretów, czyli czyszczenia maszynki za pomocą wszelkich dostępnych w samochodzie terenowym narzędzi oraz pakowania naszych lin i czekanów na dach Land Rovera. Po kilkudziesięciu minutach walki z Primusem Marek z Michałem (Futrzakiem) przetkali zawór (Coca-cola z WD40 przetka wszystko, serio). Kiedy palnik był w plecaku, a worek ze szpejem na dachu samochodu Jędras podjął decyzje o wcześniejszym powrocie – zabrał się więc z Futrzakami – właścicielami Land Rovera – do domu…
Tak więc w dalszą drogę udaliśmy się we trzech. Samochody odjechały w stronę Kazbegi, a my poszliśmy w przeciwnym kierunku – drogą szutrową do wsi Dżuta – ostatniej wsi, do której można dojechać samochodem. Za nią już tylko posterunek wojskowy, gdzie dostaliśmy jakąś karteczkę (prawdopodobnie papierek poświadczający, że jesteśmy turystami a nie uchodźcami z pobliskiej Inguszetii) całą w makaronach i poszliśmy dalej szeroką, zieloną doliną. Zagłębialiśmy się coraz dalej w Kaukaz Wschodni. Następne kilka dni mieliśmy wędrować pasterskimi ścieżkami, wśród skalistych szczytów, między potokami z krystalicznie czystą i lodowato zimną wodą oraz porośniętymi pachnącymi ziołami łąkami… Żołnierz na posterunku zapytany (przez pośrednictwo gruzińskiego turysty, który znał angielski) o ilość turystów stwierdził, że jest ich bardzo dużo. Ilu? “No, w tym tygodniu jesteście już trzecią grupą…”.
My chcieliśmy odwiedzić dwie odcięte od świata wioski Achieli i Amha, w których miały znajdować się słynne kaukaskie wieże obserwacyjne, a później dojść do Szatili (w wersji optymistycznej zakładaliśmy nawet dojście do Omalo w Tuszteii). Czekało nas dwa dni marszu do wiosek, a później jeszcze 3 do Szatili. Trasa do przełęczy, której nazwy nie możemy odczytać z mapy (Archo… 3287mnpm) biegnie trawiastą, szeroką doliną, którą szło się bardzo przyjemnie raz po raz przekraczając płytki i szeroki strumień. Jedyną niedogodnością była pogoda, która postanowiła się popsuć – zaczął padać deszcz. To zmusiło nas do rozbicia namiotów na samym środku ścieżki. Jednak Jednak i tak nikomu to nie przeszkodziło, bo nikt tamtędy nie chodzi. Po sutej kolacji szybko poszliśmy spać.
Ranek przywitał nas suchy i słoneczny. Szybko zwinęliśmy biwak i poszliśmy dalej. Już w prażącym słońcu wspinaliśmy się coraz wyżej w stronę przełęczy, mijając skaliste, nienazwane szczyty, na których widniały jeszcze resztki śniegu. Około południa stanęliśmy na przełęczy, z której rozpościerał się cudowny widok. Kazbek zasłaniały nam inne góry, ale panoramy w kierunku wschodnim nic nam nie przesłaniało – widać było nawet szczyt Tebulosmta – najwyższą górę Czeczenii. Na przełęczy przy kopczyku z kamieni Marek znalazł kilka łusek od kałasznikowa – prawdopodobnie ślady po wiwatach kaukaskich górali. Od tego momentu nasz szlak prowadził ciągle w dół najpierw w kierunku wschodnim, a później północnym. Szliśmy wzdłuż potoków po kwiecistych łąkach, których zieleń wydawała się nieprawdopodobna – jak na początku czerwca. Intensywność tego koloru aż nadto wynagrodziło nam dni patrzenia tylko na lód i skały w rejonie Kazbeka. Późnym popołudniem dotarliśmy do wsi Achieli nad rzeką Assa. Pojawienie się trzech turystów z plecakami wywołało niemałą sensację w wiosce. Jeszcze zanim zobaczyliśmy pierwsze zabudowania, ze stoków po przeciwległej stronie krzyczeli do nas górale, przyjaźnie wołali pasterze oraz “kosiarze” siana, a mijani ludzie odwzajemniali pozdrowienia i przyjaźnie się uśmiechali. Wieś składała się z kilkunastu kamienno – drewnianych domków i kilku uliczek, na których pasł się inwentarz oraz bawiły się dzieci. Niewiele osób mówiło po rosyjsku, ale udało się nam porozumieć. Zostawiliśmy plecaki przy jednym z domów i podeszliśmy do wieży obserwacyjnej, która górowała nad wsią. Wieża to jedyne co pozostało z całkiem dużego kompleksu budynków, po których zostały tylko fundamenty. Dziwne, że sama wieża oparła się kaukaskim zimom i wiatrom, ponieważ wybudowano ją beż żadnej zaprawy. Większość z tego typu budowli już nie istnieje, często można napotkać jedynie ruiny lub same fundamenty. Wieże zostały zbudowane przez górali (historycy sami nie wiedzą do końca kiedy) i stanowiły sieć alarmowo – informacyjną. Gdy tylko w stronę gór zbliżały się armie rosyjska, perska, bądź turecka, górale rozpalali ogniska na szczytach wież, a obserwatorzy na innych, tak usytuowanych, aby było widać następne również rozpalali ogień. W ten sposób, w kilka chwil można było zaalarmować sąsiadów i zorganizować obronę. Dziś wieże nie są już potrzebne, więc rozpadają się jedna po drugiej i trzeba się spieszyć, aby je zobaczyć. Po zejściu do wsi porozmawialiśmy z jej naczelnikiem – facet wyglądał na naczelnika – w mundurze, postawny, poważny i wszystkiego doglądał. Dowiedzieliśmy się, że do najbliższego sklepu mają 20 km i muszą pokonać 1000 m przewyższenia. Jest to całodzienna wyprawa konno. Oprócz tego dowiedzieliśmy się, że ostatni turyści dotarli tam kilka miesięcy temu… Spytaliśmy o pozwolenie i rozbiliśmy się przy wiosce, nad rzeką. Podziwialiśmy tych ludzi, ich chart ducha i odwagę. Życie w takiej odległości od cywilizacji musi być ciężkie. Jedyną oznaka nowoczesności była turbina elektryczna na rzece, która dawała prąd dla dwóch wsi. Wieczorem światło w domach było jednak tak blade, że mogłoby z nim konkurować to odbite od księżyca…
Z namiotów wygoniło nas słońce, które ogrzało wnętrze do nieznośnej temperatury. Leżąc na karimatach przed namiotem i czekając aż ktoś zrobi śniadanie mieliśmy przygodę, której się spodziewaliśmy, ale obawialiśmy się konsekwencji. Od strony gór usłyszeliśmy ujadanie psów. Spojrzeliśmy w tym kierunku, a stamtąd w naszą stronę pędziły trzy olbrzymie, białe psy (myśleliśmy, że to owczarki kaukaskie, ale znajomy, który się zna, po obejrzeniu zdjęć stwierdził, że to jakieś inne – nie ważne, były olbrzymie). W pobliżu nie było nikogo z miejscowych, więc przestraszyliśmy się nie na żarty. Zanim wymyśliliśmy cokolwiek sensownego psy były już przy nas i… zajrzały do garnków, obwąchały namioty, po czym uwaliły się w nogach na karimacie i kazały się drapać po brzuchu i za uszami. Marek powiedział, że w nocy, kiedy wyszedł z namiotu też je spotkał – jego reakcja była podobna – zaczął się żegnać z życiem, a potem psy spały razem z nim przy namiocie (noc była gorąca, a Marek źle się czuł więc spał na zewnątrz). W przyjaźni z psami zwinęliśmy biwak i poszliśmy dalej na północ w kierunku wsi Amha. Doszliśmy już po pół godzinie idąc wzdłuż linii elektrycznej. Wszyscy mieszkańcy pracowali w polu kosząc siano, więc znów szliśmy pozdrawiając wszystkich napotkanych miejscowych. Ich wieś wyglądała na jeszcze starszą od poprzedniej. Domy były praktycznie tylko z kamienia, a wnętrza ograniczały się tylko do najpotrzebniejszych sprzętów. Rozglądając się po zagrodach stwierdziliśmy, że głównym zajęciem tych ludzi jest hodowla krów i wyrabianie sera z ich mleka. Postanowiliśmy zdobyć górę mieszczącą się nad wsią, do której powinna prowadzić ścieżka (jest zaznaczona na mapie, ale umówmy się – w terenie jej nie ma). Marek nie czuł się najlepiej, więc został i czytał a ja z Michałem wspiąłem się 1000 metrów ponad wioskę. Z góry, skąd roztaczał się piekny widok na okolicę – widzieliśmy przełom rzeki Assy, naszą dalszą trasę, mijane wsie, góry i doliny… po kilkudziesięciu minutach napawania się widokiem zeszliśmy do Marka, który już czekał z trzykilowym kawałkiem sera. Okazało się, że w czasie naszej nieobecności wrócił do wioski, aby kupić trochę miejscowego wyrobu. Życzliwość kaukaskich górali nie ma granic, ponieważ chcieli mu dać cały wieli krąg (ok. 6kg) kategorycznie wzbraniając się od jakiejkolwiek zapłaty. Marek jednak jakoś wcisnął im 10 lari, za które dostaliśmy zaproszenie na świeże mleko zaraz po wieczornym udoju. Niestety nasze plany były inne – poszliśmy w kierunku przełęczy Kocom… 2978mnpm. Początkowo ścieżka była widoczna, jednak im wyżej, tym mniej krów (i byków, które goniły Marka), a co za tym idzie pasterskich szlaków i zaczęły się problemy ze ścieżkami. Przedzieraliśmy się przez krzaki i zarośla z różnych aromatycznie pachnących roślin, które nieraz były wyższe od nas. Dotarliśmy do początku i tu rozbiliśmy namioty – zaraz przy źródłach, które od razu wypływały pokaźną rzeczką. Byliśmy wykończeni. Po kąpieli w lodowatym strumieniu i gorącej kolacji poszliśmy spać.
Ranek był gorący i wilgotny. Wzięliśmy ze sobą tyle wody ile mogliśmy unieść, ponieważ z mapy wynikało, że nieprędko napotkamy jakikolwiek strumień. Kontynuowaliśmy nasz marsz przez “zielsko”, które nieraz sięgało nam do pasa. Ścieżka stała się prawie niewidoczna – raz się pojawia, później znikała – generalnie szliśmy w dolinie, więc pogubić się nie mogliśmy, poza tym GPS czuwał nad kierunkiem marszu. Na przełęczy poważnie się ochłodziło, ale wszystkie niedogodności wynagradzał widok – znów widzieliśmy panoramę Kaukazu Wschodniego. Posiedzieliśmy i popodziwialiśmy widoki kilkadziesiąt minut przegryzając ser. później ruszyliśmy trawersem w kierunku północnym. Tu znów powinna by ścieżka, ale widzieliśmy jedynie jej pozostałości.
Przebywanie już od kilkunastu dni w tych surowych górach zmęczyło nas fizycznie oraz psychicznie. Dodatkowo pojawiające się problemy ze szlakiem obniżyły morale. Postanowiliśmy, że po dojściu do Szatili podejmiemy decyzję czy idziemy dalej, czy schodzimy i zaczynamy zwiedzać Gruzję. Siedząc na kolejnej mijanej przełęczy idąc już zupełnie bez ścieżki stwierdziliśmy, że skrócimy sobie trochę drogę drogę i przejdziemy dolinką, która na mapie nie wyglądała źle kilkaset metrów i dojdziemy do miejsca, gdzie (wg mapy) już powinien biec bardziej uczęszczany szlak. To był błąd. Okazało się, że dolinka jest bardzo stroma, ale na szczęście porośnięta rododendronami, których trzymając się kurczowo schodziliśmy. Okazało się że po zejściu przez skały musieliśmy omijać wodospady, prawie pionowe ściany. Było trochę niebezpiecznie, ale otuchy dodawał nam fakt, że zbliżamy się do zaznaczonej ścieżki. Po dwugodzinnej walce z doliną, podrapani przez różne krzewy, poobdzierani przez skały doszliśmy do celu. Niestety – ze ścieżki zostały tylko zarośnięte fragmenty, które nie rokowały najlepiej na dalsza drogę. Zrobiło się późno, więc rozbiliśmy się w zakolu rzeki, w jedynym nadającym się do tego miejscu…
Ranek mimo wszystko zaczęliśmy optymistycznie – mieliśmy przed sobą jedynie 6 km i perspektywę na zimne piwo w Szatili! Już na samym początku okazało się, że szlak dawno zarósł malinami, został zniszczony przez osuwiska. Znów musieliśmy chodzić po skałkach w strumieniu, przechodzić przez wodospady, lodowe zatory, które są pozostałością po wiosennych lawinach… Jedynym plusem był fakt, że rosło tam mnóstwo słodkich malin, których nikt nie zbierał. Gdy doszliśmy do trzeciej doliny, która miał być tą ostatnią rozwiały się nasze ostatnie nadzieje na znalezienie ścieżki. W tym momencie zaczął się “przedzieraking”. Tak nawialiśmy to co nas spotkało. Kilkadziesiąt metrów po zarośniętej ścieżce wśród roślin wyższych od nas, później trochę po osuwających się kamieniach, znów wypatrzeliśmy gdzieś pozostałości ścieżki, które urywały się przy następnym osuwisku. Słowem, najlepiej się nam szło brodząc w strumieniu – w butach i spodniach – dno było przynajmniej płaskie. Dodawaliśmy sobie otuchy śpiewając “Always look on the bright side of life” Po 5 godzinach takiego “marszu” dotarliśmy do drogi. Radości nie było końca! Dużych strat nie było – jedynie spodnie Marka dokonały żywota. Po przebraniu się mieliśmy niesamowite szczęście ponieważ chwilę po naszym wyjściu drogą w kierunku Szatili przejeżdżał Ford Transit, który nas podwiózł. Kierowca, który wysłuchał naszej opowieści stwierdził, że jesteśmy szaleni i podarował ciepłe chaczapuri.
O Szatili nie napisano w przewodnikach ani słowa. Postanowiliśmy tam dojść tylko ze względu na fakt, iż osada jest tak oddalona od najbliższych osiedli ludzkich. Spodziewaliśmy się znaleźć prawdziwie góralskie budowle i klimat miasteczka zagubionego wśród gór. Rzeczywistość przerosła nasze wyobrażenia i oczekiwania. wysadzono nas w górnej części miasta, gdzie wybudowano kilka domków z stylu socreal i kilka domków jednorodzinnych. Nagle w dole zaczęliśmy widzieć zarysy jakieś niezwykłej budowli. W miarę zbliżania się, nie mogliśmy uwierzyć w to co widzieliśmy. Znajdowaliśmy się nad olbrzymią kamienną twierdzą. Zanim nasze szczęki powróciły z okolic kolan przeszliśmy przez twierdzę do dolnej części miasta. Dopiero stamtąd widać ogrom tej budowli, która jak się okazało powstała w IV wieku naszej ery. To była pierwsza, ale nie ostatnia przesłanka, która świadczyła o potędze kaukaskiej kultury. Kiedy Słowianie koczowali gdzieś pomiędzy Wołgą a Uralem, na Kaukazie powstawały tak okazałe budowle. Dziś twierdza jest po renowacji, co jednak nie zostało wykonane dość profesjonalnie i z bliska widać niedociągnięcia typu: dachy ze “starożytnej” papy, bądź niewielkie betonowe wsporniki. Jednak z daleka twierdza prezentuje się znakomicie. Na eksplorowanie jej wnętrz poświęcilismy kilkadziesiąt minut. Na dole spotkaliśmy dwóch Amerykanów, którzy kręcili film dokumentalny o Gruzji. Towarzyszyło im dwóch Gruzinów, którzy dobrze znali angielski. Nareszcie porozmawialiśmy w języku, w którym mogliśmy wyrazić znacznie więcej niż po rosyjsku. Nasza rozmowa o Szatili, Kaukazie oraz o przygodzie odkrywania Gruzji została nagrana i jej fragmenty mają być wykorzystane w owym filmie. Amerykanie zrobili jeszcze kilka kiczowatych ujęć jak oglądamy twierdzę i poszliśmy dalej. Okazało się, że w wiosce jest sporo obcokrajowców. Minęliśmy grupę Niemców, którzy nie wykazali żadnej chęci do nawiązania kontaktu – byli zainteresowani tylko swoim Land Roverem i kajakiem, którym pływali po dość rwącej rzece. Bardziej skorzy do rozmowy byli nasi bracia z południa – Czesi. Okazało się, że idą z Omalo – potencjalnego celu naszego trekkingu. Krótka wymiana informacji – dowiedzieliśmy się, że droga jest ciekawa, ale zajmie nam kolejne 5 dni. Oprócz 2 dni idzie się po zwykłej drodze szutrowej, a z samego Omalo niezwykle trudno się wydostać. Po analizie mapy stwierdziliśmy, że kończymy trekking, Tuszetię zobaczymy następnym razem, a teraz zaczynamy kolejny etap wyprawy – zwiedzanie Gruzji i poznawanie Gruzinów! Z tym optymistycznym postanowieniem, po sutej kolacji poszliśmy spać zaraz za wioską na bardzo przyjemnym kawałku pastwiska.
Ranek był piękny i słoneczny, więc wstaliśmy szybko, aby złapać okazję i wydostać się z gór. Wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo, bo najbliższy przystanek autobusowy jest 50km od nas. Razem z Czechami, którzy także postanowili skończyć ich trasę (ponieważ nasłuchali się o naszych przygodach w dolinie, a planowali przejście tym szlakiem), zaczęliśmy łapać okazję. Tak… Można powiedzieć, że poszło nieźle – Michał wziął szósty przejeżdżający samochód, a Marka i mnie siódmy. Po siedmiu godzinach czekania… Czas mijał nam na leżeniu, odpoczywaniu, denerwowaniu się, że nic nie jedzie, wypatrywaniu w najbliższy zakręt drogi oraz na graniu w karty z Czechami w bardzo dziwna grę. Kiedy oni się wydostali nie wiemy… Michał pojechał do Mcchety na dwa razy, a ja z Markiem na raz i to z przygodami!
Kategoria: 2007 Gruzja, Gruzja | Komentarze (0)



















































