Data: wtorek, 20 Wrzesień 2005 autor: admin
Pokaż Krym 2005 na większej mapie
![]() |
| 2005.09 Krym |
Tagi: Krym, mapy google, Ukraina
Kategoria: Mapy, Ukraina | Komentarze (0)
Data: wtorek, 20 Wrzesień 2005 autor: admin
Pokaż Krym 2005 na większej mapie
![]() |
| 2005.09 Krym |
Tagi: Krym, mapy google, Ukraina
Kategoria: Mapy, Ukraina | Komentarze (0)
Data: poniedziałek, 19 Wrzesień 2005 autor: admin
Pomysł wyjazdu na Krym narodził się pod koniec czerwca. Jadąc świętować noc świętojańską Kasiaczek stwierdził, że warto by zobaczyć ten sławny półwysep. Tak powstał pomysł na tegoroczną wyprawę.
Przygotowując się do podróży zakupiliśmy mapę, no i oczywiście poświęciliśmy wiele godzin na czytanie relacji zamieszczonych przez innych podróżników w Internecie. Sprawdzaliśmy opcje dojazdu, co warto zobaczyć, na co być przygotowanym itp. Te przygotowania jeszcze bardziej rozpaliły naszą wyobraźnię i spowodowały, że zaczęliśmy niecierpliwie oczekiwać wyjazdu. Biorąc pod uwagę rady innych podróżników postanowiliśmy pojechać we wrześniu, aby uniknąć problemów związanych z kupnem biletów na pociąg, upałów, a także dzikiej masy rosyjskich turystów. Ogłosiliśmy tę wieść wśród znajomych i zebrała się odważna, pięcioosobowa ekipa. Zuza, Kaszka, Kasiaczek, Michał i Misiek, wszyscy studenci poznańskich uczelni – UAM, AE i Politechniki.
Spotkaliśmy się, w poniedziałek wieczorem na poznańskim dworcu i wsiadając do pociągu do Przemyśla rozpoczęliśmy naszą przygodę. Po całonocnej jeździe dotarliśmy do Przemyśla, skąd bezproblemowo udaliśmy się busem do przejścia granicznego w Medyce. Tam po kilkuminutowej polskiej odprawie przeszliśmy, mijając porozrzucane na terenie całego terminalu tysiące kartonów po papierosach Pall Mall, do odprawy ukraińskiej. Po wypełnieniu odpowiedniego formularza i wbiciu pieczątki nareszcie byliśmy na Ukrainie. Zaczynała się najciekawsza z dotychczasowych wypraw. Jednak szybko zostaliśmy sprowadzeni na ziemie, ponieważ Ukraina, a raczej jej mieszkańcy nie chcieli nas tak chętnie przyjąć. Przy wyjściu na ulicę okazało się, że trafiliśmy w sam środek strajku drobnych przemytników, popularnie zwanych “mrówkami”. Denerwowali się, że Polacy mogą przenosić więcej papierosów niż oni, więc postanowili zamknąć furtkę, jedyne przejście, poprzez które można było się dostać na ulicę… Lekko zszokowani tym faktem postanowiliśmy poczekać na rozwój sytuacji. Dowiedzieliśmy się, że w poprzednim dniu brama zamknięta była przez 5 godzin. Spowodowało to lekkie pogorszenie naszych nastrojów, które jednak szybko uległo poprawie gdy zjawił się celnik ukraiński. Mieliśmy nadzieje na szybkie rozwiązanie problemu. Myliliśmy się. Celnik podszedł robiąc groźną minę i zapytał kulturalnie z wyższością w głosie: “Szto to k… jest!!!”, a tłum polskich mrówek mu zawtórował: “Właśnie! Co to k… jest!!!”. Celnik wyraźnie zbity z tropu ta odpowiedzią chwycił za telefon komórkowy i odszedł. Więcej go nie widzieliśmy. Tymczasem przy furtce zaczęły się dziać nowe sceny. Pewne panie zaczęły szturmować furtkę i przeszły ją górą – ryzykowały gdyż była ona najeżona ostrymi kolcami. Ten atak nie mógł pozostać bez odpowiedzi i po stronie ukraińskiej natychmiast pojawiła się puszka z białą farbą i pędzel, którym pomalowano górę furtki, aby przechodzący się ubrudził. Moglibyśmy jeszcze długo stać i obserwować tę sytuacje rodem ze skeczów Monty Pytona, ale Zuza postanowiła działać. Czujnym okiem harcerki wypatrzyła miejsce dogodne do przejścia, które nie zostało pomalowane i ruszyła na furtkę. Poszedłem w jej ślady i po chwili staliśmy na ukraińskiej ziemi. Następnie z Michałem poprzerzucaliśmy ciężkie plecaki i gdy na furtce okrakiem wisiała Kasiaczek, furtka została otwarta. Czy miało na to wpływ nasze przejście, które pokazało mrówkom nieskuteczność ich barykady nie dowiedzieliśmy się, gdyż od razu pobiegliśmy na busik do Lwowa. Okazało się, że wszystkie miejsca są zajęte, ale mimo to nasza piątka weszła (jeszcze 5 innych osób też). Po drodze poznaliśmy inną grupę Polaków, którzy także wybierali się na Krym. Jadąc dwie godziny w busiku po szerokich i dziurawych drogach, czas minął szybko i wczesnym przedpołudniem znaleźliśmy się na dworcu we Lwowie.
Kupno biletów miało się okazać pierwszym sprawdzianem naszego języka rosyjskiego. Należy tu dodać, że jesteśmy pokoleniem, które nie miało obowiązku uczyć się go w szkole, jedynie Kasza miała dwa lata rosyjskiego w gimnazjum, ale nie przykładała się do niego, bo (jak się okazało – mylnie) uważała, że nigdy z niego nie skorzysta. Ja nabyłem podręcznik do nauki rosyjskiego, ale przerobiłem tylko dwie lekcje, więc znałem podstawy podstaw. Reszta ekipy nie umiała nawet czytać alfabetu… na szczęście znajomości z busika okazały się nieocenione i bilety udało się kupić. Przydatna okazała się karteczka z danymi (ilość biletów, nr pociągu, trasa, rodzaj wagonu oraz imiona i nazwiska chętnych – cyrylicą), którą trzeba dać w okienku razem z paszportami . Znacznie przyśpiesza to kupowanie biletów. Do pociągu mieliśmy jeszcze 3h więc poszliśmy na śniadanie do przydworcowego bistro. Byliśmy chyba pierwszymi klientami, więc widzieliśmy jak pani sprzedawczyni przygotowywała się do ciężkiego dnia pracy. Jednym z pierwszych jej zadań było uzupełnienie wodą wszystkich butelek z wódką, tak, aby nie skończyły się one zbyt szybko. Zauważyliśmy także o raz pierwszy zjawisko, które jest powszechne na Ukrainie, a w Polsce niekoniecznie. Mianowicie do bistro nie przychodzi się po to, aby jeść. Spożywany jest wyłącznie alkohol, a próba zamówienia czegoś do jedzenia nierzadko spotyka się ze szczerym zdziwieniem. Czas minął szybko i udaliśmy się powrotem na dworzec. Czytając relacje z podróży na Krym zwracaliśmy uwagę na środki transportu. Spotkaliśmy się z różnymi opiniami, więc jak na pierwszy raz postanowiliśmy wykupić bilety na wagon “kupiejny” (zamykany, czteroosobowy przedział), nieco droższy od “plackartnyj” (54-łóżkowy wagon, bez przedziałów) i sprawdzić ten drugi, czy będziemy chcieli z niego korzystać w przyszłości. Standard ukraińskich kolei zaskoczył nas bardzo pozytywnie: czyste przedziały, opiekujący się wagonem dwoje prowadników, darmowy wrzątek i wygodne łóżka. Rozpoczęliśmy 26-godzinną podróż do stolicy Krymu – Symferopola. Droga minęła niezwykle miło – okazało się, że w wagonie jadą sami Polacy z zamiarem zwiedzenia Krymu i tylko kilku miejscowych. Spotkaliśmy tam także naszych znajomych z busu. Dowiedzieliśmy się, że lider grupy był już na Krymie, więc wypytaliśmy go o różne szczegóły. Dowiedzieliśmy się, że warto odwiedzić Inkerman obok Sewastopola (nawet kosztem Chersonezu Taurydzkiego), a już na pewno obowiązkowa jest wizyta w Bałakławie.
O subiektywności pewnych osobistych doznań zarówno podróżniczych jak i estetycznych mieliśmy się przekonać kilka dni później. Podczas podróży pociągiem mieliśmy okazję zapoznać się ze zjawiskiem, które w Polsce już dawno zanikło, mianowicie handlem na stacjach. Standardowy postój pociągu to ok. 20 min. W tym czasie do drzwi wagonów podchodzą handlarze (najczęściej starsze panie – tak zwane babuszki), które oferują owoce lub własne wypieki. Mieliśmy okazję kupić pomidory, paprykę, jabłka, gruszki, winogrona, melony ale także suszone i wędzone ryby, wodę, piwo, wódkę, czeburieki, ciastka z miesem, a nawet proponowano mocniejsze używki. Uraczyliśmy się tylko pysznymi winogronami i ruszyliśmy dalej.
Kategoria: Ukraina | Komentarze (0)
Data: poniedziałek, 19 Wrzesień 2005 autor: admin
W końcu dotarliśmy do Symferopola. Z relacji innych podróżników dowiedzieliśmy się, że w celu uniknięcia problemów w drodze powrotnej należy od razu kupić bilety na pociąg do Lwowa. Jednak nie było to takie proste. Bilety w przedsprzedaży można wykupić tylko w specjalnym biurze, które jednak nie mieści się w okolicach dworca (na takie umiejscowienie wskazywałby zdrowy rozsądek), tylko w zupełnie innym miejscu – 45 min marszu od dworca. Po raz kolejny mieliśmy wielkie szczęście, gdyż w kolejce spotkaliśmy bardzo uprzejmą studentkę filologii rosyjskiej z Bytomia. Miała rodzinę w Symferopolu, więc znała miasto. Zgodziła się pójść z nami do tego miejsca przy okazji pokazując miasto. Po bilety poszła delegacja złożona z Kaszy i Michała, a ja z Kasiaczkiem i Zuzą zostaliśmy. Postanowiłem rozejrzeć się po dworcu. Nie odbiegał on standardem od innych ukraińskich stacji w dużych miastach – odnowione fasady, marmury, żyrandole i popiersia znanych ludzi nie dziwiły mnie wcale.
Moja uwagę zwróciły płaskorzeźby ludzi zasłużonych. Można w nich znaleźć postacie znane także z historii Polski: Lenina nie trzeba przedstawić, gen. Suworow odpowiedzialny za rzeź warszawskiej Pragi, Kirow – współpracownik Stalina – walnie przysłużył się do rozwoju sieci gułagów w ZSRR. Więcej postaci nie znałem, ale z pewności było więcej osób, które niekoniecznie cieszą się dobrym imieniem w świecie. Kiedy po dwóch godzinach delegacja wróciła z biletami, postanowiliśmy się przedostać do pierwszej miejscowości, którą postanowiliśmy zwiedzić – Bachczysaraju – stolicy Chanatu Krymskiego. Po raz pierwszy zetknęliśmy się z organizacją ruchu autobusowego na Krymie. Na rozkładzie jazdy Kasza znalazła autobus, który odjeżdżał za dwie minuty. Szybko kupiła bilety i natrafiliśmy na kolejny problem jakim okazało się znalezienie odpowiedniego busa. Na placu stało ok. 40 busików, ciągle dojeżdżały nowe, odjeżdżały pełne, a ich numeracja to rzecz bardzo dowolna w tamtych stronach. Niektóre maja numery umieszczone za szybą, inne za szybą mają godziny odjazdów, a jeszcze inne nie maja nic. Pani w okienku poinformowała Kaszę, że na bilecie jest nadrukowany numer naszego autobusu. Był on kilkucyfrowy, a na dodatek przed nim były trzy litery. Mając świadomość uciekającego czasu zaczęliśmy poszukiwania pytając się kierowców na chybił trafił, czy to nie aby ich busem powinniśmy jechać. Po raz kolejny mieliśmy szczęście – trawiliśmy w drugiej próbie. Ów tajemniczy numer okazał się być numerem rejestracyjnym busa. Swoją drogą dość ciekawy sposób na numerację? Ruszyliśmy z lekkim opóźnieniem i po kilkudziesięciu minutach oglądania krymskich, stepowych krajobrazów, jakże innych od tych polskich, dobrze nam znanych, dotarliśmy do stolicy Chanów. Po wyjściu na niewielkim dworcu autobusowym od razu zostaliśmy “przechwyceni” przez naganiaczy. Zmęczeni po dwudniowej jeździe chcieliśmy odpocząć na łóżkach, nie pod namiotem.
Także z relacji wiedzieliśmy, że ceny za nocleg są bardzo różne, a miejscowi zawsze zawyżają ceny, mając nadzieję, ze turyści nie będą się targować. My jednak byliśmy twardzi – targowaliśmy się. Nie mieliśmy jeszcze dużego doświadczenia, ale jak się miało okazać pod koniec byliśmy specjalistami. Zamieszkaliśmy w skromnej, lecz zadbanej, położonej na uboczu chatce za 60Hr za grupę. Była to bardzo przystępna cena w porównaniu do tych, jakie były podawane w przewodniku wyd. Bezdroża, z którego korzystaliśmy. Rano obudził mnie piejący kogut, a także głośno wydawane komendy dochodzące z pobliskiej jednostki wojskowej. Zaczął się pierwszy dzień zwiedzania. Zostawiliśmy nasze duże plecaki i udaliśmy się do pałacu Chanów. Po drodze przyglądaliśmy się ukraińskiej rzeczywistości. Mimo, że Bachczysaraj jest odwiedzany przez turystów nie widać wpływu masowej turystyki. Miasteczko raczej spokojne, stare domy wzdłuż jednej ulicy, w oddali kilka bloków.
Dopiero przed Pałacem widać stragany z kiczowatymi pamiątkami, kilka autobusów turystycznych na zachodnich numerach, przekrzykujące się babuszki sprzedające czeburieki. Weszliśmy do Pałacu i po raz kolejny uśmiechnęło się do nas szczęście – spotkaliśmy polską wycieczkę z panią przewodnik, która bez problemów zgodziła się, abyśmy mogli dołączyć do grupy i posłuchać opowieści o Chanach. Pałac zrobił na nas duże wrażenie. Zespół budynków nie jest pełen przepychu, jednak sama odmienność stylu architektonicznego i świadomość, jak ważne wydażenia w historii Europy Wschodniej miały swój początek w tym miejscu potrafią zainteresować. Zwiedziliśmy cmentarz, gdzie spoczęli wszyscy Chanowie, miejsce narad oraz harem. Rozglądaliśmy się także za słynna fontanna płaczu, o której pisał Mickiewicz i Puszkin zachwycając się nad smutkiem wydobywającym się z szumu płynącej wody w swoich licznych wierszach, jednak znaleźliśmy tylko przybrudny kawałek marmuru z poutykanymi gdzieniegdzie sztucznymi kwiatami , który był po prostu brzydki. Nie podzielamy zachwytu obu poetów, mimo że nie jesteśmy pozbawionymi humanistycznej duszy ignorantami. Pochodziliśmy jeszcze chwilę po Pałacu, a później ruszyliśmy dalej w kierunku Czufut-Kale – najlepiej zachowanego na Krymie skalnego miasta. Po kilkudziesięciominutowym spacerze zaczęły się wyłaniać pozostałości po wykutym w VI w. mieście, gdzie podobno mieszkało ok. 6 tys. ludzi. Byli to Karaimi. Wykute w wapiennych skałach groty bardzo się nam podobały. Kilkupoziomowe mieszkania ze skomplikowanym systemem przejść, wykute wewnątrz kolumny, schody, alejki po których można było bez ograniczeń wspinać się, chodzić, oglądać zabrały nam kilka godzin zwiedzania. Szukaliśmy także największej na świecie karaibskiej nekropolii, która zlokalizowana jest w pobliżu, ale nie udało się jej znaleźć. Za to znaleźliśmy miejsce, z którego mogliśmy podziwiać wspaniałe widoki na kaniony, które są bardzo charakterystyczne dla tej części Krymu. Pierwszy dzień zwiedzania uznaliśmy za udany i udaliśmy się do naszego mieszkania.
Kategoria: Ukraina | Komentarze (0)
Data: niedziela, 18 Wrzesień 2005 autor: admin
Na następny dzień zaplanowaliśmy wczesną pobudkę i przejazd do Sewastopola i zwiedzenie poleconej nam w pociągu genueńskiej twierdzy oraz wykutych w skale monastyrów w Inkermanie, Chersonezu Taurydzkiego i nocleg na dzikiej plaży w Bałakławie. Po godzinnej, brawurowej jeździe busem, którego kierowca pragnął się popisać przed Kaszą i zajmował się wieloma innymi rzeczami podczas kierowania, dojechaliśmy do przedmieść Sewastopola. Już z przystanku widzieliśmy ruiny, ale jeszcze nie przeczuwaliśmy tego co miało nastąpić. Wąską drogą doszliśmy do monastyrów. Okazało się, że wykute w IX w. świątynie są w… przebudowie! Tak, też nie mogliśmy w to uwierzyć. Oczywiście je zwiedziliśmy, ale nie zrobiły na nas kompletnie żadnego wrażenia – ot kilka obrazów w wykutej grocie. Nie polecamy. Jedynym ciekawym zjawiskiem okazała się starsza pani, która całkiem nieźle mówiła po angielsku. Opowiedziała mi i Michałowi o relikwiach oraz świętych ikonach i gorąco nakłaniała nas do oddania czci relikwiom w prawosławnym obrządku, całując oraz dotykając czołem w odpowiednich miejscach. Nie wiedzieliśmy czy ma to związek z próbą przechrzczenia na czy nie, ale na wszelki wypadek pozostaliśmy tylko biernymi obserwatorami. Na pocieszenie postanowiliśmy się wspiąć do twierdzy. Jednak spotkało nas kolejne rozczarowanie: z całej budowli pozostała jedynie sypiąca się brama i skrawki sypiącego się muru. Do fatalnego stanu średniowiecznej warowni mógł przyczynić się fakt, iż wzniesienie, na której się znajdowała okazała się doskonałym źródłem surowca skalnego dla radzieckich inżynierów. Zapewne strzały, których dokonywano przez lata eksploatacji kamieniołomu nie wpłynęły korzystnie na kondycje zabytku… Ogólnie byliśmy zawiedzeni. Mimo tego i lejącego się żaru z nieba ruszyliśmy do Sewastopola. Tam komunikacją miejską przejechaliśmy do Chersonezu Taurydzkiego – rozległych ruin starożytnego miasta, założonego przez Greków, rozbudowanego przez Rzymian, a zniszczonego dopiero w wiekach średnich. Miasto to było świadkiem wielu ważnych wydarzeń historycznych min. chrztu Rusi. Ruiny okazały się wspaniałym miejscem. Jedynym odbudowanym budynkiem jest cerkiew, do której oczywiście weszliśmy. Tam, przez kilkanaście minut uczestniczyliśmy w prawosławnym ślubie. Ciekawi nowych doznań oglądaliśmy ceremonię, podczas której było wiele pięknych śpiewów, zapachu kadzideł i przepychu. Zostawiliśmy plecaki w jednym miejscu i spacerowaliśmy uliczkami, którymi 2000 lat temu chadzali greccy kupcy. Stan ruin jest niezły, widać przebieg ulic w mieście, fundamenty domów, gdzieniegdzie mury mają kilka metrów wysokości. Z chęcią byśmy zostali tam dłużej, ale słońce chyliło się ku zachodowi, a my musieliśmy jeszcze dojechać do Bałakławy. Sam Sewastopol, jako miasto z przebogatą historia militarną, pełne ciekawych muzeów i wystaw postanowiliśmy z Michałem zostawić sobie na następny raz, z powodu zdecydowanego oporu płci piękniejszej. Pomnik bohaterów obrony Sewastopola z czasów wojen krymskich, II wojny światowej, olbrzymie działo kolejowe z napisem “śmierć faszystom” widzieliśmy tylko z okien trolejbusu. Swoimi plecakami zwracaliśmy uwagę miejscowych, a nasza obecność budziła różne emocje. Kilkudniowy pobyt i osłuchanie się z językiem rosyjskim pozwoliło nam na jaką taką konwersację z miejscowymi mieszkańcami. W trolejbusie rozmawiałem z podpitym facetem w średnim wieku, który okazał się radzieckim lekkoatletą, który zwiedził spory kawałek świata, jeżdżąc na zawody, a jego syn mieszkający w Kaliningradzie, studiuje w Trójmieście.
Do Bałakławy leżącej kilka kilometrów od Sewastopola dotarliśmy pół godziny przed zmrokiem. Naszym oczom ukazał się niewielki port, w którym cumowały luksusowe jachty, restauracje z krzykliwymi neonami, a także hotele. Po szybkich zakupach udaliśmy się w stronę poleconej plaży. Gdy wyszliśmy już z miasta, będąc na klifie, już po zachodzie słońca dowiedzieliśmy się, że do najbliższej plaży ok. pół godziny drogi. Zdecydowaliśmy się iść dalej. Szybko się ściemniało, droga stawała się coraz węższa, a klif coraz wyższy. Po pół godzinie plaży nadal nie było widać, co więcej kolejna napotkana osoba powiedziała, że przed nami jeszcze ok. godziny drogi. To było ponad nasze możliwości. Marsz z plecakami po wąskiej ścieżce w ciemności i bez żadnej gwarancji, ze idziemy dobrą drogą wydawał się nam nonsensem, postanowiliśmy się rozbić na wcześniej upatrzonej pozycji nad klifem. Na szczęście spotkaliśmy chłopaka, który także szedł na plaże i dobrze znał drogę, bo od jakiegoś czasu tam mieszka. Odetchnęliśmy z ulgą, wyciągnęliśmy latarki i poszliśmy za Sergiejem. Po godzinie marszu, najpierw wąską drogą wzdłuż klifu, która czasami przechodziła w chwiejący się mostek, a później ostro w dół, chwytając się drzew zeszliśmy na kamienistą plażę. W światłach latarek rozbiliśmy namioty, przygotowaliśmy jedzenie i poszliśmy spać. Nasz niepokój co do “dzikości” i “dziewiczości” plaży wzbudziły napotykane śmieci. Jednak w świetle latarki nie wyglądało to bardzo podejrzanie. Dopiero rano ujrzeliśmy gdzie jesteśmy. Mała, romantyczna plaża, przyciśnięta do stromego, kamienistego klifu, drobne, kamyczki i czysta woda. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, ze wokół walały się sterty śmieci, co chwilę nie przypływałby stateczek z plażowiczami, a nad tym wszystkim nie widniałby obleśny, olbrzymi, namalowany na skale napis “TYALET”, a za nim obrzydliwy kibel. Uroku nie dodawał także bar, w którym obsługiwał podchmielony zarządca plaży. Postanowiliśmy napawać się chwilę widokami, szybko wykąpać i jak najszybciej uciec. Pomógł nam w tym deszcz, który zaczął padać chwile później. Szybko zwinęliśmy namioty i czekając na transport kąpaliśmy się. Kiedy zza skał wypłynęła mała łódka zdecydowaliśmy się, że to właśnie nią popłyniemy do Bałakławy. Szybko wyskoczyliśmy z wody porywając swoje rzeczy rzuciliśmy się biegiem w kierunku łódki. Sternik przeczuwając nadchodzącą burze chciał jak najszybciej odpływać, jednak ja byłem jeszcze w proszku i szybko się pakowałem. Dziewczyny próbowały go przekonać, aby jeszcze chwilę poczekał, ale patrząc w coraz ciemniejsze chmury stawał się coraz bardziej niecierpliwy. Wskoczyłem w ostatniej chwili, kiedy wspomniany już szef plaży wypychał łódkę. Po kilkunastu minutach rejsu byliśmy już w porcie w Bałakławie. Właśnie wtedy zaczęło się oberwanie chmury, które przeczekaliśmy pod drzewem. Dopiero po pół godzinie się przejaśniło, a my udaliśmy się na dworzec autobusowy, a później dalej do Jałty. Gdyby nie pałatka wojskowa nasze plecaki całkowicie by zamokły. Miasteczko ucierpiało jednak bardziej, ponieważ w niżej położonych częściach ulicy dzieci bawiły się po kolana w wodzie, a przyportowy parking zmienił się w basen, gdzie woda miała głębokość połowy koła Łady. Bezproblemowo dotarliśmy do Jałty pokonując kilkugodzinną trasę marszrutkami. Jest ona bardzo widokowa. Z prawej strony można podziwiać morze, natomiast z lewej główną część Gór Krymskich, które tutaj wyglądają jak małe Tatry – bardzo strome, skaliste i postrzępione góry wyglądają jak mur, który oddziela morze od głębi lądu.
Kategoria: Ukraina | Komentarze (0)
Data: sobota, 17 Wrzesień 2005 autor: admin
Gdy dotarliśmy do Jałty było już ciemno. Na dworcu znów dostaliśmy się w ręce miejscowych naganiaczy. Jedno co nas zaskoczyło to rozpiętość cenowa oferowanych tu noclegów oraz to, że spotkaliśmy kilku Rosjan mówiących bardzo dobrze po polsku i oferujących pomoc przy znalezieniu odpowiedniego noclegu. Proponowano nam nocleg za 100$/ grupa, jednak uprzejmie odmówiliśmy i pojechaliśmy z babuszką do jej domu za 80hr/grupa. Okazało się to dość daleko od dworca i musieliśmy jechać ok. 30 min dwoma autobusami (przejazd ulicą Kirowa w nocy jest jak jazda roller-coasterem w wesołym miasteczku – góra- dół- ciasny skręt w wąska uliczkę-ominięcie olbrzymiej dziury w jezdni-ciasny skręt-trzeszczenie autobusu-góra- dół- migające światła nocnej Jałty- wyprzedzające, nieoświetlone łady na wprost kamiennych murów… A to wszystko na 50 kopiejek). Polecamy – zapiera dech w piersiach. (jechaliśmy dwa razy – jazda w dzień również jest ekscytująca, ponieważ ludzi w autobusie jest więcej, a kierowcy decydują się na szybsza jazdę!!!). Okazało się, że przyjdzie nam spędzić dwie noce (tak zakładaliśmy) w bardzo dobrych warunkach, za naprawdę niewielkie pieniądze! Po szybkim umyciu się (wody bieżącej w godzinach 22-6 brak) i kolacji udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Następny dzień mieliśmy spędzić zwiedzając Jałtę. Zostawiliśmy plecaki w mieszkaniu i udaliśmy się zobaczyć to z czego Jałta słynie wśród rosyjskich turystów – plaże. Po krótkim spacerze doszliśmy na “deptak” W zasadzie przypominał on inne promenady w nadmorskich kurortach. Szeroka, wybrukowana alejka, palmy, ławeczki, budki z piwem, drogie sklepy, ekskluzywne hotele… a z drugiej strony morze. Jedyną różnica jest to, że po skręceniu w którąkolwiek z przecznic czar pryska: znów widać sypiące się domy, sterty śmieci, biedę i toalety, w których przydziałową długością papieru toaletowego jest odmierzany na miejscu (przy kliencie) jeden łokieć. Powracając jednak do tematu plaż: ciężko je znaleźć. Tuż przy porcie jest kawałek wybetonowanego nabrzeża, u jego skrajów łachy żwiru, na którym zaludnienie osiąga podobny wskaźnik jak na łodzi z nielegalnymi kubańskimi emigrantami u wybrzeży Florydy lub w autobusie 98 poznańskiego MPK przed 8.00. Nieco dalej, za portem są prywatne plaże hotelowe, lub ogólnodostępne lecz płatne i z niewiele mniejszą ilością ludzi przypadającą na metr kwadratowy. Był to wrzesień, więc nie wyobrażam sobie jak wygląda Jałta w szczycie sezonu, kiedy jednocześnie przebywa tam kilkadziesiąt (niektóre źródła mówią nawet o kilkuset) tysięcy ludzi. Rozmyślając nad tymi problemami przeszliśmy się wspomnianą promenadą, odwiedziliśmy pomnik tow. Lenina, któremu wredni kapitaliści wycieli niezły numer i wybudowali przed nosem McDolalda. Na złość wodzowi rewolucji, pod jego czujnym okiem, wypiliśmy burżujską i imperialistyczną coca-colę, obeszliśmy kilka głównych ulic, próbując kwasu chlebowego prosto z beczki i powróciliśmy powrotem w kierunku portu, aby udać się statkiem w rejs do “jaskółczego gniazda” – obowiązkowej atrakcji wszystkich turystów. Ze stateczku można podziwiać panoramę Jałty, która jest naprawdę interesująca. Miasto wybudowane zostało pomiędzy górami a morzem w miejscu, gdzie stoki łagodnie opadają ku morzu. Jednak zaraz za miastem wyrastają strome zbocza zwieńczone skalistymi szczytami. Z daleka zabudowa nie wygląda okazale, starsza część miasta jest raczej niska i kryje się w zieleni licznych parków wielu drzew rosnących wzdłuż ulic, natomiast nowsza część miasta to bokowisko, niewiele różniące się od tych z naszych dużych miast. “Jaskółcze gniazdo” okazało się przereklamowaną atrakcją, gdzie sprzedawcy tandetnych pamiątek i wina, byli chyba najbardziej zadowoleni. Interesu nie psuł im nawet ulewny deszcz, który zaczął padać, kiedy byliśmy na stateczku. Wdrapaliśmy się za tłumem w klapkach na szczyt klifu, na którym wybudowany jest zameczek (zastanawiam się, czy to dobre określenie, bo jest to maleńka budowla, w której mieści się obecnie droga restauracja, która bardziej przypomina zamek niż nim jest. Gniazdo to chyba adekwatna nazwa). Jednak widok na morze, ze skraju klifu, który jest jednocześnie tarasem budowli, sprawia, że 2 hr wydane na wejście nie są pieniędzmi zmarnowanymi. Po szybkim obejrzeniu “gniazda” ruszyliśmy z tłumem w klapkach w kierunku ulicy, gdzie planowaliśmy złapać marszrutkę do czarnomorskiej rezydencji carów, bardziej znanej Polakom jako miejsce, gdzie odbyła się słynna konferencja w 1944 r. z udziałem Churchilla, Stalina i Roosevelta. Przed wejściem również możemy spotkać sprzedawców tandety, ale sam pałac jest w doskonałym stanie i warto go odwiedzić. Zwiedzać można tylko w grupach z przewodnikiem, więc nieznajomość języka rosyjskiego znów okazała się bardzo dużym problemem. Z Kasiaczkiem i Michałem postanowiliśmy się rozejrzeć po okoliczny. Park okazał się bardzo zadbany, a pałac okazały – przycięte żywopłoty, kolorowe kwiaty – miło było pospacerować, szczególnie, że rozpogodziło się i widok na morze był wspaniały. Było to także jedno z dwóch miejsc na Krymie, gdzie widzieliśmy tablice informacyjne po angielsku. Postanowiliśmy wejść do pałacu tylko na chwilkę, od tyłu – bez płacenia. Niczym rasowi wycieczkowicze przeszliśmy przez sklep z pamiątkami, oglądając kiczowate pamiątki i chyłkiem weszliśmy w drzwi, nad którymi wisiał napis “Exit. Do not enter”. Podczepiliśmy się pod wycieczkę i zwiedziliśmy kilka pomieszczeń. Pełne przepychu apartamenty carów i jego dworu szybko nas znużyły i tą samą drogą wyszliśmy. Postanowiliśmy wracać i na tej samej drodze, która przybyliśmy, czekaliśmy na marszrutke do Jałty. Nasza uwagę zwrócił taksówkarz, który z rękoma brudnymi po łokcie od smaru i naprawiający Ładę, zaproponował nam podwózkę. Cena był jednak odstraszająca – woleliśmy poczekać na autobus. Kierowca zwietrzył jednak interes i dalej próbował stopniowo obniżając cenę, aż dotarł do ceny, która była do przyjęcia (od początkowej spadła trzykrotnie), a my chcąc spróbować wszystkich środków lokomocji zgodziliśmy się. Łada była poważnie zdezelowana, usiadłem z przodu, jednak pasów nie znalazłem (kierowca też). Moją uwagę przykuł także sposób odpalania samochodu – do tej pory znany z filmów. Wystarczyło złączyć ze sobą dwa magiczne kabelki wystające z deski rozdzielczej, a samochód już działał! Pełni obaw co to sprawności reszty samochodu ruszyliśmy. Kierowca okazał się być prawdziwym człowiekiem interesu, ponieważ próbował nas nakłonić, abyśmy go wynajęli na następny dzień, a on pokaże nam wszystko w Jałcie i zabierze nas nawet na szczyt Aj-Petri, ale mieliśmy inne plany więc twardo odmawialiśmy. O jego zdolności do prowadzenia interesów świadczy też fakt, iż wspominał o prowadzonym przez siebie małym biznesie w Polsce(!). Mówił coś o “bolszoj stadion” w Warszawie… Obrotny facet. Jednak podczas całej tej pogawędki, niczym najlepszy menadżer i negocjator próbował patrzyć klientowi w oczy – czasami zapominając o drodze. Ja również patrzyłem mu w oczy, więc nie byłem świadomy jakich emocji doznaje reszta ekipy na tylnim siedzeniu widząc wysokie krawężniki zbliżające się raz z lewej, raz z prawej strony, znaki drogowe przestrzegające przed szybkością, z jaką akurat jechaliśmy, samochody z nad przeciwka… Dojechaliśmy jednak bez problemów a na dodatek dostałem kartkę z jego trzema numerami telefonów komórkowych – tak na wszelki wypadek. Był to dzień pełen wrażeń. Na następny dzień zaplanowaliśmy wejście na Aj-Petri, ale innym sposobem niż robiły to masowe wycieczki. Nie chcieliśmy korzystać z wyciągu, który został humorystycznie opisany z przewodniku Bezdroży “”. Zamierzaliśmy wejść na szczyt o własnych siłach, jednak z poziomu dolnej stacji wyciągu jest to zabronione, ponieważ znajduje się tam rezerwat. Z innej strony można dojść, ale nie zdołaliśmy złapać odpowiedniego autobusu. Z resztą – jak się później okazało nic nie strąciliśmy, bo napotkana w Przemyślu grupka turystów powiedziała nam, że to stracony czas (ale o obiektywności doznań estetycznych już pisałem). Wspólnie zdecydowaliśmy, ze jedziemy w góry Czatyrdach. W Jałcie skorzystaliśmy z podobno najdłuższej na świecie linii trolejbusowej (Jałta – Symferopol ok. 120 km), a na pewno jednej z niewielu, która przecina łańcuch górski.
Kategoria: Ukraina | Komentarze (0)
Data: piątek, 16 Wrzesień 2005 autor: admin
Po ok. 2 godzinach byliśmy na przełęczy Angarskiej (752 m.n.p.m) skąd trolejbus już miał tylko w dół do stolicy Krymu. W przewodniku przeczytaliśmy, że w turbanie na przełęczy są 2 pola namiotowe, stacja meteorologiczna, bar, więc stwierdziliśmy, że w jedzenie zaopatrzymy się na miejscu. Okazało się, że poza sezonem miejsce jest praktycznie martwe – bar nieczynny, jedno pole może i jest, ale wygląda na opustoszałe, a drugiego nie widzieliśmy… Po poszukiwaniach znaleźliśmy żywego człowieka, który wyglądał na zaskoczonego naszym przybyciem, a już zupełnie zbił go z tropu fakt, że chcemy tu spać! Okazało się, że możemy spać pod namiotem lub w pokoju. Jednak kiedy zobaczyłem pokój to przypomniały mi się najgorsze fragmenty czytanego niedawno “Archipelagu Gułag” Sołżenicyna. Podzieliliśmy się na dwie grupy: Kasza, Zuza i Michał rozbili namioty, a ja z Kasiaczkiem pojechaliśmy z powrotem do Auszty po coś do jedzenia. Drugi raz mogliśmy przeżyć mozolną wspinaczkę przepełnionego trolejbusu marki “Skoda” z poziomu morza na 752 m.n.p.m. w niespełna 40 min. Nie niepokojeni przez nikogo – po obiedzie rozpaliliśmy ognisko i zadecydowaliśmy, że jutro wchodzimy na górę bez plecaków, zostawiamy je i “opiekuna” pola namiotowego a potem jedziemy do Sudaku. Nasze plany wzięły jednak w łeb już z samego rana, ponieważ po mężczyźnie któremu zapłaciliśmy za nocleg nie było ani śladu – decyzja prosta – idziemy z plecakami. Jednak kolejna niespodzianka spotkała nas już 100 m dalej, kiedy okazało się, że bar jest otwarty (a wczoraj wyglądał jakby ostatni klient wyszedł z niego w pierwszych latach pierestrojki). Plecaki zostawiliśmy więc u sprzedawczyni, a sami ruszyliśmy w góry. Trzeba wspomnieć, że szlaki w górach są nieoznaczone. Wynika to z faktu (za przewodnikiem wyd. Bezdroża “Krym – półwysep rozmaitości” 2005), że za czasów radzieckich chodzenie po górach było dozwolone tylko w zorganizowanych grupach pod opieka miejscowego przewodnika, więc szlaki były niepotrzebne. Jednak autor wyżej wspomnianego przewodnika Artur Grossman zadbał o to i w przewodniku znalazły się szczegółowe opisy trasy. Sprawiało nam wiele radości podążanie za wskazówkami typu: za drzewem z czerwona kropką w lewo, obok żółtej budki w prawo, a teraz 20 min na północny wschód! Kaszy niestety odezwała się kontuzja i nie mogła iśc z nami. Dzień spędziła na czytaniu książki i pilnowaniu naszych plecaków. Trzeba przyznać że na trasie bez problemu znajdowaliśmy drogę. Słabymi punktami opisu były czasy przejść (rozumiemy, że są one zobiektywizowane i że trudno jest podać jeden czas dla wytrawnego trekkingowca w goretexowych butach, termoizolacyjnej koszulce i kijkami teleskopowymi w ręku oraz dla sześćdziesięcioosobowej grupy emerytów w klapkach, ale drogę powrotną pokonaliśmy w czasie 2,5 h krótszym niż podany w przewodniku – zamiast 4h w 1,5h) Na szlaku poznaliśmy kolejny wytwór radzieckiej myśli technicznej. Można się zastanawiać w jakim celu szlak prowadzić trawersem po zboczu góry jeśli można go poprowadzić po linii prostej w górę! W ten oto sposób po krótkim, lecz wyczerpującym marszu (niekiedy trzeba dopomóc sobie rękami) dotarliśmy na skraj lasu, gdzie rozważania na temat tego, co się dzieje z takim szlakiem podczas ulewnego deszczu i czy bardzo rwący jest płynący tamtędy potok, zostały odsunięte na dalszy plan przez przepiękne widoki. Masyw okazał się być płaskowyżem pokrytym obca dla Polski roślinnością stepową, mocno pożółkłą od święcącego całe lato Słońca. Po kolejnej godzinie marszu, po prawie płaskim terenie dotarliśmy do szczytu – Eklizi-Burun (1512 m.n.p.m.) Widok niesamowity, w odległości zalewie 3 km widać było morze. Po krótkim podziwianiu widoków udaliśmy się w drogę powrotną zgodnie z opisem w przewodniku. Po zejściu do turbazy, szybko wzięliśmy plecaki i poszliśmy na przystanek, aby złapać trolejbus do Auszty, a potem dalej autobus do Sudaku. W Auszcie znaleźliśmy się ok. 19 i niestety było już za późno na dalszą drogę. Ostatni autobus odjechał kilkanaście minut wcześniej. Byliśmy zmuszeni nocować w Auszie, która jest bokowiskiem – molochem, nie polecanym przez przewodniki i innych turystów za równo z powodu wysokich cen, jak i niskiego standardu plaż, hoteli, itp. Tym razem sami znaleźliśmy babuszkę, która za 12hr/os przenocowała nas u siebie w domu. Byliśmy lekko zaniepokojeni, kiedy znaleźliśmy się pod jej blokiem. Wyglądał on jakby trzymał się jedynie siłą woli i zaraz miał się rozsypać, jednak nie było tak źle. Mieszkanie bardzo pozytywnie nas zaskoczyło – ładnie urządzone, czyste i schludne, a dodatkowo 3 min pieszo od dworca, na którym musieliśmy być o 7 rano dnia następnego, aby złapać pierwszą marszrutke do Sudaku. Wieczorem przeszliśmy się do restauracji na obiad. Po raz kolejny wzbudziliśmy niemałe zaciekawienie, kiedy zamówiliśmy coś do jedzenia. Dzięki zdolnościom Kaszki do porozumiewania się “na migi”, bądź rysując na karteczce dostaliśmy to czego chcieliśmy. Resztę wieczoru spędziliśmy na rozmowach w restauracji pod czujnym okiem miejscowych, którzy popijając wódkę, piwo, grając w kości i karty nie mogli się nadziwić, że ktoś zamówił coś dojedzenia w restauracji.
Kategoria: Ukraina | Komentarze (0)