Data: poniedziałek, 19 Wrzesień 2005 autor: admin

W końcu dotarliśmy do Symferopola. Z relacji innych podróżników dowiedzieliśmy się, że w celu uniknięcia problemów w drodze powrotnej należy od razu kupić bilety na pociąg do Lwowa. Jednak nie było to takie proste. Bilety w przedsprzedaży można wykupić tylko w specjalnym biurze, które jednak nie mieści się w okolicach dworca (na takie umiejscowienie wskazywałby zdrowy rozsądek), tylko w zupełnie innym miejscu – 45 min marszu od dworca. Po raz kolejny mieliśmy wielkie szczęście, gdyż w kolejce spotkaliśmy bardzo uprzejmą studentkę filologii rosyjskiej z Bytomia. Miała rodzinę w Symferopolu, więc znała miasto. Zgodziła się pójść z nami do tego miejsca przy okazji pokazując miasto. Po bilety poszła delegacja złożona z Kaszy i Michała, a ja z Kasiaczkiem i Zuzą zostaliśmy. Postanowiłem rozejrzeć się po dworcu. Nie odbiegał on standardem od innych ukraińskich stacji w dużych miastach – odnowione fasady, marmury, żyrandole i popiersia znanych ludzi nie dziwiły mnie wcale.

Moja uwagę zwróciły płaskorzeźby ludzi zasłużonych. Można w nich znaleźć postacie znane także z historii Polski: Lenina nie trzeba przedstawić, gen. Suworow odpowiedzialny za rzeź warszawskiej Pragi, Kirow – współpracownik Stalina – walnie przysłużył się do rozwoju sieci gułagów w ZSRR. Więcej postaci nie znałem, ale z pewności było więcej osób, które niekoniecznie cieszą się dobrym imieniem w świecie. Kiedy po dwóch godzinach delegacja wróciła z biletami, postanowiliśmy się przedostać do pierwszej miejscowości, którą postanowiliśmy zwiedzić – Bachczysaraju – stolicy Chanatu Krymskiego. Po raz pierwszy zetknęliśmy się z organizacją ruchu autobusowego na Krymie. Na rozkładzie jazdy Kasza znalazła autobus, który odjeżdżał za dwie minuty. Szybko kupiła bilety i natrafiliśmy na kolejny problem jakim okazało się znalezienie odpowiedniego busa. Na placu stało ok. 40 busików, ciągle dojeżdżały nowe, odjeżdżały pełne, a ich numeracja to rzecz bardzo dowolna w tamtych stronach. Niektóre maja numery umieszczone za szybą, inne za szybą mają godziny odjazdów, a jeszcze inne nie maja nic. Pani w okienku poinformowała Kaszę, że na bilecie jest nadrukowany numer naszego autobusu. Był on kilkucyfrowy, a na dodatek przed nim były trzy litery. Mając świadomość uciekającego czasu zaczęliśmy poszukiwania pytając się kierowców na chybił trafił, czy to nie aby ich busem powinniśmy jechać. Po raz kolejny mieliśmy szczęście – trawiliśmy w drugiej próbie. Ów tajemniczy numer okazał się być numerem rejestracyjnym busa. Swoją drogą dość ciekawy sposób na numerację? Ruszyliśmy z lekkim opóźnieniem i po kilkudziesięciu minutach oglądania krymskich, stepowych krajobrazów, jakże innych od tych polskich, dobrze nam znanych, dotarliśmy do stolicy Chanów. Po wyjściu na niewielkim dworcu autobusowym od razu zostaliśmy “przechwyceni” przez naganiaczy. Zmęczeni po dwudniowej jeździe chcieliśmy odpocząć na łóżkach, nie pod namiotem.

Także z relacji wiedzieliśmy, że ceny za nocleg są bardzo różne, a miejscowi zawsze zawyżają ceny, mając nadzieję, ze turyści nie będą się targować. My jednak byliśmy twardzi – targowaliśmy się. Nie mieliśmy jeszcze dużego doświadczenia, ale jak się miało okazać pod koniec byliśmy specjalistami. Zamieszkaliśmy w skromnej, lecz zadbanej, położonej na uboczu chatce za 60Hr za grupę. Była to bardzo przystępna cena w porównaniu do tych, jakie były podawane w przewodniku wyd. Bezdroża, z którego korzystaliśmy. Rano obudził mnie piejący kogut, a także głośno wydawane komendy dochodzące z pobliskiej jednostki wojskowej. Zaczął się pierwszy dzień zwiedzania. Zostawiliśmy nasze duże plecaki i udaliśmy się do pałacu Chanów. Po drodze przyglądaliśmy się ukraińskiej rzeczywistości. Mimo, że Bachczysaraj jest odwiedzany przez turystów nie widać wpływu masowej turystyki. Miasteczko raczej spokojne, stare domy wzdłuż jednej ulicy, w oddali kilka bloków.

Dopiero przed Pałacem widać stragany z kiczowatymi pamiątkami, kilka autobusów turystycznych na zachodnich numerach, przekrzykujące się babuszki sprzedające czeburieki. Weszliśmy do Pałacu i po raz kolejny uśmiechnęło się do nas szczęście – spotkaliśmy polską wycieczkę z panią przewodnik, która bez problemów zgodziła się, abyśmy mogli dołączyć do grupy i posłuchać opowieści o Chanach. Pałac zrobił na nas duże wrażenie. Zespół budynków nie jest pełen przepychu, jednak sama odmienność stylu architektonicznego i świadomość, jak ważne wydażenia w historii Europy Wschodniej miały swój początek w tym miejscu potrafią zainteresować. Zwiedziliśmy cmentarz, gdzie spoczęli wszyscy Chanowie, miejsce narad oraz harem. Rozglądaliśmy się także za słynna fontanna płaczu, o której pisał Mickiewicz i Puszkin zachwycając się nad smutkiem wydobywającym się z szumu płynącej wody w swoich licznych wierszach, jednak znaleźliśmy tylko przybrudny kawałek marmuru z poutykanymi gdzieniegdzie sztucznymi kwiatami , który był po prostu brzydki. Nie podzielamy zachwytu obu poetów, mimo że nie jesteśmy pozbawionymi humanistycznej duszy ignorantami. Pochodziliśmy jeszcze chwilę po Pałacu, a później ruszyliśmy dalej w kierunku Czufut-Kale – najlepiej zachowanego na Krymie skalnego miasta. Po kilkudziesięciominutowym spacerze zaczęły się wyłaniać pozostałości po wykutym w VI w. mieście, gdzie podobno mieszkało ok. 6 tys. ludzi. Byli to Karaimi. Wykute w wapiennych skałach groty bardzo się nam podobały. Kilkupoziomowe mieszkania ze skomplikowanym systemem przejść, wykute wewnątrz kolumny, schody, alejki po których można było bez ograniczeń wspinać się, chodzić, oglądać zabrały nam kilka godzin zwiedzania. Szukaliśmy także największej na świecie karaibskiej nekropolii, która zlokalizowana jest w pobliżu, ale nie udało się jej znaleźć. Za to znaleźliśmy miejsce, z którego mogliśmy podziwiać wspaniałe widoki na kaniony, które są bardzo charakterystyczne dla tej części Krymu. Pierwszy dzień zwiedzania uznaliśmy za udany i udaliśmy się do naszego mieszkania.

Kategoria: Ukraina | Komentarze (0)

Zostaw odpowiedź