Data: niedziela, 18 Wrzesień 2005 autor: admin

Na następny dzień zaplanowaliśmy wczesną pobudkę i przejazd do Sewastopola i zwiedzenie poleconej nam w pociągu genueńskiej twierdzy oraz wykutych w skale monastyrów w Inkermanie, Chersonezu Taurydzkiego i nocleg na dzikiej plaży w Bałakławie. Po godzinnej, brawurowej jeździe busem, którego kierowca pragnął się popisać przed Kaszą i zajmował się wieloma innymi rzeczami podczas kierowania, dojechaliśmy do przedmieść Sewastopola. Już z przystanku widzieliśmy ruiny, ale jeszcze nie przeczuwaliśmy tego co miało nastąpić. Wąską drogą doszliśmy do monastyrów. Okazało się, że wykute w IX w. świątynie są w… przebudowie! Tak, też nie mogliśmy w to uwierzyć. Oczywiście je zwiedziliśmy, ale nie zrobiły na nas kompletnie żadnego wrażenia – ot kilka obrazów w wykutej grocie. Nie polecamy. Jedynym ciekawym zjawiskiem okazała się starsza pani, która całkiem nieźle mówiła po angielsku. Opowiedziała mi i Michałowi o relikwiach oraz świętych ikonach i gorąco nakłaniała nas do oddania czci relikwiom w prawosławnym obrządku, całując oraz dotykając czołem w odpowiednich miejscach. Nie wiedzieliśmy czy ma to związek z próbą przechrzczenia na czy nie, ale na wszelki wypadek pozostaliśmy tylko biernymi obserwatorami. Na pocieszenie postanowiliśmy się wspiąć do twierdzy. Jednak spotkało nas kolejne rozczarowanie: z całej budowli pozostała jedynie sypiąca się brama i skrawki sypiącego się muru. Do fatalnego stanu średniowiecznej warowni mógł przyczynić się fakt, iż wzniesienie, na której się znajdowała okazała się doskonałym źródłem surowca skalnego dla radzieckich inżynierów. Zapewne strzały, których dokonywano przez lata eksploatacji kamieniołomu nie wpłynęły korzystnie na kondycje zabytku… Ogólnie byliśmy zawiedzeni. Mimo tego i lejącego się żaru z nieba ruszyliśmy do Sewastopola. Tam komunikacją miejską przejechaliśmy do Chersonezu Taurydzkiego – rozległych ruin starożytnego miasta, założonego przez Greków, rozbudowanego przez Rzymian, a zniszczonego dopiero w wiekach średnich. Miasto to było świadkiem wielu ważnych wydarzeń historycznych min. chrztu Rusi. Ruiny okazały się wspaniałym miejscem. Jedynym odbudowanym budynkiem jest cerkiew, do której oczywiście weszliśmy. Tam, przez kilkanaście minut uczestniczyliśmy w prawosławnym ślubie. Ciekawi nowych doznań oglądaliśmy ceremonię, podczas której było wiele pięknych śpiewów, zapachu kadzideł i przepychu. Zostawiliśmy plecaki w jednym miejscu i spacerowaliśmy uliczkami, którymi 2000 lat temu chadzali greccy kupcy. Stan ruin jest niezły, widać przebieg ulic w mieście, fundamenty domów, gdzieniegdzie mury mają kilka metrów wysokości. Z chęcią byśmy zostali tam dłużej, ale słońce chyliło się ku zachodowi, a my musieliśmy jeszcze dojechać do Bałakławy. Sam Sewastopol, jako miasto z przebogatą historia militarną, pełne ciekawych muzeów i wystaw postanowiliśmy z Michałem zostawić sobie na następny raz, z powodu zdecydowanego oporu płci piękniejszej. Pomnik bohaterów obrony Sewastopola z czasów wojen krymskich, II wojny światowej, olbrzymie działo kolejowe z napisem “śmierć faszystom” widzieliśmy tylko z okien trolejbusu. Swoimi plecakami zwracaliśmy uwagę miejscowych, a nasza obecność budziła różne emocje. Kilkudniowy pobyt i osłuchanie się z językiem rosyjskim pozwoliło nam na jaką taką konwersację z miejscowymi mieszkańcami. W trolejbusie rozmawiałem z podpitym facetem w średnim wieku, który okazał się radzieckim lekkoatletą, który zwiedził spory kawałek świata, jeżdżąc na zawody, a jego syn mieszkający w Kaliningradzie, studiuje w Trójmieście.

Do Bałakławy leżącej kilka kilometrów od Sewastopola dotarliśmy pół godziny przed zmrokiem. Naszym oczom ukazał się niewielki port, w którym cumowały luksusowe jachty, restauracje z krzykliwymi neonami, a także hotele. Po szybkich zakupach udaliśmy się w stronę poleconej plaży. Gdy wyszliśmy już z miasta, będąc na klifie, już po zachodzie słońca dowiedzieliśmy się, że do najbliższej plaży ok. pół godziny drogi. Zdecydowaliśmy się iść dalej. Szybko się ściemniało, droga stawała się coraz węższa, a klif coraz wyższy. Po pół godzinie plaży nadal nie było widać, co więcej kolejna napotkana osoba powiedziała, że przed nami jeszcze ok. godziny drogi. To było ponad nasze możliwości. Marsz z plecakami po wąskiej ścieżce w ciemności i bez żadnej gwarancji, ze idziemy dobrą drogą wydawał się nam nonsensem, postanowiliśmy się rozbić na wcześniej upatrzonej pozycji nad klifem. Na szczęście spotkaliśmy chłopaka, który także szedł na plaże i dobrze znał drogę, bo od jakiegoś czasu tam mieszka. Odetchnęliśmy z ulgą, wyciągnęliśmy latarki i poszliśmy za Sergiejem. Po godzinie marszu, najpierw wąską drogą wzdłuż klifu, która czasami przechodziła w chwiejący się mostek, a później ostro w dół, chwytając się drzew zeszliśmy na kamienistą plażę. W światłach latarek rozbiliśmy namioty, przygotowaliśmy jedzenie i poszliśmy spać. Nasz niepokój co do “dzikości” i “dziewiczości” plaży wzbudziły napotykane śmieci. Jednak w świetle latarki nie wyglądało to bardzo podejrzanie. Dopiero rano ujrzeliśmy gdzie jesteśmy. Mała, romantyczna plaża, przyciśnięta do stromego, kamienistego klifu, drobne, kamyczki i czysta woda. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, ze wokół walały się sterty śmieci, co chwilę nie przypływałby stateczek z plażowiczami, a nad tym wszystkim nie widniałby obleśny, olbrzymi, namalowany na skale napis “TYALET”, a za nim obrzydliwy kibel. Uroku nie dodawał także bar, w którym obsługiwał podchmielony zarządca plaży. Postanowiliśmy napawać się chwilę widokami, szybko wykąpać i jak najszybciej uciec. Pomógł nam w tym deszcz, który zaczął padać chwile później. Szybko zwinęliśmy namioty i czekając na transport kąpaliśmy się. Kiedy zza skał wypłynęła mała łódka zdecydowaliśmy się, że to właśnie nią popłyniemy do Bałakławy. Szybko wyskoczyliśmy z wody porywając swoje rzeczy rzuciliśmy się biegiem w kierunku łódki. Sternik przeczuwając nadchodzącą burze chciał jak najszybciej odpływać, jednak ja byłem jeszcze w proszku i szybko się pakowałem. Dziewczyny próbowały go przekonać, aby jeszcze chwilę poczekał, ale patrząc w coraz ciemniejsze chmury stawał się coraz bardziej niecierpliwy. Wskoczyłem w ostatniej chwili, kiedy wspomniany już szef plaży wypychał łódkę. Po kilkunastu minutach rejsu byliśmy już w porcie w Bałakławie. Właśnie wtedy zaczęło się oberwanie chmury, które przeczekaliśmy pod drzewem. Dopiero po pół godzinie się przejaśniło, a my udaliśmy się na dworzec autobusowy, a później dalej do Jałty. Gdyby nie pałatka wojskowa nasze plecaki całkowicie by zamokły. Miasteczko ucierpiało jednak bardziej, ponieważ w niżej położonych częściach ulicy dzieci bawiły się po kolana w wodzie, a przyportowy parking zmienił się w basen, gdzie woda miała głębokość połowy koła Łady. Bezproblemowo dotarliśmy do Jałty pokonując kilkugodzinną trasę marszrutkami. Jest ona bardzo widokowa. Z prawej strony można podziwiać morze, natomiast z lewej główną część Gór Krymskich, które tutaj wyglądają jak małe Tatry – bardzo strome, skaliste i postrzępione góry wyglądają jak mur, który oddziela morze od głębi lądu.

Kategoria: Ukraina | Komentarze (0)

Zostaw odpowiedź