Data: sobota, 17 Wrzesień 2005 autor: admin

Gdy dotarliśmy do Jałty było już ciemno. Na dworcu znów dostaliśmy się w ręce miejscowych naganiaczy. Jedno co nas zaskoczyło to rozpiętość cenowa oferowanych tu noclegów oraz to, że spotkaliśmy kilku Rosjan mówiących bardzo dobrze po polsku i oferujących pomoc przy znalezieniu odpowiedniego noclegu. Proponowano nam nocleg za 100$/ grupa, jednak uprzejmie odmówiliśmy i pojechaliśmy z babuszką do jej domu za 80hr/grupa. Okazało się to dość daleko od dworca i musieliśmy jechać ok. 30 min dwoma autobusami (przejazd ulicą Kirowa w nocy jest jak jazda roller-coasterem w wesołym miasteczku – góra- dół- ciasny skręt w wąska uliczkę-ominięcie olbrzymiej dziury w jezdni-ciasny skręt-trzeszczenie autobusu-góra- dół- migające światła nocnej Jałty- wyprzedzające, nieoświetlone łady na wprost kamiennych murów… A to wszystko na 50 kopiejek). Polecamy – zapiera dech w piersiach. (jechaliśmy dwa razy – jazda w dzień również jest ekscytująca, ponieważ ludzi w autobusie jest więcej, a kierowcy decydują się na szybsza jazdę!!!). Okazało się, że przyjdzie nam spędzić dwie noce (tak zakładaliśmy) w bardzo dobrych warunkach, za naprawdę niewielkie pieniądze! Po szybkim umyciu się (wody bieżącej w godzinach 22-6 brak) i kolacji udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Następny dzień mieliśmy spędzić zwiedzając Jałtę. Zostawiliśmy plecaki w mieszkaniu i udaliśmy się zobaczyć to z czego Jałta słynie wśród rosyjskich turystów – plaże. Po krótkim spacerze doszliśmy na “deptak” W zasadzie przypominał on inne promenady w nadmorskich kurortach. Szeroka, wybrukowana alejka, palmy, ławeczki, budki z piwem, drogie sklepy, ekskluzywne hotele… a z drugiej strony morze. Jedyną różnica jest to, że po skręceniu w którąkolwiek z przecznic czar pryska: znów widać sypiące się domy, sterty śmieci, biedę i toalety, w których przydziałową długością papieru toaletowego jest odmierzany na miejscu (przy kliencie) jeden łokieć. Powracając jednak do tematu plaż: ciężko je znaleźć. Tuż przy porcie jest kawałek wybetonowanego nabrzeża, u jego skrajów łachy żwiru, na którym zaludnienie osiąga podobny wskaźnik jak na łodzi z nielegalnymi kubańskimi emigrantami u wybrzeży Florydy lub w autobusie 98 poznańskiego MPK przed 8.00. Nieco dalej, za portem są prywatne plaże hotelowe, lub ogólnodostępne lecz płatne i z niewiele mniejszą ilością ludzi przypadającą na metr kwadratowy. Był to wrzesień, więc nie wyobrażam sobie jak wygląda Jałta w szczycie sezonu, kiedy jednocześnie przebywa tam kilkadziesiąt (niektóre źródła mówią nawet o kilkuset) tysięcy ludzi. Rozmyślając nad tymi problemami przeszliśmy się wspomnianą promenadą, odwiedziliśmy pomnik tow. Lenina, któremu wredni kapitaliści wycieli niezły numer i wybudowali przed nosem McDolalda. Na złość wodzowi rewolucji, pod jego czujnym okiem, wypiliśmy burżujską i imperialistyczną coca-colę, obeszliśmy kilka głównych ulic, próbując kwasu chlebowego prosto z beczki i powróciliśmy powrotem w kierunku portu, aby udać się statkiem w rejs do “jaskółczego gniazda” – obowiązkowej atrakcji wszystkich turystów. Ze stateczku można podziwiać panoramę Jałty, która jest naprawdę interesująca. Miasto wybudowane zostało pomiędzy górami a morzem w miejscu, gdzie stoki łagodnie opadają ku morzu. Jednak zaraz za miastem wyrastają strome zbocza zwieńczone skalistymi szczytami. Z daleka zabudowa nie wygląda okazale, starsza część miasta jest raczej niska i kryje się w zieleni licznych parków wielu drzew rosnących wzdłuż ulic, natomiast nowsza część miasta to bokowisko, niewiele różniące się od tych z naszych dużych miast. “Jaskółcze gniazdo” okazało się przereklamowaną atrakcją, gdzie sprzedawcy tandetnych pamiątek i wina, byli chyba najbardziej zadowoleni. Interesu nie psuł im nawet ulewny deszcz, który zaczął padać, kiedy byliśmy na stateczku. Wdrapaliśmy się za tłumem w klapkach na szczyt klifu, na którym wybudowany jest zameczek (zastanawiam się, czy to dobre określenie, bo jest to maleńka budowla, w której mieści się obecnie droga restauracja, która bardziej przypomina zamek niż nim jest. Gniazdo to chyba adekwatna nazwa). Jednak widok na morze, ze skraju klifu, który jest jednocześnie tarasem budowli, sprawia, że 2 hr wydane na wejście nie są pieniędzmi zmarnowanymi. Po szybkim obejrzeniu “gniazda” ruszyliśmy z tłumem w klapkach w kierunku ulicy, gdzie planowaliśmy złapać marszrutkę do czarnomorskiej rezydencji carów, bardziej znanej Polakom jako miejsce, gdzie odbyła się słynna konferencja w 1944 r. z udziałem Churchilla, Stalina i Roosevelta. Przed wejściem również możemy spotkać sprzedawców tandety, ale sam pałac jest w doskonałym stanie i warto go odwiedzić. Zwiedzać można tylko w grupach z przewodnikiem, więc nieznajomość języka rosyjskiego znów okazała się bardzo dużym problemem. Z Kasiaczkiem i Michałem postanowiliśmy się rozejrzeć po okoliczny. Park okazał się bardzo zadbany, a pałac okazały – przycięte żywopłoty, kolorowe kwiaty – miło było pospacerować, szczególnie, że rozpogodziło się i widok na morze był wspaniały. Było to także jedno z dwóch miejsc na Krymie, gdzie widzieliśmy tablice informacyjne po angielsku. Postanowiliśmy wejść do pałacu tylko na chwilkę, od tyłu – bez płacenia. Niczym rasowi wycieczkowicze przeszliśmy przez sklep z pamiątkami, oglądając kiczowate pamiątki i chyłkiem weszliśmy w drzwi, nad którymi wisiał napis “Exit. Do not enter”. Podczepiliśmy się pod wycieczkę i zwiedziliśmy kilka pomieszczeń. Pełne przepychu apartamenty carów i jego dworu szybko nas znużyły i tą samą drogą wyszliśmy. Postanowiliśmy wracać i na tej samej drodze, która przybyliśmy, czekaliśmy na marszrutke do Jałty. Nasza uwagę zwrócił taksówkarz, który z rękoma brudnymi po łokcie od smaru i naprawiający Ładę, zaproponował nam podwózkę. Cena był jednak odstraszająca – woleliśmy poczekać na autobus. Kierowca zwietrzył jednak interes i dalej próbował stopniowo obniżając cenę, aż dotarł do ceny, która była do przyjęcia (od początkowej spadła trzykrotnie), a my chcąc spróbować wszystkich środków lokomocji zgodziliśmy się. Łada była poważnie zdezelowana, usiadłem z przodu, jednak pasów nie znalazłem (kierowca też). Moją uwagę przykuł także sposób odpalania samochodu – do tej pory znany z filmów. Wystarczyło złączyć ze sobą dwa magiczne kabelki wystające z deski rozdzielczej, a samochód już działał! Pełni obaw co to sprawności reszty samochodu ruszyliśmy. Kierowca okazał się być prawdziwym człowiekiem interesu, ponieważ próbował nas nakłonić, abyśmy go wynajęli na następny dzień, a on pokaże nam wszystko w Jałcie i zabierze nas nawet na szczyt Aj-Petri, ale mieliśmy inne plany więc twardo odmawialiśmy. O jego zdolności do prowadzenia interesów świadczy też fakt, iż wspominał o prowadzonym przez siebie małym biznesie w Polsce(!). Mówił coś o “bolszoj stadion” w Warszawie… Obrotny facet. Jednak podczas całej tej pogawędki, niczym najlepszy menadżer i negocjator próbował patrzyć klientowi w oczy – czasami zapominając o drodze. Ja również patrzyłem mu w oczy, więc nie byłem świadomy jakich emocji doznaje reszta ekipy na tylnim siedzeniu widząc wysokie krawężniki zbliżające się raz z lewej, raz z prawej strony, znaki drogowe przestrzegające przed szybkością, z jaką akurat jechaliśmy, samochody z nad przeciwka… Dojechaliśmy jednak bez problemów a na dodatek dostałem kartkę z jego trzema numerami telefonów komórkowych – tak na wszelki wypadek. Był to dzień pełen wrażeń. Na następny dzień zaplanowaliśmy wejście na Aj-Petri, ale innym sposobem niż robiły to masowe wycieczki. Nie chcieliśmy korzystać z wyciągu, który został humorystycznie opisany z przewodniku Bezdroży “”. Zamierzaliśmy wejść na szczyt o własnych siłach, jednak z poziomu dolnej stacji wyciągu jest to zabronione, ponieważ znajduje się tam rezerwat. Z innej strony można dojść, ale nie zdołaliśmy złapać odpowiedniego autobusu. Z resztą – jak się później okazało nic nie strąciliśmy, bo napotkana w Przemyślu grupka turystów powiedziała nam, że to stracony czas (ale o obiektywności doznań estetycznych już pisałem). Wspólnie zdecydowaliśmy, ze jedziemy w góry Czatyrdach. W Jałcie skorzystaliśmy z podobno najdłuższej na świecie linii trolejbusowej (Jałta – Symferopol ok. 120 km), a na pewno jednej z niewielu, która przecina łańcuch górski.

Kategoria: Ukraina | Komentarze (0)

Zostaw odpowiedź