Data: poniedziałek, 19 Wrzesień 2005 autor: admin
Pomysł wyjazdu na Krym narodził się pod koniec czerwca. Jadąc świętować noc świętojańską Kasiaczek stwierdził, że warto by zobaczyć ten sławny półwysep. Tak powstał pomysł na tegoroczną wyprawę.
Przygotowując się do podróży zakupiliśmy mapę, no i oczywiście poświęciliśmy wiele godzin na czytanie relacji zamieszczonych przez innych podróżników w Internecie. Sprawdzaliśmy opcje dojazdu, co warto zobaczyć, na co być przygotowanym itp. Te przygotowania jeszcze bardziej rozpaliły naszą wyobraźnię i spowodowały, że zaczęliśmy niecierpliwie oczekiwać wyjazdu. Biorąc pod uwagę rady innych podróżników postanowiliśmy pojechać we wrześniu, aby uniknąć problemów związanych z kupnem biletów na pociąg, upałów, a także dzikiej masy rosyjskich turystów. Ogłosiliśmy tę wieść wśród znajomych i zebrała się odważna, pięcioosobowa ekipa. Zuza, Kaszka, Kasiaczek, Michał i Misiek, wszyscy studenci poznańskich uczelni – UAM, AE i Politechniki.
Spotkaliśmy się, w poniedziałek wieczorem na poznańskim dworcu i wsiadając do pociągu do Przemyśla rozpoczęliśmy naszą przygodę. Po całonocnej jeździe dotarliśmy do Przemyśla, skąd bezproblemowo udaliśmy się busem do przejścia granicznego w Medyce. Tam po kilkuminutowej polskiej odprawie przeszliśmy, mijając porozrzucane na terenie całego terminalu tysiące kartonów po papierosach Pall Mall, do odprawy ukraińskiej. Po wypełnieniu odpowiedniego formularza i wbiciu pieczątki nareszcie byliśmy na Ukrainie. Zaczynała się najciekawsza z dotychczasowych wypraw. Jednak szybko zostaliśmy sprowadzeni na ziemie, ponieważ Ukraina, a raczej jej mieszkańcy nie chcieli nas tak chętnie przyjąć. Przy wyjściu na ulicę okazało się, że trafiliśmy w sam środek strajku drobnych przemytników, popularnie zwanych “mrówkami”. Denerwowali się, że Polacy mogą przenosić więcej papierosów niż oni, więc postanowili zamknąć furtkę, jedyne przejście, poprzez które można było się dostać na ulicę… Lekko zszokowani tym faktem postanowiliśmy poczekać na rozwój sytuacji. Dowiedzieliśmy się, że w poprzednim dniu brama zamknięta była przez 5 godzin. Spowodowało to lekkie pogorszenie naszych nastrojów, które jednak szybko uległo poprawie gdy zjawił się celnik ukraiński. Mieliśmy nadzieje na szybkie rozwiązanie problemu. Myliliśmy się. Celnik podszedł robiąc groźną minę i zapytał kulturalnie z wyższością w głosie: “Szto to k… jest!!!”, a tłum polskich mrówek mu zawtórował: “Właśnie! Co to k… jest!!!”. Celnik wyraźnie zbity z tropu ta odpowiedzią chwycił za telefon komórkowy i odszedł. Więcej go nie widzieliśmy. Tymczasem przy furtce zaczęły się dziać nowe sceny. Pewne panie zaczęły szturmować furtkę i przeszły ją górą – ryzykowały gdyż była ona najeżona ostrymi kolcami. Ten atak nie mógł pozostać bez odpowiedzi i po stronie ukraińskiej natychmiast pojawiła się puszka z białą farbą i pędzel, którym pomalowano górę furtki, aby przechodzący się ubrudził. Moglibyśmy jeszcze długo stać i obserwować tę sytuacje rodem ze skeczów Monty Pytona, ale Zuza postanowiła działać. Czujnym okiem harcerki wypatrzyła miejsce dogodne do przejścia, które nie zostało pomalowane i ruszyła na furtkę. Poszedłem w jej ślady i po chwili staliśmy na ukraińskiej ziemi. Następnie z Michałem poprzerzucaliśmy ciężkie plecaki i gdy na furtce okrakiem wisiała Kasiaczek, furtka została otwarta. Czy miało na to wpływ nasze przejście, które pokazało mrówkom nieskuteczność ich barykady nie dowiedzieliśmy się, gdyż od razu pobiegliśmy na busik do Lwowa. Okazało się, że wszystkie miejsca są zajęte, ale mimo to nasza piątka weszła (jeszcze 5 innych osób też). Po drodze poznaliśmy inną grupę Polaków, którzy także wybierali się na Krym. Jadąc dwie godziny w busiku po szerokich i dziurawych drogach, czas minął szybko i wczesnym przedpołudniem znaleźliśmy się na dworcu we Lwowie.
Kupno biletów miało się okazać pierwszym sprawdzianem naszego języka rosyjskiego. Należy tu dodać, że jesteśmy pokoleniem, które nie miało obowiązku uczyć się go w szkole, jedynie Kasza miała dwa lata rosyjskiego w gimnazjum, ale nie przykładała się do niego, bo (jak się okazało – mylnie) uważała, że nigdy z niego nie skorzysta. Ja nabyłem podręcznik do nauki rosyjskiego, ale przerobiłem tylko dwie lekcje, więc znałem podstawy podstaw. Reszta ekipy nie umiała nawet czytać alfabetu… na szczęście znajomości z busika okazały się nieocenione i bilety udało się kupić. Przydatna okazała się karteczka z danymi (ilość biletów, nr pociągu, trasa, rodzaj wagonu oraz imiona i nazwiska chętnych – cyrylicą), którą trzeba dać w okienku razem z paszportami . Znacznie przyśpiesza to kupowanie biletów. Do pociągu mieliśmy jeszcze 3h więc poszliśmy na śniadanie do przydworcowego bistro. Byliśmy chyba pierwszymi klientami, więc widzieliśmy jak pani sprzedawczyni przygotowywała się do ciężkiego dnia pracy. Jednym z pierwszych jej zadań było uzupełnienie wodą wszystkich butelek z wódką, tak, aby nie skończyły się one zbyt szybko. Zauważyliśmy także o raz pierwszy zjawisko, które jest powszechne na Ukrainie, a w Polsce niekoniecznie. Mianowicie do bistro nie przychodzi się po to, aby jeść. Spożywany jest wyłącznie alkohol, a próba zamówienia czegoś do jedzenia nierzadko spotyka się ze szczerym zdziwieniem. Czas minął szybko i udaliśmy się powrotem na dworzec. Czytając relacje z podróży na Krym zwracaliśmy uwagę na środki transportu. Spotkaliśmy się z różnymi opiniami, więc jak na pierwszy raz postanowiliśmy wykupić bilety na wagon “kupiejny” (zamykany, czteroosobowy przedział), nieco droższy od “plackartnyj” (54-łóżkowy wagon, bez przedziałów) i sprawdzić ten drugi, czy będziemy chcieli z niego korzystać w przyszłości. Standard ukraińskich kolei zaskoczył nas bardzo pozytywnie: czyste przedziały, opiekujący się wagonem dwoje prowadników, darmowy wrzątek i wygodne łóżka. Rozpoczęliśmy 26-godzinną podróż do stolicy Krymu – Symferopola. Droga minęła niezwykle miło – okazało się, że w wagonie jadą sami Polacy z zamiarem zwiedzenia Krymu i tylko kilku miejscowych. Spotkaliśmy tam także naszych znajomych z busu. Dowiedzieliśmy się, że lider grupy był już na Krymie, więc wypytaliśmy go o różne szczegóły. Dowiedzieliśmy się, że warto odwiedzić Inkerman obok Sewastopola (nawet kosztem Chersonezu Taurydzkiego), a już na pewno obowiązkowa jest wizyta w Bałakławie.
O subiektywności pewnych osobistych doznań zarówno podróżniczych jak i estetycznych mieliśmy się przekonać kilka dni później. Podczas podróży pociągiem mieliśmy okazję zapoznać się ze zjawiskiem, które w Polsce już dawno zanikło, mianowicie handlem na stacjach. Standardowy postój pociągu to ok. 20 min. W tym czasie do drzwi wagonów podchodzą handlarze (najczęściej starsze panie – tak zwane babuszki), które oferują owoce lub własne wypieki. Mieliśmy okazję kupić pomidory, paprykę, jabłka, gruszki, winogrona, melony ale także suszone i wędzone ryby, wodę, piwo, wódkę, czeburieki, ciastka z miesem, a nawet proponowano mocniejsze używki. Uraczyliśmy się tylko pysznymi winogronami i ruszyliśmy dalej.
Kategoria: Ukraina | Komentarze (0)



















































