Data: piątek, 16 Wrzesień 2005 autor: admin
Po ok. 2 godzinach byliśmy na przełęczy Angarskiej (752 m.n.p.m) skąd trolejbus już miał tylko w dół do stolicy Krymu. W przewodniku przeczytaliśmy, że w turbanie na przełęczy są 2 pola namiotowe, stacja meteorologiczna, bar, więc stwierdziliśmy, że w jedzenie zaopatrzymy się na miejscu. Okazało się, że poza sezonem miejsce jest praktycznie martwe – bar nieczynny, jedno pole może i jest, ale wygląda na opustoszałe, a drugiego nie widzieliśmy… Po poszukiwaniach znaleźliśmy żywego człowieka, który wyglądał na zaskoczonego naszym przybyciem, a już zupełnie zbił go z tropu fakt, że chcemy tu spać! Okazało się, że możemy spać pod namiotem lub w pokoju. Jednak kiedy zobaczyłem pokój to przypomniały mi się najgorsze fragmenty czytanego niedawno “Archipelagu Gułag” Sołżenicyna. Podzieliliśmy się na dwie grupy: Kasza, Zuza i Michał rozbili namioty, a ja z Kasiaczkiem pojechaliśmy z powrotem do Auszty po coś do jedzenia. Drugi raz mogliśmy przeżyć mozolną wspinaczkę przepełnionego trolejbusu marki “Skoda” z poziomu morza na 752 m.n.p.m. w niespełna 40 min. Nie niepokojeni przez nikogo – po obiedzie rozpaliliśmy ognisko i zadecydowaliśmy, że jutro wchodzimy na górę bez plecaków, zostawiamy je i “opiekuna” pola namiotowego a potem jedziemy do Sudaku. Nasze plany wzięły jednak w łeb już z samego rana, ponieważ po mężczyźnie któremu zapłaciliśmy za nocleg nie było ani śladu – decyzja prosta – idziemy z plecakami. Jednak kolejna niespodzianka spotkała nas już 100 m dalej, kiedy okazało się, że bar jest otwarty (a wczoraj wyglądał jakby ostatni klient wyszedł z niego w pierwszych latach pierestrojki). Plecaki zostawiliśmy więc u sprzedawczyni, a sami ruszyliśmy w góry. Trzeba wspomnieć, że szlaki w górach są nieoznaczone. Wynika to z faktu (za przewodnikiem wyd. Bezdroża “Krym – półwysep rozmaitości” 2005), że za czasów radzieckich chodzenie po górach było dozwolone tylko w zorganizowanych grupach pod opieka miejscowego przewodnika, więc szlaki były niepotrzebne. Jednak autor wyżej wspomnianego przewodnika Artur Grossman zadbał o to i w przewodniku znalazły się szczegółowe opisy trasy. Sprawiało nam wiele radości podążanie za wskazówkami typu: za drzewem z czerwona kropką w lewo, obok żółtej budki w prawo, a teraz 20 min na północny wschód! Kaszy niestety odezwała się kontuzja i nie mogła iśc z nami. Dzień spędziła na czytaniu książki i pilnowaniu naszych plecaków. Trzeba przyznać że na trasie bez problemu znajdowaliśmy drogę. Słabymi punktami opisu były czasy przejść (rozumiemy, że są one zobiektywizowane i że trudno jest podać jeden czas dla wytrawnego trekkingowca w goretexowych butach, termoizolacyjnej koszulce i kijkami teleskopowymi w ręku oraz dla sześćdziesięcioosobowej grupy emerytów w klapkach, ale drogę powrotną pokonaliśmy w czasie 2,5 h krótszym niż podany w przewodniku – zamiast 4h w 1,5h) Na szlaku poznaliśmy kolejny wytwór radzieckiej myśli technicznej. Można się zastanawiać w jakim celu szlak prowadzić trawersem po zboczu góry jeśli można go poprowadzić po linii prostej w górę! W ten oto sposób po krótkim, lecz wyczerpującym marszu (niekiedy trzeba dopomóc sobie rękami) dotarliśmy na skraj lasu, gdzie rozważania na temat tego, co się dzieje z takim szlakiem podczas ulewnego deszczu i czy bardzo rwący jest płynący tamtędy potok, zostały odsunięte na dalszy plan przez przepiękne widoki. Masyw okazał się być płaskowyżem pokrytym obca dla Polski roślinnością stepową, mocno pożółkłą od święcącego całe lato Słońca. Po kolejnej godzinie marszu, po prawie płaskim terenie dotarliśmy do szczytu – Eklizi-Burun (1512 m.n.p.m.) Widok niesamowity, w odległości zalewie 3 km widać było morze. Po krótkim podziwianiu widoków udaliśmy się w drogę powrotną zgodnie z opisem w przewodniku. Po zejściu do turbazy, szybko wzięliśmy plecaki i poszliśmy na przystanek, aby złapać trolejbus do Auszty, a potem dalej autobus do Sudaku. W Auszcie znaleźliśmy się ok. 19 i niestety było już za późno na dalszą drogę. Ostatni autobus odjechał kilkanaście minut wcześniej. Byliśmy zmuszeni nocować w Auszie, która jest bokowiskiem – molochem, nie polecanym przez przewodniki i innych turystów za równo z powodu wysokich cen, jak i niskiego standardu plaż, hoteli, itp. Tym razem sami znaleźliśmy babuszkę, która za 12hr/os przenocowała nas u siebie w domu. Byliśmy lekko zaniepokojeni, kiedy znaleźliśmy się pod jej blokiem. Wyglądał on jakby trzymał się jedynie siłą woli i zaraz miał się rozsypać, jednak nie było tak źle. Mieszkanie bardzo pozytywnie nas zaskoczyło – ładnie urządzone, czyste i schludne, a dodatkowo 3 min pieszo od dworca, na którym musieliśmy być o 7 rano dnia następnego, aby złapać pierwszą marszrutke do Sudaku. Wieczorem przeszliśmy się do restauracji na obiad. Po raz kolejny wzbudziliśmy niemałe zaciekawienie, kiedy zamówiliśmy coś do jedzenia. Dzięki zdolnościom Kaszki do porozumiewania się “na migi”, bądź rysując na karteczce dostaliśmy to czego chcieliśmy. Resztę wieczoru spędziliśmy na rozmowach w restauracji pod czujnym okiem miejscowych, którzy popijając wódkę, piwo, grając w kości i karty nie mogli się nadziwić, że ktoś zamówił coś dojedzenia w restauracji.
Kategoria: Ukraina | Komentarze (0)



















































