Data: środa, 16 Sierpień 2006 autor: admin

Ranek był najcudowniejszy ze wszystkich do tej pory. Nie obudziło nas dudnienie kropel deszczu o tropik namiotu, ale ciepło porannego słońca! Po śniadanku złożonego z chleba z miodem i kawy poszliśmy od Alpskiego Biwaku od którego dzielił nas niecały kilometr. Schron okazał się być bardzo czysty i zadbany – byliśmy zaskoczeni standardem. Bez problemu wyśpi się w nim 8 osób. Znaleźliśmy tam cała siatkę różnych słowackich batoników, które namiętnie podjadaliśmy. Jedynym problemem jest brak bieżącej wody – można stopić sobie lód z lodowczyka, który znajduje się kilkadziesiąt metrów od Biwaku lub iść kilka godzin do źródełka (Savina Voda obok szczytu Savin Kuk). Wybraliśmy drugą opcję. Pozostawiliśmy rzeczy w schronie, wzięliśmy tylko jeden plecak, wszystkie butelki na wodę jakie nam zostały i poszliśmy do źródła. Najpierw przez osypujące się kamienie szlakiem oznaczonym przerywaną czerwoną kreska na szczyt Savin Kuk. Droga była dość emocjonująca, ponieważ ostatnia część była ubezpieczona spiralną stalową liną, która najlepsze czasy miała już daleko za sobą. Po dość sporych emocjach napełniliśmy wszystkie butelki wodą i postanowiliśmy ruszyć szlakiem na około doliny Velka Kalica szczytami to punktu widokowego na szczycie Milosev Tok. Tylko początek był niebezpieczny. Jakieś 100 m ściany miało być ubezpieczone łańcuchem, jednak od połowy łańcucha już nie było. Postanowiliśmy iść dalej co można nazwać nawet drobną wspinaczką. Jednak po wyjściu na grań można było już sobie spokojnie wędrować dalej… Widoki zapierały dech w piersiach – ostre wapienne góry, które nie zajmują wielkiego obszaru, ale są bardzo atrakcyjne. Powrót wybraliśmy okrężna drogą – nadrobiliśmy ok. 3 godziny, ale nie chcieliśmy ryzykować schodzenia po tej niebezpieczniej ścianie. W schronie spaliśmy jak zabici.

Następnego dnia wzięliśmy plecaki i poprzez dwie przełęcze oznaczone na mapie (do ściągnięcia z Mapovego Servera – 4 arkusze A4) jako M. Previja (2200) i Troni Prevoj (2245) chcieliśmy się przedostać do pod najwyższy szczyt Durmitoru – Bobotov Kuk (2523). Już na początku zgubiliśmy szlak, więc kierowaliśmy się na kompas i mapę. Droga była dosyć ciężka – trzeba było przechodzić przez duże głazowiska, nieraz podchodzić pod 1-1,5m pionowe ścianki. Na szlaku pewnie tego nie ma, ale jako że go zgubiliśmy musieliśmy się natrudzić więcej. Po drodze zdobyliśmy jeszcze szczyt Bandijerna (2409) (podejście na lekko z przełęczy). Trzeba powiedzieć, że moim zdaniem z tego szczytu był najlepszy widok. Schodząc z przełęczy i kierując się na jeziorko Zeleni Vir natrafiliśmy nas szlak pełen turystów zmierzających na Bobotov Kuk z parkingu przy przełęczy na drodze, którą jechaliśmy dzień wcześniej. Przy samym jeziorze dość dużo ludzi. Pod dobrze osłoniętym kamieniem zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy zdobyć najwyższy szczyt. Droga jest łatwa orientacyjnie, ale trudna kondycyjnie – jest bardzo stroma. Dopiero partia szczytowa jest trochę emocjonująca, gdyż trzeba się nieźle przylepić do skały, aby przejść wąską percią. Na szczycie pamiątkowe zdjęcie, wpis do zeszytu (sporo Polaków się wpisało w ostatnim tygodniu) i schodzimy. Planowaliśmy nocleg w okolicach jeziorka, ale było dość wcześnie, więc wzięliśmy plecaki na grzbiet i przeszliśmy przez przełęcz Sarnar (ta przełęcz znajduje się na górze, na której idealnie wydać warstwy osadzania się wapienia – po prostu nic tylko robić zdjęcie i do podręcznika z geologii wstawić) do schroniska przy jeziorze Skrcko. Doszliśmy tam późnym wieczorem i czasu starczyło nam jedynie na zjedzenie czegoś ciepłego i rozbicie namiotu.

Rankiem kąpiel w zimnym jeziorze, śniadanie i cofając się kilkaset metrów weszliśmy na szlak prowadzący do szczytu Prutas. Po kilkudziesięciu minutach byliśmy na szczycie. Tam postanowiliśmy, że chwilowo mamy dość gór (Durmitor kosztował nas sporo energii) i że jedziemy nad morze, pozwiedzać słynne miasta “Primoria”. Z Prutasa zeszliśmy bez szlaku po trawiastym zboczu w kierunku drogi i po ok. godzinie już próbowaliśmy złapać stopa. To nie było takie proste – ruchu praktycznie żadnego. Staliśmy w miejscu, skąd było widać przełęcz, na której pojawiające się tam samochody przejeżdżały koło nas 10 minut później. Po 1,5 czekania trzeci przejeżdżający samochód wziął nas na sam dół – znów nad kanion rzeki Piva, do pobliskiego miasteczka. Tam wypiliśmy upragnione zimne piwo i zrobiliśmy zapasy. Ledwo wyszliśmy na drogę i już zatrzymał się samochód, który wziął nas do Niksica. Stamtąd próbowaliśmy przedostać się do Kotoru, ale wybraliśmy złe miejsce do łapania okazji i niestety do zmroku nie udało się nam przemieścić nawet o kilometr. Postanowiliśmy spać za miastem co nie skończyło się najlepiej. Gorąca noc sprawiła, że nie chciało się nam rozbijać namiotu – znaleźliśmy przytulne miejsce w niskich drzewkach i tam zasnęliśmy. Ok. 23 obudziły mnie przeklinania Kamila. Okazało się, że w rękę ugryzł go lis, który nadal stał przy nas i nie chciał uciec. Nawet świecenie latarką, trzaski plastikowej butelki o kolano nic nie dawały. Przeszliśmy spać kilka kilometrów dalej, do kogoś na podwórko. Kamil opatrzył ranę dłoni, ale mieliśmy poważnie obawy, czy lis był zdrowy. Podejrzewaliśmy wściekliznę, bo w końcu zdrowe list się tak nie zachowują… Kontakt ze znajomymi lekarzami utwierdził nas w przekonaniu, że jak najszybciej musimy iść do lekarza, bo nawet jeśli nie wściekliznę to taki lis może przenosić dziesiątki innych chorób.

Tagi: ,
Kategoria: 2006 Bałkany, Czarnogóra | Komentarze (0)

Zostaw odpowiedź