Ukraina | MDtravel - Part 2
Friday, 3 September 2010.

Data: czwartek, 15 Wrzesień 2005 autor: admin

Rano złapaliśmy odpowiedni autobus i po wielokrotnie już przechodzonych problemach z opłaceniem biletów za nadbagaż (jest kilka opcji kupowania biletów i nikt nie wie, która jest prawdziwa – czasem się nie płaci za plecaki, czasem trzeba kupić specjalne bilety w kasie, czasem u kierowcy, innym razem u osoby, która kasuje pieniądze od kierowcy na dworcu autobusowym, a czasem po prostu dając w łapę kierowcy po hrywnie od plecaka, co zamyka wszelkie spekulacje na ten temat) ruszyliśmy w drogę. Znów kilka godzin w busiku – tym razem była to jednak katorga. Ani jedno okno się nie otwierało, a na zewnątrz skwar i duchota. W końcu zlani potem i wycięczeni dojechaliśmy do Sudaku. W samym mieście chcieliśmy zobaczyć twierdze genueńską, ale wpadka dnia poprzedniego spowodowała, ze nie mieliśmy na to czasu – woleliśmy jechać prosto do miejscowości Koktebel, aby zobaczyć rezerwat geologiczny Kara-Dag. Godzina oczekiwania na dworcu przyniosła kilka nowych znajomości. Znakiem rozpoznawczym Polaków jest pomarańczowa okładka z przewodnika Bezdroży. Po krótkiej wymianie wiadomości pojechaliśmy (po raz pierwszy i ostatni autobusem – takim jak nasze PKS) do Koktebel. W autobusie również bardzo zdezelowanym jechało bardzo dużo ludzi (w tym kilka osób z Polski), więc autobus na ostrzejszych zakrętach przycierał podwoziem o asfalt. Pobieżna znajomość zasad fizyki w połączeniu z górzystym charakterem drogi daje wiele do myślenia kiedy z dużą prędkością, ciężki autobus zbliża się do ostrego zakrętu, a kierowca nie ma zamiaru hamować… Jednak kończyło się to tylko na przycieraniu podwoziem o asfalt. W Koktebel pierwszym naszym zadaniem było znalezienie noclegu. Niestety nie było tam pola namiotowego (tylko jakieś nielegalne, dla nudystów), a babuszek nie znaleźliśmy więc mieliśmy problem. Podszedł do nas młody chłopak i zapytał czy chcemy pokój, ale jak się dowiedział, że tylko na jedną noc to nas wyśmiał… Jak dobrze wiedzieć, że są jeszcze miejsca, gdzie krwiożerczy kapitalizm się jeszcze nie zagnieździł, a ludzie nie mają ochoty zarabiać… Kilka dni pobytu na obszarze rosyjskojęzycznym sprawiło, że coraz lepiej potrafiliśmy czytać cyrylicę, więc Kasiaczek zainteresowała się napisem “Żyliu” na płocie. Okazało się ,że naprzeciwko dworca są domki do wynajęcia za 3$ doba. Bez większych problemów ulokowaliśmy się w bardzo przyjemnych domkach. Postanowiliśmy coś zjeść, a później przedostać się do biostacji, skąd zaczynały się wycieczki po rezerwacie Kara-Dag. Udaliśmy się do specyficznej restauracji, gdzie zamiast stołów i krzeseł siedziało się “po turecku” na poduszkach przy niziutkim stoliku. Okazało się później, że określenie specyficzna bardzo do niej pasuje. Szybko pojawiła się kelnerka, która rozdała nam menu. Po szybkim odczytaniu nazw, każdy był na coś zdecydowany. Niestety, wyraźnie zblazowana pani, trzymając gotowy do użycia notes za każdym razem odpowiadała “nie ma”. Po pięciu próbach postanowiliśmy załatwić sprawę w inny sposób – zapytaliśmy “co jest?”. Kelnerka nie zmieniając wyrazu twarzy, lekko pretensjonalnie odpowiedziała – “barszcz”. Chwyciłem się wtedy za głowę� Dlaczego ona stała nad nami z notesem i długopisem, dając nam menu i za każdym razem odpowiadała “nie ma”, skoro doskonale wiedziała, że w garach jest tylko barszcz!? Lekko zrezygnowani poprosiliśmy o 5 barszczy ale w głowach zaczęły nam kiełkować myśli na temat świeżości i jakości zupy… Pani kelnerka zjawiła się po kilku minutach, z tym samym grymasem wymalowanym na twarzy i powiedziała, że barszcze są tylko 3… To był koniec. Szybko opuściliśmy lokal i poszliśmy do innego, do konkurencji naprzeciw. Tam, nauczeni doświadczeniem, od razu zapytaliśmy, czy jest cokolwiek do jedzenia. Podbudowani twierdzącą odpowiedzią zamówiliśmy co chcieliśmy. Tatarski płow i rosyjskie bliny szybko znikły z naszych talerzy, a my nadal byliśmy głodni, więc zamówiliśmy jeszcze jedna porcję. Okazało się, że to były ostatnie… Te dwie sytuacji doskonale potwierdzają tezę postawioną na początku opowieści, ze do restauracji nie chodzi się jeść, tylko pić, a ewentualne jedzenie jest traktowane jako zagrycha. W połowie najedzeni poszliśmy na dworzec, aby złapać autobus do biostacji. Okazało się, że ich nie ma i byliśmy zmuszeni skorzystać z taksówki. Znając realia przygotowaliśmy się na ostre targowanie. Delegacja z dwóch przedstawicielek płci piękniejszej (wiadomo, że kobiecie trudniej odmówić – nawet taksówkarzowi) udała się do grupki kierowców. Cena początkowa 80hr – po targach 30hr – jedziemy! Ku niezadowoleniu moim i Michała jedziemy wybranym przez dziewczyny oplem omegą, a nie wołgą, ale obiecujemy sobie, że następnym razem to my będziemy wybierać. Po ok. 10 minutach szaleńczej jazdy osiągamy cel. Warto wspomnieć, że w tego typu rezerwatach nadal panują radzieckie przyzwyczajenia i można wchodzić tyko w grupach z przewodnikiem. Dodatkowo są tylko dwa wejścia – o 8 i 15, więc grupa składa się z pokaźnej liczby osób. Dowiedzieliśmy się, że możliwy jest też rejs statkiem i obejrzenie niezwykłych form bazaltowych od strony morza. Zdecydowaliśmy się na rejs, a piesze zwiedzanie zostawiliśmy sobie na następny dzień. Nie będę opisywał widoków, lepiej zobaczyć zdjęcia w galerii. Kara – Dag od strony morza – bardzo, bardzo polecamy. Przypłynęliśmy do Koktebel, gdzie czysta woda i gorące powietrze zachęcały do kąpieli, jednak aby wejść na plażę, należało być posiadaczem specjalnej karty hotelowej. Mimo poszukiwań, plaży ogólnodostępnej nie znaleźliśmy (trzeba też przyznać, że nie szukaliśmy bardzo wytrwale, więc może gdzieś jest). Zrobiło się popołudnie więc, niczym kuracjusze z sanatorium wybraliśmy się na spacer uliczkami Koktebel, oglądając stragany, robiąc zakupy i jedząc czeburieki. Zuza kupiła ładny sweter, a dla wszystkich kupiliśmy winogrona i wino, z którego Koktebel słynie na Krymie i nie tylko. Następnego dnia, wstaliśmy bardzo wcześnie rano, aby zdążyć na wejście o 8. Znów nie udało się nam złapać autobusu, więc jechaliśmy taksówką. Niestety tym razem Wołgi nie było, ale ponownie pojechaliśmy ładą. Kaszka i Kasiaczek sztukę targowania się opanowały już do perfekcji. Taksówkarze wyraźnie widząc, że grupa ma zamiar gdzieś pojechać zbiegli się tłumnie, przerzucając się cenami, które ponownie oscylowały ok. 80hr. Stopniowo szła ona w dół, a im bardziej ona malała, tym mniejsza stawała się liczba taksówkarzy dookoła. W końcu został jeden ,który po długich namysłach zdecydował się przewieźć nas za 25hr. Był to istny dumping, który wywołał oburzenie wśród reszty taksówkarzy – 30hr była bowiem niepisana minimalną kwotą, za która taksówkarze odpalali swoje samochody. Tłum ludzi w biostacji przeraził nas. Kłębiło się tam mnóstwo ludzi, którzy bardzo potrafili popsuć przyjemność chodzenia po górach. Na szczęście podzielono wszystkich na dwie grupy (mniej więcej po 60 osób) co i tak nie zapowiadało się optymistycznie. Najpierw zwiedza się wystawę z wypchanymi zwierzętami, które można spotkać na terenie rezerwatu i żywymi robakami, które tez tam biegają. Zwiedzenie sali o powierzchni ok. 50 m kw. zajęło nam ok. 1,5h, ponieważ przewodniczka z namiętnością opowiadała o każdym wypchanym futrzaku Z czasem tłum jej słuchaczy topniał, aż została sama – to był sygnał aby ruszyć na właściwą cześć wycieczki. “Przejął” nas mody przewodnik, który niestety mówił po rosyjsku z szybkością AK-47, więc niewiele zrozumieliśmy. Po dość nudnej przeprawie dołem weszliśmy na “grań”, skąd roztaczały się przepiękne widoki. Tu znów nie będę się rozpisywał, tylko zaproszę do galerii. Tę część zwiedzania też polecamy, lecz nieco uciążliwe może być poruszanie się w olbrzymiej grupie, której znaczna część ma na nogach klapki. Zajmuje to ok. 4h. Wczesnym popołudniem byliśmy już w mieszkaniu. Niestety, nasza wycieczka powoli dobiegała końca, trzeba było wracać do Poznania, bo powoli zaczynał się rok akademicki, a niektórzy mieli jeszcze inne plany.

Kategoria: Ukraina | Komentarze (0)

Data: środa, 14 Wrzesień 2005 autor: admin

Bilety na pociąg do Lwowa mieliśmy na po południe następnego dnia, więc nie chcieliśmy ryzykować, że nie dostaniemy się do Symferopola rannym autobusem (w przewodniku było napisane, że może się to zdarzyć) i pojechaliśmy tam po południu. Do stolicy Krymu dotarliśmy późnym popołudniem. Znalezienie noclegu okazało się nie lada wyzwaniem – babuszki ginęły w mrowiu ludzi. Po krótkim szukaniu znaleźliśmy miejsce, gdzie stały stłoczone. Od razu zaproponowano nam nocleg, jednak w cenie, która porównywalna była z ilością pieniędzy jaką dotychczas wydaliśmy na wszystkie noclegi. Gdy zaproponowaliśmy swoją sumę, kobieta się obraziła i poszła. Byliśmy jednak twardzi i obstawaliśmy przy swoim. Babuszki nawzajem dodawały sobie otuchy i próbując nas złamać krzyczały, że za taką cenę nie znajdziemy nigdzie noclegu!. Byliśmy cierpliwi… Po kilku minutach zawołała nas kobieta, kazała nam odejść od reszty i wyraźnie ściszonym głosem powiedziała, ze możemy spać u niej, ale ma tylko 4 łóżka. Po raz kolejny wobec nas zastosowano dumping, jednak tym razem nie został on gromadnie potępiony, bo kobieta załatwiła interes na boku. Na jedną noc zamieszkaliśmy 20 min pieszo od dworca w bardzo przyzwoitych warunkach. Wieczorem poszliśmy na zakupy i poszwędać się po Symferopolu. Sprawdziwszy w przewodniku, że w Symferopolu warte zobaczenia są cerkwie i muzea, zdecydowaliśmy się przejść po ulicach miasta bez większego celu, nie oglądając ozdobnych cerkwi (nie żebyśmy uważali, że są nieładne, ale widzieliśmy już kilka, a maniakami sztuki sakralnej nie jesteśmy). Muzea odpuściliśmy sobie z podobnego powodu. Spotkaliśmy studentów z Warszawy, którzy szukali kafejki internetowej oraz byli pod wrażeniem ceny jaką “wynegocjowaliśmy” za mieszkanie, bo okazało się, ze oni płacą 3 razy więcej. Następnego dnia wstaliśmy późno i niczego nie planując postanowiliśmy poleniuchować przed wyjazdem. Przed 15 zjawiliśmy się na znanym już nam dworcu i oczekiwaliśmy na podstawienie pociągu. Końcówka września chyba zachęcała do podróży, bo na dworcu było bardzo dużo ludzi i nawet nasz pociąg był prawie pełen. Na dworcu jeszcze raz mieliśmy okazję się przekonać, że mieszkańcy Krymu bardziej identyfikują się z Rosją niż Ukraina, gdy przyjeżdżający pociąg z Moskwy, przywitany został hymnem autonomicznej republiki. Po raz kolejny droga minęła nam szybko i świetnie się bawiąc dojechaliśmy do Lwowa. Należy pamiętać, aby zbytnio nie ufać prowadnicom, które podają czas do odjazdu pociągu. W Zaporożcu poszedłem z Michałem kupić coś do zjedzenia. Zapytana przez nas prowadnica powiedziała że pociąg odjeżdża za pięć minut, więc bez obaw wyszliśmy. Gdy zbliżaliśmy się do handlarek (główny targ odbywał się kilka wagonów dalej) kątem oka zauważyłem, że schody powoli zaczynają być chowane, a pasażerów na peronie już nie ma. Zapytałem się jeszcze raz kiedy pociąg odjeżdża i usłyszałem odpowiedź “teraz”! W tym momencie uchwyciłem się poręczy, aby wskoczyć do środka, a pociąg szarpnął i zaczął się toczyć. Barkiem przesunąłem rozbawioną prowadnicę, a Michał wskakiwał już w biegu. Przechodząc przez wagony typu “płackarta” do naszego widzieliśmy jak większość pasażerów jadła zakupione melony, winogrona, a także wędzone ryby, których zapach razem z wonią 50 osób stłoczonych w jednym wagonie, w którym nie otwierają się okna, daje ów specyficzny smrodek opisywany w przewodnikach… W końcu dotarliśmy do dziewczyn, które dość zdenerwowane zastanawiały się co zrobić. Po dojeździe do Lwowa, upakowaliśmy się (dosłownie, bo dopuszczalna liczba osób została przekroczona kilka osób wcześniej) do marszrutki na granicę. Myśleliśmy, że to już koniec przygód, ale okazało się, że jeszcze nie. Jeszcze raz mieliśmy okazję spotkać się z mrówkami, które już poznaliśmy kilkanaście dni wcześniej… Tym razem poczekaliśmy w kolejce (jeżeli tak można nazwać zbitkę kilkudziesięciu osób, krzyczących, przeklinających, przyklejających sobie papierosy, palących papierosy, wpychających i popychających się w celu dostania się do magicznej furtki, gdzie ukraiński celnik w czapce wielkości lądowiska helikoptera wbija czerwone pieczątki. Sądziliśmy, że po tej przeprawie, na polskiej stronie będzie lepiej, ale znów się zawiedliśmy. Drogę po brukowanym chodniku, ograniczonym żelaznym płotem pokonaliśmy w kilka minut, mijając zakonspirowane grupki ludzi wkładających skrzętnie pod ubrania kartony papierosów. Okazało się, że przed budką polskich celników kolejka jest kilka razy dłuższa… Tego nie wytrzymała Kaszka i w kilku niezbyt poprawnych politycznie słowach powiedział celnikowi co myśli o staniu przez kilka godzin w tej kolejce z mrówkami, których, wiedziona emocjami, nazwała kilkoma barwnymi epitetami. Lekko zszokowany postanowił jej pomóc i cała grupa przeskakując barierki (w jedna i druga stronę przez płot) weszliśmy innym wejściem. Towarzyszyły niezwykle podniosłe okrzyki mrówek na temat praw i obowiązków obywateli i celników, ale również, może nieco mniej patetyczne, na temat co i gdzie możemy sobie włożyć. W tych niezwykle budujących warunkach znaleźliśmy się w Polsce. Natychmiast wsiedliśmy do busika do Przemyśla, kupiliśmy gazety, aby się dowiedzieć, co nowego w państwie i społeczeństwie, a także poszliśmy na obiad. Później już bez problemów, śpiąc smacznie, dotarliśmy do Poznania. I tak dobiegła końca nasza przygoda. Wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni, umówiliśmy się na wymianę zdjęć i poszliśmy do domów. Ale w niektórych głowach już zaczęła kiełkować myśl o następnych wyprawach… o których później.

Kategoria: Ukraina | Komentarze (0)

Data: wtorek, 13 Wrzesień 2005 autor: admin

Przejście graniczne

- Medyka: na granicę z dworca autobusowego można dojechać prywatnym busem za 2 zł (wrzesień 2005). Podróż skończy się na wielkim przygranicznym bazarze. Kilka minut marszu dzieli nas od dużego terminala. Trzeba przejść po płytach betonowych do budki polskich celników, poprzepychać się z mrówkami i przejść do budki ukraińskich celników. Tam panują już prawa dżungli i wszystko zależy od humoru celnika. Może on dwuznacznie zareagować na widok turysty: życzliwie przepuścić i nie sprawiać problemów (w końcu wie, że nic nie przemycamy) lub też potraktować nas jako naiwniaka nie znającego granicy, języka, “przepisów” i próbować wyłudzić opłaty, łapówki itd. Jedno co na 100% musimy zrobić to wypełnić mały druczek, którego połowa zostanie w budce, a drugi będziemy musieli zachować do okazania na żądanie. Po wbiciu czerwonej pieczątki przechodzimy dalej do targu, który jest odpowiednikiem tego z polskiej strony. Jest to wariant optymistyczny zakładający, że na granicy jest pusto. Przeważnie jednak znajdują się tam setki ludzi, którzy niosą w siatkach kartony z papierosami, dla których przejście to często jedyny sposób na zarobienie pieniędzy. Są to stali bywalcy tego miejsca, którzy dobrze znają zwyczaje, celników i “przepisy”. Przeważnie turysta ma z nimi problemy, gdyż oferują różne rzeczy do sprzedania, nakłaniają do przeniesienia kilku kartonów papierosów itd. Pesymistyczna opcja to stanie w kilkugodzinnej kolejce, słuchanie różnych imperatyw w obu językach w odniesieniu do wszystkich i wszystkiego oraz przepychanie się, czasem nawet bójki (celnicy mówili, że przynajmniej raz w tygodniu przyjeżdża karetka) Aby dostać się do Polski trzeba przebić się do ukraińskiej budki, następnie przejść pas ziemi niczyjej i dostać się do budki polskiej. Znów spotkamy zaciekłe wyścigi ludzi nafaszerowanych papierosami i przepychanki. Przy budce polskiej znajdują się dwa wejście- dla obywateli państw UE i tych spoza UE – nikt tego nie respektuje i wszyscy pchają się gdzie mogą. Dobrym pomysłem jest zaproponowanie polskiemu celnikowi, aby przepuścił nas, jako turystów, bez kolejki – przeważnie się udaje, lecz spotyka się to ze zdecydowanym sprzeciwem całej reszty. Na granicy pieszej obywateli polskich nie obowiązują żadne opłaty obowiązkowe, wszelkie ubezpieczenia, wizy itd. to wymysł celników, którzy chcą sobie dorobić…

Podróż do Lwowa

Przeważnie wszyscy kierują się do Lwowa, aby stamtąd kontynuować podróż w dalsze rejony Ukrainy. Można się tam dostac taksówką (bardzo drogo) lub marszrutką, czyli busem. We wrześnieu 2005 kosztowało to 8 hr/osoba. Po 2 godzinach jazdy jesteśmy przed dworcem we Lwowie.

Wymiana waluty

W podróż na Ukraine najlepiej zabrac dolary amerykańskie. Sa one wymieniealne praktycznie w każdym kantorze, a także ich kurs jest wysoce zadowalający. Nawet jeśli ktoś nie ma w domu dolarów opłaca się kupić je w kantorze w Polsce, a nastepnie wymienic na Ukrainie na hrywny. Kursy walut zmieniają się, jednak ta operacja jest opłacalna. Nie warto brac euro, które także można wymienic w kantorach, lecz po znacznie gorszym kursie. Stan na wrzesień 2005:
Po stronie polskiej:
1$ – 3,12zł
1hr – 70gr
Po stronie ukraińskiej;
1$ – 5hr.
Za 312zł można był kupić 446hr, ale także 100$, a za nie 500hr. Różnica jest duża = 54hr = 37,8 zł
Więcej kursów nie pamiętam i nie są, aż tak istotne.

Kupno biletów kolejowych

Na Ukrainie obowiązuje inna zasada kupowania biletów niż w Polsce (dla pociągów jeżdżących na długich trasach). Kupuje się je nie na trasę i klasę pociągu (1 i 2, pośpieszny, osobowy, IC) tylko na konkretny pociąg, który ma swój numer. Numer ten można znaleźć na rozkładach jazdy w Internecie, w przewodnikach. Dodatkowo trzeba okazać paszport. Jeśli znamy już numer pociągu i tracę to trzeba zdecydować się na wago w jakim chcemy jechać: do wyboru mamy 3.
- Płackarta – wagon z łóżkami, bez przedziałów, niektóre łóżka składane w ciągu dnia, 0 prywatności, lokalny klimat, tylko dolne miejsca mają skrzynie na bagaże najtańsze
- Kupiejny – taka nasza kuszetka – zamykane od wewnątrz przedziały, 4 łóżka, wygoda, miejsce na bagaże, droższe.
- Lux – jak sama nazwa wskazuje – radziecki przepych w najlepszym i najdroższym wydaniu.
Jeśli już wiemy gdzie i czym chcemy jechać to pozostaje tylko zmierzyć się z Panią z okienka. Latem podobno ciężko dostać bilety na trasy do miejsc szczególnie często odwiedzanych przez turystów (np. Krym). Trzeba kupić je z wyprzedzeniem (bilety można nabywać już z 40 przed datą wyjazdu – niekoniecznie na stacji skąd chcemy jechać. Jeżeli nie ma problemów z biletami to najwygodniejszym rozwiązaniem dla kogoś kto nie za ukraińskiego, bądź rosyjskiego, a Pani w okienku udaje, że nie rozumie polskiego (we Lwowie raczej wszyscy rozumieją po polsku) jest podanie karteczki z datą przejazdu, numerem pociągu, klasą wagonu, trasa przejazdu i imionami i nazwiskami chętnych (oczywiście wszystko cyrylicą) oraz paszportami. Pani to weźmie i po kilku minutach odda razem z biletami. Na biletach są wszystkie informacje odnośnie biletu – godzina odjazdu, przyjazdu, numer wagonu, przedziału i łóżka.

W pociągu

Aby wejść do pociągu należy okazać bilet razem z paszportem i udać się na swoje miejsce. Gdy pociąg ruszy przyjdzie prowadnica (opiekun wagonu) i weźmie bilety (odda przy opuszczeniu pociągu) i zaproponuje pościel za drobna opłatą. Nie trzeba z tego korzystać. Od tamtej pory jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę ukraińskich kolei żelaznych. U prowadnicy można kupić za niewielkie pieniądze kawę, herbatę ciasteczka i piwo. Coś lepszego do zjedzenia dostaniemy w restauracyjnym, a w każdym przedziale znajduje się opalany drewnem samowar, z którego można brać darmowy wrzątek. Generalnie komfort podróży ukraińskim pociągiem jest wyższy niż w PKP – można sobie poleżeć, pojeść, nie przychodzi konduktor i nie budzi 6 razy w ciągu nocy, aby sprawdzić bilety, a na postojach można zaopatrzyć się w lokalne smakołyki. Na Ukrainie popularny jest handel peronowy i na każdym postoju można kupić czeburieki, owoce, napoje, ryby suszone i wędzone, pierogi… Na stacjach (postój przeważnie ok. 20 min) ubikacja jest zamykana. Przed końcem podróży przyjdzie prowadnica, odda bilet i powie o której godzinie dotrzemy na miejsce.

Lokalny transport

Środki transportu na Ukrainie są bardzo różne, a ich cena, jakość i punktualność zależy od regionu. Jako, ze mam doświadczenia głównie z Krymu to tamtejszych będę pisał. Należy jednak pamiętać, że jest to region najbardziej nastawiony na zyski z turystyki, ceny są tam najwyższe, a standard również odbiega od średniej ukraińskiej. Po przyjściu na dworzec autobusowy pierwszymi ludźmi, którzy nas zauważą będą taksówkarze, którzy tłumnie zgromadzeni, dzwoniąc kluczykami, wykrzykują nazwy miejsc, w które jadą. Są dość natrętni i bardzo chcą nakłonić do skorzystania właśnie z ich usług. Jeżeli autobus lub marszrutka odchodzą za kilka godzin a nam się śpieszy warto skorzystać z ich usług. Cena zaproponowana na początku jest astronomiczna i nastawiona na bogatych mieszkańców Moskwy. Jeśli ktoś się dobrze targuje to cena potrafi spaść kilkukrotnie. Oprócz tego podróż ukraińska taksówka należy do przeżyć dość ekstremalnych, o których jest w relacji “Krym 2005″. Bilety na marszrutki w miastach kupuje się w kasach. Jak na polskich dworcach PKS. Innym rozwiązaniem jest przejście kilkudziesięciu metrów za dworzec i “złapanie” marszrutki po rozpoczęciu kursu – zwykle zapłata ląduje w kieszeni kierowcy i jest odpowiednio mniejsza. Jednak może się zdarzyć, że nie będzie wolnych miejsc lub kierowca się nie zatrzyma co zmusi nas do czekania na następny kurs. W miastach najbardziej popularne są busiki Cenę za przejazd (niezależnie od długości i czasu) mają podana za przednią szybą. Opłatę uiszcza się zwykle przy wychodzeniu . Lepiej mieć uszykowaną i odliczoną ilość drobnych, aby uniknąć długotrwałego wydawania reszty. W większych miastach jeżdżą także trolejbusy – cena za przejazd to kilkadziesiąt kopiejek. Bilet kupuje się u konduktorki, która przemieszcza się po trolejbusie wychwytując wsiadających pasażerów.

Noclegi

W miejscach odwiedzanych przez turystów z noclegiem nie ma problemów. Najpopularniejszym sposobem załatwienia kwatery jest odnalezienie babuszek na dworcu. Zwykle same nas odnajdują. Wystarczy wysiąść z marszrutki lub pociągu i wyglądać na zdezorientowanego, a natychmiast podchodzą kobiety i proponują noclegi. Przeważnie mają kartki z napisami “Kwatira”, “Żiliu” (oczywiście cyrylicą). Ich jedynym językiem jest rosyjski – jednak podobieństwo słownictwa nie powoduje większych problemów w negocjacjach. Najlepiej od razu dowiedzieć się o cenę. Ona przeważnie też jest zawyżona i bez problemu można się targować. Naszym atutem jest jeśli jesteśmy większą grupą – zawsze ktoś może przespać się na podłodze, a będzie taniej. Zwykle jednak zostajemy na jedną lub dwie noce, co nie podoba się babuszkom, które liczą na większy zarobek, ale i tak nami nie pogardzą (zazwyczaj – tylko raz nam odmówiono noclegu na jedną noc) .
Ceny we wrześniu 2005 dla pięcioosobowej grupy po targowaniu się:
Bachczysaraj 60hr/grupa (wszyscy na łóżkach, prysznic typu ogrodowego:)
Jałta 80hr/grupa (jak w pokoju hotelowym)
Auszta 60hr/grupa (małe mieszkanko, blisko dworca)
Koktebel 50hr/grupa (domki campingowe – lekko spartańskie warunki, ale bardzo miło)
Simferopol 70hr/grupa (po ciężkich negocjacjach)
Ceny w przewodniku Bezdroży “Krym – półwysep rozmaitości” Kraków 2005 były znacznie wyższe, ale w sezonie wakacyjnym (lipiec – sierpień) one są wygórowane ze względu na bogatych rosyjskich wczasowiczów. Nocowanie w namiocie możliwe dostępne na dziko (na plażach, w lasach). W niektórych miastach istnieją dzikie pola namiotowe, ale ich bezpieczeństwo pozostawia wiele do życzenia. Powracając wieczorem nie mamy pewności, czy nasz namiot a w nim plecaki będą na miejscu, bądź nasze rzeczy w komplecie.

Jedzenie

Z zaopatrzeniem w jedzenie w krymskich sklepach bywa różnie. Generalnie sklepy można zobaczyć wszędzie i są całkiem nieźle zaopatrzone, ale brak w nich towarów potrzebnych do zrobienia zapasów na kilkudniowa wyprawę w góry. Nie spotkaliśmy puszkowanych konserw, dań gotowych do podgrzania itp. Nie ma problemu bardziej podstawowymi produktami, ale nie znaleźliśmy także zwykłego mięsa – w postaci innej niż kiełbasy. Jedzenie w restauracjach – porcje małe. Można się spotkać z sytuacją, że w restauracji nie ma wszystkich dań w menu. Tam do restauracji przychodzi się głownie po to, aby się napić.

Wycieczki górskie

Głównym problemem w poruszaniu się po górach Krymu jest brak wody. Strumienie są nieliczne, a źródełka w pełni lata wyglądają jak błotniste sadzawki. Do plecaków trzeba brać wodę w plastikowych butlach. Turystyczne mapy Krymu nie istnieją. Owszem można jakieś znaleźć, ale na pewno nie są one przydatne w górach, ponieważ małe skale nie pozwalają na szczegółową orientację. Oznakowanie szlaków także pozostawia wiele do życzenia. Nam przydał się wspomniany wyżej przewodnik Bezdroży, a w nim doskonałe opisy szlaków (niezbędny kompas). Jednak opis ten dotyczy niewielkiej części gór (głównie Czatyrdachu i Demerdżi). Baza turystyczna słabo rozwinięta.

Kategoria: Ukraina | Komentarze (0)


Jak korzystać z bloga? Mapa Skąd brać mapy topograficzne???