Data: czwartek, 15 Wrzesień 2005 autor: admin
Rano złapaliśmy odpowiedni autobus i po wielokrotnie już przechodzonych problemach z opłaceniem biletów za nadbagaż (jest kilka opcji kupowania biletów i nikt nie wie, która jest prawdziwa – czasem się nie płaci za plecaki, czasem trzeba kupić specjalne bilety w kasie, czasem u kierowcy, innym razem u osoby, która kasuje pieniądze od kierowcy na dworcu autobusowym, a czasem po prostu dając w łapę kierowcy po hrywnie od plecaka, co zamyka wszelkie spekulacje na ten temat) ruszyliśmy w drogę. Znów kilka godzin w busiku – tym razem była to jednak katorga. Ani jedno okno się nie otwierało, a na zewnątrz skwar i duchota. W końcu zlani potem i wycięczeni dojechaliśmy do Sudaku. W samym mieście chcieliśmy zobaczyć twierdze genueńską, ale wpadka dnia poprzedniego spowodowała, ze nie mieliśmy na to czasu – woleliśmy jechać prosto do miejscowości Koktebel, aby zobaczyć rezerwat geologiczny Kara-Dag. Godzina oczekiwania na dworcu przyniosła kilka nowych znajomości. Znakiem rozpoznawczym Polaków jest pomarańczowa okładka z przewodnika Bezdroży. Po krótkiej wymianie wiadomości pojechaliśmy (po raz pierwszy i ostatni autobusem – takim jak nasze PKS) do Koktebel. W autobusie również bardzo zdezelowanym jechało bardzo dużo ludzi (w tym kilka osób z Polski), więc autobus na ostrzejszych zakrętach przycierał podwoziem o asfalt. Pobieżna znajomość zasad fizyki w połączeniu z górzystym charakterem drogi daje wiele do myślenia kiedy z dużą prędkością, ciężki autobus zbliża się do ostrego zakrętu, a kierowca nie ma zamiaru hamować… Jednak kończyło się to tylko na przycieraniu podwoziem o asfalt. W Koktebel pierwszym naszym zadaniem było znalezienie noclegu. Niestety nie było tam pola namiotowego (tylko jakieś nielegalne, dla nudystów), a babuszek nie znaleźliśmy więc mieliśmy problem. Podszedł do nas młody chłopak i zapytał czy chcemy pokój, ale jak się dowiedział, że tylko na jedną noc to nas wyśmiał… Jak dobrze wiedzieć, że są jeszcze miejsca, gdzie krwiożerczy kapitalizm się jeszcze nie zagnieździł, a ludzie nie mają ochoty zarabiać… Kilka dni pobytu na obszarze rosyjskojęzycznym sprawiło, że coraz lepiej potrafiliśmy czytać cyrylicę, więc Kasiaczek zainteresowała się napisem “Żyliu” na płocie. Okazało się ,że naprzeciwko dworca są domki do wynajęcia za 3$ doba. Bez większych problemów ulokowaliśmy się w bardzo przyjemnych domkach. Postanowiliśmy coś zjeść, a później przedostać się do biostacji, skąd zaczynały się wycieczki po rezerwacie Kara-Dag. Udaliśmy się do specyficznej restauracji, gdzie zamiast stołów i krzeseł siedziało się “po turecku” na poduszkach przy niziutkim stoliku. Okazało się później, że określenie specyficzna bardzo do niej pasuje. Szybko pojawiła się kelnerka, która rozdała nam menu. Po szybkim odczytaniu nazw, każdy był na coś zdecydowany. Niestety, wyraźnie zblazowana pani, trzymając gotowy do użycia notes za każdym razem odpowiadała “nie ma”. Po pięciu próbach postanowiliśmy załatwić sprawę w inny sposób – zapytaliśmy “co jest?”. Kelnerka nie zmieniając wyrazu twarzy, lekko pretensjonalnie odpowiedziała – “barszcz”. Chwyciłem się wtedy za głowę� Dlaczego ona stała nad nami z notesem i długopisem, dając nam menu i za każdym razem odpowiadała “nie ma”, skoro doskonale wiedziała, że w garach jest tylko barszcz!? Lekko zrezygnowani poprosiliśmy o 5 barszczy ale w głowach zaczęły nam kiełkować myśli na temat świeżości i jakości zupy… Pani kelnerka zjawiła się po kilku minutach, z tym samym grymasem wymalowanym na twarzy i powiedziała, że barszcze są tylko 3… To był koniec. Szybko opuściliśmy lokal i poszliśmy do innego, do konkurencji naprzeciw. Tam, nauczeni doświadczeniem, od razu zapytaliśmy, czy jest cokolwiek do jedzenia. Podbudowani twierdzącą odpowiedzią zamówiliśmy co chcieliśmy. Tatarski płow i rosyjskie bliny szybko znikły z naszych talerzy, a my nadal byliśmy głodni, więc zamówiliśmy jeszcze jedna porcję. Okazało się, że to były ostatnie… Te dwie sytuacji doskonale potwierdzają tezę postawioną na początku opowieści, ze do restauracji nie chodzi się jeść, tylko pić, a ewentualne jedzenie jest traktowane jako zagrycha. W połowie najedzeni poszliśmy na dworzec, aby złapać autobus do biostacji. Okazało się, że ich nie ma i byliśmy zmuszeni skorzystać z taksówki. Znając realia przygotowaliśmy się na ostre targowanie. Delegacja z dwóch przedstawicielek płci piękniejszej (wiadomo, że kobiecie trudniej odmówić – nawet taksówkarzowi) udała się do grupki kierowców. Cena początkowa 80hr – po targach 30hr – jedziemy! Ku niezadowoleniu moim i Michała jedziemy wybranym przez dziewczyny oplem omegą, a nie wołgą, ale obiecujemy sobie, że następnym razem to my będziemy wybierać. Po ok. 10 minutach szaleńczej jazdy osiągamy cel. Warto wspomnieć, że w tego typu rezerwatach nadal panują radzieckie przyzwyczajenia i można wchodzić tyko w grupach z przewodnikiem. Dodatkowo są tylko dwa wejścia – o 8 i 15, więc grupa składa się z pokaźnej liczby osób. Dowiedzieliśmy się, że możliwy jest też rejs statkiem i obejrzenie niezwykłych form bazaltowych od strony morza. Zdecydowaliśmy się na rejs, a piesze zwiedzanie zostawiliśmy sobie na następny dzień. Nie będę opisywał widoków, lepiej zobaczyć zdjęcia w galerii. Kara – Dag od strony morza – bardzo, bardzo polecamy. Przypłynęliśmy do Koktebel, gdzie czysta woda i gorące powietrze zachęcały do kąpieli, jednak aby wejść na plażę, należało być posiadaczem specjalnej karty hotelowej. Mimo poszukiwań, plaży ogólnodostępnej nie znaleźliśmy (trzeba też przyznać, że nie szukaliśmy bardzo wytrwale, więc może gdzieś jest). Zrobiło się popołudnie więc, niczym kuracjusze z sanatorium wybraliśmy się na spacer uliczkami Koktebel, oglądając stragany, robiąc zakupy i jedząc czeburieki. Zuza kupiła ładny sweter, a dla wszystkich kupiliśmy winogrona i wino, z którego Koktebel słynie na Krymie i nie tylko. Następnego dnia, wstaliśmy bardzo wcześnie rano, aby zdążyć na wejście o 8. Znów nie udało się nam złapać autobusu, więc jechaliśmy taksówką. Niestety tym razem Wołgi nie było, ale ponownie pojechaliśmy ładą. Kaszka i Kasiaczek sztukę targowania się opanowały już do perfekcji. Taksówkarze wyraźnie widząc, że grupa ma zamiar gdzieś pojechać zbiegli się tłumnie, przerzucając się cenami, które ponownie oscylowały ok. 80hr. Stopniowo szła ona w dół, a im bardziej ona malała, tym mniejsza stawała się liczba taksówkarzy dookoła. W końcu został jeden ,który po długich namysłach zdecydował się przewieźć nas za 25hr. Był to istny dumping, który wywołał oburzenie wśród reszty taksówkarzy – 30hr była bowiem niepisana minimalną kwotą, za która taksówkarze odpalali swoje samochody. Tłum ludzi w biostacji przeraził nas. Kłębiło się tam mnóstwo ludzi, którzy bardzo potrafili popsuć przyjemność chodzenia po górach. Na szczęście podzielono wszystkich na dwie grupy (mniej więcej po 60 osób) co i tak nie zapowiadało się optymistycznie. Najpierw zwiedza się wystawę z wypchanymi zwierzętami, które można spotkać na terenie rezerwatu i żywymi robakami, które tez tam biegają. Zwiedzenie sali o powierzchni ok. 50 m kw. zajęło nam ok. 1,5h, ponieważ przewodniczka z namiętnością opowiadała o każdym wypchanym futrzaku Z czasem tłum jej słuchaczy topniał, aż została sama – to był sygnał aby ruszyć na właściwą cześć wycieczki. “Przejął” nas mody przewodnik, który niestety mówił po rosyjsku z szybkością AK-47, więc niewiele zrozumieliśmy. Po dość nudnej przeprawie dołem weszliśmy na “grań”, skąd roztaczały się przepiękne widoki. Tu znów nie będę się rozpisywał, tylko zaproszę do galerii. Tę część zwiedzania też polecamy, lecz nieco uciążliwe może być poruszanie się w olbrzymiej grupie, której znaczna część ma na nogach klapki. Zajmuje to ok. 4h. Wczesnym popołudniem byliśmy już w mieszkaniu. Niestety, nasza wycieczka powoli dobiegała końca, trzeba było wracać do Poznania, bo powoli zaczynał się rok akademicki, a niektórzy mieli jeszcze inne plany.
Kategoria: Ukraina | Komentarze (0)



















































