<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>MDtravel &#187; Ukraina</title>
	<atom:link href="http://www.mdtravel.pl/category/ukraina/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.mdtravel.pl</link>
	<description>Wspomnienia z podróży</description>
	<lastBuildDate>Sun, 30 May 2010 07:17:39 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9.2</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Krym 2005</title>
		<link>http://www.mdtravel.pl/krym-2005/</link>
		<comments>http://www.mdtravel.pl/krym-2005/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 20 Sep 2005 22:31:42 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Mapy]]></category>
		<category><![CDATA[Ukraina]]></category>
		<category><![CDATA[Krym]]></category>
		<category><![CDATA[mapy google]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.md-dev.geostrona.pl/?p=2132</guid>
		<description><![CDATA[Pokaż Krym 2005 na większej mapie





2005.09 Krym


]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><iframe width="550" height="450" frameborder="0" scrolling="no" marginheight="0" marginwidth="0" src="http://maps.google.pl/maps/ms?ie=UTF8&amp;hl=pl&amp;t=p&amp;msa=0&amp;msid=114035633641013852393.0004818df466e76465656&amp;ll=45.213004,34.123535&amp;spn=1.741405,3.015747&amp;z=8&amp;output=embed"></iframe><br /><small>Pokaż <a href="http://maps.google.pl/maps/ms?ie=UTF8&amp;hl=pl&amp;t=p&amp;msa=0&amp;msid=114035633641013852393.0004818df466e76465656&amp;ll=45.213004,34.123535&amp;spn=1.741405,3.015747&amp;z=8&amp;source=embed" style="color:#0000FF;text-align:left">Krym 2005</a> na większej mapie</small></p>
<table style="width:194px;">
<tr>
<td align="center" style="height:194px;background:url(http://picasaweb.google.com/s/c/transparent_album_background.gif) no-repeat left"><a href="http://picasaweb.google.com/mdtravel.pl/200509Krym?feat=embedwebsite"><img src="http://lh4.ggpht.com/_dyV5RZyS4vY/SmjOCF5gM5E/AAAAAAAAD98/Oc4_IIIIXnc/s160-c/200509Krym.jpg" width="160" height="160" style="margin:1px 0 0 4px;"></a></td>
</tr>
<tr>
<td style="text-align:center;font-family:arial,sans-serif;font-size:11px"><a href="http://picasaweb.google.com/mdtravel.pl/200509Krym?feat=embedwebsite" style="color:#4D4D4D;font-weight:bold;text-decoration:none;">2005.09 Krym</a></td>
</tr>
</table>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.mdtravel.pl/krym-2005/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Krym &#8211; Dojazd</title>
		<link>http://www.mdtravel.pl/krym-dojazd/</link>
		<comments>http://www.mdtravel.pl/krym-dojazd/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 19 Sep 2005 12:23:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ukraina]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.mdtravel.pl/?p=2278</guid>
		<description><![CDATA[Pomysł wyjazdu na Krym narodził się pod koniec czerwca. Jadąc świętować noc świętojańską Kasiaczek stwierdził, że warto by zobaczyć ten sławny półwysep. Tak powstał pomysł na tegoroczną wyprawę.
Przygotowując się do podróży zakupiliśmy mapę, no i oczywiście poświęciliśmy wiele godzin na czytanie relacji zamieszczonych przez innych podróżników w Internecie. Sprawdzaliśmy opcje dojazdu, co warto zobaczyć, na [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Pomysł wyjazdu na Krym narodził się pod koniec czerwca. Jadąc świętować noc świętojańską Kasiaczek stwierdził, że warto by zobaczyć ten sławny półwysep. Tak powstał pomysł na tegoroczną wyprawę.</p>
<p style="text-align: justify;">Przygotowując się do podróży zakupiliśmy mapę, no i oczywiście poświęciliśmy wiele godzin na czytanie relacji zamieszczonych przez innych podróżników w Internecie. Sprawdzaliśmy opcje dojazdu, co warto zobaczyć, na co być przygotowanym itp. Te przygotowania jeszcze bardziej rozpaliły naszą wyobraźnię i spowodowały, że zaczęliśmy niecierpliwie oczekiwać wyjazdu. Biorąc pod uwagę rady innych podróżników postanowiliśmy pojechać we wrześniu, aby uniknąć problemów związanych z kupnem biletów na pociąg, upałów, a także dzikiej masy rosyjskich turystów. Ogłosiliśmy tę wieść wśród znajomych i zebrała się odważna, pięcioosobowa ekipa. Zuza, Kaszka, Kasiaczek, Michał i Misiek, wszyscy studenci poznańskich uczelni &#8211; UAM, AE i Politechniki.</p>
<p style="text-align: justify;">Spotkaliśmy się, w poniedziałek wieczorem na poznańskim dworcu i wsiadając do pociągu do Przemyśla rozpoczęliśmy naszą przygodę. Po całonocnej jeździe dotarliśmy do Przemyśla, skąd bezproblemowo udaliśmy się busem do przejścia granicznego w Medyce. Tam po kilkuminutowej polskiej odprawie przeszliśmy, mijając porozrzucane na terenie całego terminalu tysiące kartonów po papierosach Pall Mall, do odprawy ukraińskiej. Po wypełnieniu odpowiedniego formularza i wbiciu pieczątki nareszcie byliśmy na Ukrainie. Zaczynała się najciekawsza z dotychczasowych wypraw. Jednak szybko zostaliśmy sprowadzeni na ziemie, ponieważ Ukraina, a raczej jej mieszkańcy nie chcieli nas tak chętnie przyjąć. Przy wyjściu na ulicę okazało się, że trafiliśmy w sam środek strajku drobnych przemytników, popularnie zwanych &#8220;mrówkami&#8221;. Denerwowali się, że Polacy mogą przenosić więcej papierosów niż oni, więc postanowili zamknąć furtkę, jedyne przejście, poprzez które można było się dostać na ulicę&#8230; Lekko zszokowani tym faktem postanowiliśmy poczekać na rozwój sytuacji. Dowiedzieliśmy się, że w poprzednim dniu brama zamknięta była przez 5 godzin. Spowodowało to lekkie pogorszenie naszych nastrojów, które jednak szybko uległo poprawie gdy zjawił się celnik ukraiński. Mieliśmy nadzieje na szybkie rozwiązanie problemu. Myliliśmy się. Celnik podszedł robiąc groźną minę i zapytał kulturalnie z wyższością w głosie: &#8220;Szto to k&#8230; jest!!!&#8221;, a tłum polskich mrówek mu zawtórował: &#8220;Właśnie! Co to k&#8230; jest!!!&#8221;. Celnik wyraźnie zbity z tropu ta odpowiedzią chwycił za telefon komórkowy i odszedł. Więcej go nie widzieliśmy. Tymczasem przy furtce zaczęły się dziać nowe sceny. Pewne panie zaczęły szturmować furtkę i przeszły ją górą &#8211; ryzykowały gdyż była ona najeżona ostrymi kolcami. Ten atak nie mógł pozostać bez odpowiedzi i po stronie ukraińskiej natychmiast pojawiła się puszka z białą farbą i pędzel, którym pomalowano górę furtki, aby przechodzący się ubrudził. Moglibyśmy jeszcze długo stać i obserwować tę sytuacje rodem ze skeczów Monty Pytona, ale Zuza postanowiła działać. Czujnym okiem harcerki wypatrzyła miejsce dogodne do przejścia, które nie zostało pomalowane i ruszyła na furtkę. Poszedłem w jej ślady i po chwili staliśmy na ukraińskiej ziemi. Następnie z Michałem poprzerzucaliśmy ciężkie plecaki i gdy na furtce okrakiem wisiała Kasiaczek, furtka została otwarta. Czy miało na to wpływ nasze przejście, które pokazało mrówkom nieskuteczność ich barykady nie dowiedzieliśmy się, gdyż od razu pobiegliśmy na busik do Lwowa. Okazało się, że wszystkie miejsca są zajęte, ale mimo to nasza piątka weszła (jeszcze 5 innych osób też). Po drodze poznaliśmy inną grupę Polaków, którzy także wybierali się na Krym. Jadąc dwie godziny w busiku po szerokich i dziurawych drogach, czas minął szybko i wczesnym przedpołudniem znaleźliśmy się na dworcu we Lwowie.</p>
<p style="text-align: justify;">Kupno biletów miało się okazać pierwszym sprawdzianem naszego języka rosyjskiego. Należy tu dodać, że jesteśmy pokoleniem, które nie miało obowiązku uczyć się go w szkole, jedynie Kasza miała dwa lata rosyjskiego w gimnazjum, ale nie przykładała się do niego, bo (jak się okazało &#8211; mylnie) uważała, że nigdy z niego nie skorzysta. Ja nabyłem podręcznik do nauki rosyjskiego, ale przerobiłem tylko dwie lekcje, więc znałem podstawy podstaw. Reszta ekipy nie umiała nawet czytać alfabetu&#8230; na szczęście znajomości z busika okazały się nieocenione i bilety udało się kupić. Przydatna okazała się karteczka z danymi (ilość biletów, nr pociągu, trasa, rodzaj wagonu oraz imiona i nazwiska chętnych &#8211; cyrylicą), którą trzeba dać w okienku razem z paszportami . Znacznie przyśpiesza to kupowanie biletów. Do pociągu mieliśmy jeszcze 3h więc poszliśmy na śniadanie do przydworcowego bistro. Byliśmy chyba pierwszymi klientami, więc widzieliśmy jak pani sprzedawczyni przygotowywała się do ciężkiego dnia pracy. Jednym z pierwszych jej zadań było uzupełnienie wodą wszystkich butelek z wódką, tak, aby nie skończyły się one zbyt szybko. Zauważyliśmy także o raz pierwszy zjawisko, które jest powszechne na Ukrainie, a w Polsce niekoniecznie. Mianowicie do bistro nie przychodzi się po to, aby jeść. Spożywany jest wyłącznie alkohol, a próba zamówienia czegoś do jedzenia nierzadko spotyka się ze szczerym zdziwieniem. Czas minął szybko i udaliśmy się powrotem na dworzec. Czytając relacje z podróży na Krym zwracaliśmy uwagę na środki transportu. Spotkaliśmy się z różnymi opiniami, więc jak na pierwszy raz postanowiliśmy wykupić bilety na wagon &#8220;kupiejny&#8221; (zamykany, czteroosobowy przedział), nieco droższy od &#8220;plackartnyj&#8221; (54-łóżkowy wagon, bez przedziałów) i sprawdzić ten drugi, czy będziemy chcieli z niego korzystać w przyszłości. Standard ukraińskich kolei zaskoczył nas bardzo pozytywnie: czyste przedziały, opiekujący się wagonem dwoje prowadników, darmowy wrzątek i wygodne łóżka. Rozpoczęliśmy 26-godzinną podróż do stolicy Krymu &#8211; Symferopola. Droga minęła niezwykle miło &#8211; okazało się, że w wagonie jadą sami Polacy z zamiarem zwiedzenia Krymu i tylko kilku miejscowych. Spotkaliśmy tam także naszych znajomych z busu. Dowiedzieliśmy się, że lider grupy był już na Krymie, więc wypytaliśmy go o różne szczegóły. Dowiedzieliśmy się, że warto odwiedzić Inkerman obok Sewastopola (nawet kosztem Chersonezu Taurydzkiego), a już na pewno obowiązkowa jest wizyta w Bałakławie.</p>
<p style="text-align: justify;">O subiektywności pewnych osobistych doznań zarówno podróżniczych jak i estetycznych mieliśmy się przekonać kilka dni później. Podczas podróży pociągiem mieliśmy okazję zapoznać się ze zjawiskiem, które w Polsce już dawno zanikło, mianowicie handlem na stacjach. Standardowy postój pociągu to ok. 20 min. W tym czasie do drzwi wagonów podchodzą handlarze (najczęściej starsze panie &#8211; tak zwane babuszki), które oferują owoce lub własne wypieki. Mieliśmy okazję kupić pomidory, paprykę, jabłka, gruszki, winogrona, melony ale także suszone i wędzone ryby, wodę, piwo, wódkę, czeburieki, ciastka z miesem, a nawet proponowano mocniejsze używki. Uraczyliśmy się tylko pysznymi winogronami i ruszyliśmy dalej.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.mdtravel.pl/krym-dojazd/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Krym &#8211; Simferopol i Bakczysaraj</title>
		<link>http://www.mdtravel.pl/krym-simferopol-i-bakczysaraj/</link>
		<comments>http://www.mdtravel.pl/krym-simferopol-i-bakczysaraj/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 19 Sep 2005 12:22:47 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ukraina]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.mdtravel.pl/?p=2280</guid>
		<description><![CDATA[W końcu dotarliśmy do Symferopola. Z relacji innych podróżników dowiedzieliśmy się, że w celu uniknięcia problemów w drodze powrotnej należy od razu kupić bilety na pociąg do Lwowa. Jednak nie było to takie proste. Bilety w przedsprzedaży można wykupić tylko w specjalnym biurze, które jednak nie mieści się w okolicach dworca (na takie umiejscowienie wskazywałby [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">W końcu dotarliśmy do Symferopola. Z relacji innych podróżników dowiedzieliśmy się, że w celu uniknięcia problemów w drodze powrotnej należy od razu kupić bilety na pociąg do Lwowa. Jednak nie było to takie proste. Bilety w przedsprzedaży można wykupić tylko w specjalnym biurze, które jednak nie mieści się w okolicach dworca (na takie umiejscowienie wskazywałby zdrowy rozsądek), tylko w zupełnie innym miejscu &#8211; 45 min marszu od dworca. Po raz kolejny mieliśmy wielkie szczęście, gdyż w kolejce spotkaliśmy bardzo uprzejmą studentkę filologii rosyjskiej z Bytomia. Miała rodzinę w Symferopolu, więc znała miasto. Zgodziła się pójść z nami do tego miejsca przy okazji pokazując miasto. Po bilety poszła delegacja złożona z Kaszy i Michała, a ja z Kasiaczkiem i Zuzą zostaliśmy. Postanowiłem rozejrzeć się po dworcu. Nie odbiegał on standardem od innych ukraińskich stacji w dużych miastach &#8211; odnowione fasady, marmury, żyrandole i popiersia znanych ludzi nie dziwiły mnie wcale.</p>
<p style="text-align: justify;">Moja uwagę zwróciły płaskorzeźby ludzi zasłużonych. Można w nich znaleźć postacie znane także z historii Polski: Lenina nie trzeba przedstawić, gen. Suworow odpowiedzialny za rzeź warszawskiej Pragi, Kirow &#8211; współpracownik Stalina &#8211; walnie przysłużył się do rozwoju sieci gułagów w ZSRR. Więcej postaci nie znałem, ale z pewności było więcej osób, które niekoniecznie cieszą się dobrym imieniem w świecie. Kiedy po dwóch godzinach delegacja wróciła z biletami, postanowiliśmy się przedostać do pierwszej miejscowości, którą postanowiliśmy zwiedzić &#8211; Bachczysaraju &#8211; stolicy Chanatu Krymskiego. Po raz pierwszy zetknęliśmy się z organizacją ruchu autobusowego na Krymie. Na rozkładzie jazdy Kasza znalazła autobus, który odjeżdżał za dwie minuty. Szybko kupiła bilety i natrafiliśmy na kolejny problem jakim okazało się znalezienie odpowiedniego busa. Na placu stało ok. 40 busików, ciągle dojeżdżały nowe, odjeżdżały pełne, a ich numeracja to rzecz bardzo dowolna w tamtych stronach. Niektóre maja numery umieszczone za szybą, inne za szybą mają godziny odjazdów, a jeszcze inne nie maja nic. Pani w okienku poinformowała Kaszę, że na bilecie jest nadrukowany numer naszego autobusu. Był on kilkucyfrowy, a na dodatek przed nim były trzy litery. Mając świadomość uciekającego czasu zaczęliśmy poszukiwania pytając się kierowców na chybił trafił, czy to nie aby ich busem powinniśmy jechać. Po raz kolejny mieliśmy szczęście &#8211; trawiliśmy w drugiej próbie. Ów tajemniczy numer okazał się być numerem rejestracyjnym busa. Swoją drogą dość ciekawy sposób na numerację? Ruszyliśmy z lekkim opóźnieniem i po kilkudziesięciu minutach oglądania krymskich, stepowych krajobrazów, jakże innych od tych polskich, dobrze nam znanych, dotarliśmy do stolicy Chanów. Po wyjściu na niewielkim dworcu autobusowym od razu zostaliśmy &#8220;przechwyceni&#8221; przez naganiaczy. Zmęczeni po dwudniowej jeździe chcieliśmy odpocząć na łóżkach, nie pod namiotem.</p>
<p style="text-align: justify;">Także z relacji wiedzieliśmy, że ceny za nocleg są bardzo różne, a miejscowi zawsze zawyżają ceny, mając nadzieję, ze turyści nie będą się targować. My jednak byliśmy twardzi &#8211; targowaliśmy się. Nie mieliśmy jeszcze dużego doświadczenia, ale jak się miało okazać pod koniec byliśmy specjalistami. Zamieszkaliśmy w skromnej, lecz zadbanej, położonej na uboczu chatce za 60Hr za grupę. Była to bardzo przystępna cena w porównaniu do tych, jakie były podawane w przewodniku wyd. Bezdroża, z którego korzystaliśmy. Rano obudził mnie piejący kogut, a także głośno wydawane komendy dochodzące z pobliskiej jednostki wojskowej. Zaczął się pierwszy dzień zwiedzania. Zostawiliśmy nasze duże plecaki i udaliśmy się do pałacu Chanów. Po drodze przyglądaliśmy się ukraińskiej rzeczywistości. Mimo, że Bachczysaraj jest odwiedzany przez turystów nie widać wpływu masowej turystyki. Miasteczko raczej spokojne, stare domy wzdłuż jednej ulicy, w oddali kilka bloków.</p>
<p style="text-align: justify;">Dopiero przed Pałacem widać stragany z kiczowatymi pamiątkami, kilka autobusów turystycznych na zachodnich numerach, przekrzykujące się babuszki sprzedające czeburieki. Weszliśmy do Pałacu i po raz kolejny uśmiechnęło się do nas szczęście &#8211; spotkaliśmy polską wycieczkę z panią przewodnik, która bez problemów zgodziła się, abyśmy mogli dołączyć do grupy i posłuchać opowieści o Chanach. Pałac zrobił na nas duże wrażenie. Zespół budynków nie jest pełen przepychu, jednak sama odmienność stylu architektonicznego i świadomość, jak ważne wydażenia w historii Europy Wschodniej miały swój początek w tym miejscu potrafią zainteresować. Zwiedziliśmy cmentarz, gdzie spoczęli wszyscy Chanowie, miejsce narad oraz harem. Rozglądaliśmy się także za słynna fontanna płaczu, o której pisał Mickiewicz i Puszkin zachwycając się nad smutkiem wydobywającym się z szumu płynącej wody w swoich licznych wierszach, jednak znaleźliśmy tylko przybrudny kawałek marmuru z poutykanymi gdzieniegdzie sztucznymi kwiatami , który był po prostu brzydki. Nie podzielamy zachwytu obu poetów, mimo że nie jesteśmy pozbawionymi humanistycznej duszy ignorantami. Pochodziliśmy jeszcze chwilę po Pałacu, a później ruszyliśmy dalej w kierunku Czufut-Kale &#8211; najlepiej zachowanego na Krymie skalnego miasta. Po kilkudziesięciominutowym spacerze zaczęły się wyłaniać pozostałości po wykutym w VI w. mieście, gdzie podobno mieszkało ok. 6 tys. ludzi. Byli to Karaimi. Wykute w wapiennych skałach groty bardzo się nam podobały. Kilkupoziomowe mieszkania ze skomplikowanym systemem przejść, wykute wewnątrz kolumny, schody, alejki po których można było bez ograniczeń wspinać się, chodzić, oglądać zabrały nam kilka godzin zwiedzania. Szukaliśmy także największej na świecie karaibskiej nekropolii, która zlokalizowana jest w pobliżu, ale nie udało się jej znaleźć. Za to znaleźliśmy miejsce, z którego mogliśmy podziwiać wspaniałe widoki na kaniony, które są bardzo charakterystyczne dla tej części Krymu. Pierwszy dzień zwiedzania uznaliśmy za udany i udaliśmy się do naszego mieszkania.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.mdtravel.pl/krym-simferopol-i-bakczysaraj/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Krym Sewastopol i Bałakława</title>
		<link>http://www.mdtravel.pl/krym-sewastopol-i-balaklawa/</link>
		<comments>http://www.mdtravel.pl/krym-sewastopol-i-balaklawa/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 18 Sep 2005 13:25:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ukraina]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.mdtravel.pl/?p=2285</guid>
		<description><![CDATA[Na następny dzień zaplanowaliśmy wczesną pobudkę i przejazd do Sewastopola i zwiedzenie poleconej nam w pociągu genueńskiej twierdzy oraz wykutych w skale monastyrów w Inkermanie, Chersonezu Taurydzkiego i nocleg na dzikiej plaży w Bałakławie. Po godzinnej, brawurowej jeździe busem, którego kierowca pragnął się popisać przed Kaszą i zajmował się wieloma innymi rzeczami podczas kierowania, dojechaliśmy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Na następny dzień zaplanowaliśmy wczesną pobudkę i przejazd do Sewastopola i zwiedzenie poleconej nam w pociągu genueńskiej twierdzy oraz wykutych w skale monastyrów w Inkermanie, Chersonezu Taurydzkiego i nocleg na dzikiej plaży w Bałakławie. Po godzinnej, brawurowej jeździe busem, którego kierowca pragnął się popisać przed Kaszą i zajmował się wieloma innymi rzeczami podczas kierowania, dojechaliśmy do przedmieść Sewastopola. Już z przystanku widzieliśmy ruiny, ale jeszcze nie przeczuwaliśmy tego co miało nastąpić. Wąską drogą doszliśmy do monastyrów. Okazało się, że wykute w IX w. świątynie są w&#8230; przebudowie! Tak, też nie mogliśmy w to uwierzyć. Oczywiście je zwiedziliśmy, ale nie zrobiły na nas kompletnie żadnego wrażenia &#8211; ot kilka obrazów w wykutej grocie. Nie polecamy. Jedynym ciekawym zjawiskiem okazała się starsza pani, która całkiem nieźle mówiła po angielsku. Opowiedziała mi i Michałowi o relikwiach oraz świętych ikonach i gorąco nakłaniała nas do oddania czci relikwiom w prawosławnym obrządku, całując oraz dotykając czołem w odpowiednich miejscach. Nie wiedzieliśmy czy ma to związek z próbą przechrzczenia na czy nie, ale na wszelki wypadek pozostaliśmy tylko biernymi obserwatorami. Na pocieszenie postanowiliśmy się wspiąć do twierdzy. Jednak spotkało nas kolejne rozczarowanie: z całej budowli pozostała jedynie sypiąca się brama i skrawki sypiącego się muru. Do fatalnego stanu średniowiecznej warowni mógł przyczynić się fakt, iż wzniesienie, na której się znajdowała okazała się doskonałym źródłem surowca skalnego dla radzieckich inżynierów. Zapewne strzały, których dokonywano przez lata eksploatacji kamieniołomu nie wpłynęły korzystnie na kondycje zabytku&#8230; Ogólnie byliśmy zawiedzeni. Mimo tego i lejącego się żaru z nieba ruszyliśmy do Sewastopola. Tam komunikacją miejską przejechaliśmy do Chersonezu Taurydzkiego &#8211; rozległych ruin starożytnego miasta, założonego przez Greków, rozbudowanego przez Rzymian, a zniszczonego dopiero w wiekach średnich. Miasto to było świadkiem wielu ważnych wydarzeń historycznych min. chrztu Rusi. Ruiny okazały się wspaniałym miejscem. Jedynym odbudowanym budynkiem jest cerkiew, do której oczywiście weszliśmy. Tam, przez kilkanaście minut uczestniczyliśmy w prawosławnym ślubie. Ciekawi nowych doznań oglądaliśmy ceremonię, podczas której było wiele pięknych śpiewów, zapachu kadzideł i przepychu. Zostawiliśmy plecaki w jednym miejscu i spacerowaliśmy uliczkami, którymi 2000 lat temu chadzali greccy kupcy. Stan ruin jest niezły, widać przebieg ulic w mieście, fundamenty domów, gdzieniegdzie mury mają kilka metrów wysokości. Z chęcią byśmy zostali tam dłużej, ale słońce chyliło się ku zachodowi, a my musieliśmy jeszcze dojechać do Bałakławy. Sam Sewastopol, jako miasto z przebogatą historia militarną, pełne ciekawych muzeów i wystaw postanowiliśmy z Michałem zostawić sobie na następny raz, z powodu zdecydowanego oporu płci piękniejszej. Pomnik bohaterów obrony Sewastopola z czasów wojen krymskich, II wojny światowej, olbrzymie działo kolejowe z napisem &#8220;śmierć faszystom&#8221; widzieliśmy tylko z okien trolejbusu. Swoimi plecakami zwracaliśmy uwagę miejscowych, a nasza obecność budziła różne emocje. Kilkudniowy pobyt i osłuchanie się z językiem rosyjskim pozwoliło nam na jaką taką konwersację z miejscowymi mieszkańcami. W trolejbusie rozmawiałem z podpitym facetem w średnim wieku, który okazał się radzieckim lekkoatletą, który zwiedził spory kawałek świata, jeżdżąc na zawody, a jego syn mieszkający w Kaliningradzie, studiuje w Trójmieście.</p>
<p style="text-align: justify;">Do Bałakławy leżącej kilka kilometrów od Sewastopola dotarliśmy pół godziny przed zmrokiem. Naszym oczom ukazał się niewielki port, w którym cumowały luksusowe jachty, restauracje z krzykliwymi neonami, a także hotele. Po szybkich zakupach udaliśmy się w stronę poleconej plaży. Gdy wyszliśmy już z miasta, będąc na klifie, już po zachodzie słońca dowiedzieliśmy się, że do najbliższej plaży ok. pół godziny drogi. Zdecydowaliśmy się iść dalej. Szybko się ściemniało, droga stawała się coraz węższa, a klif coraz wyższy. Po pół godzinie plaży nadal nie było widać, co więcej kolejna napotkana osoba powiedziała, że przed nami jeszcze ok. godziny drogi. To było ponad nasze możliwości. Marsz z plecakami po wąskiej ścieżce w ciemności i bez żadnej gwarancji, ze idziemy dobrą drogą wydawał się nam nonsensem, postanowiliśmy się rozbić na wcześniej upatrzonej pozycji nad klifem. Na szczęście spotkaliśmy chłopaka, który także szedł na plaże i dobrze znał drogę, bo od jakiegoś czasu tam mieszka. Odetchnęliśmy z ulgą, wyciągnęliśmy latarki i poszliśmy za Sergiejem. Po godzinie marszu, najpierw wąską drogą wzdłuż klifu, która czasami przechodziła w chwiejący się mostek, a później ostro w dół, chwytając się drzew zeszliśmy na kamienistą plażę. W światłach latarek rozbiliśmy namioty, przygotowaliśmy jedzenie i poszliśmy spać. Nasz niepokój co do &#8220;dzikości&#8221; i &#8220;dziewiczości&#8221; plaży wzbudziły napotykane śmieci. Jednak w świetle latarki nie wyglądało to bardzo podejrzanie. Dopiero rano ujrzeliśmy gdzie jesteśmy. Mała, romantyczna plaża, przyciśnięta do stromego, kamienistego klifu, drobne, kamyczki i czysta woda. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, ze wokół walały się sterty śmieci, co chwilę nie przypływałby stateczek z plażowiczami, a nad tym wszystkim nie widniałby obleśny, olbrzymi, namalowany na skale napis &#8220;TYALET&#8221;, a za nim obrzydliwy kibel. Uroku nie dodawał także bar, w którym obsługiwał podchmielony zarządca plaży. Postanowiliśmy napawać się chwilę widokami, szybko wykąpać i jak najszybciej uciec. Pomógł nam w tym deszcz, który zaczął padać chwile później. Szybko zwinęliśmy namioty i czekając na transport kąpaliśmy się. Kiedy zza skał wypłynęła mała łódka zdecydowaliśmy się, że to właśnie nią popłyniemy do Bałakławy. Szybko wyskoczyliśmy z wody porywając swoje rzeczy rzuciliśmy się biegiem w kierunku łódki. Sternik przeczuwając nadchodzącą burze chciał jak najszybciej odpływać, jednak ja byłem jeszcze w proszku i szybko się pakowałem. Dziewczyny próbowały go przekonać, aby jeszcze chwilę poczekał, ale patrząc w coraz ciemniejsze chmury stawał się coraz bardziej niecierpliwy. Wskoczyłem w ostatniej chwili, kiedy wspomniany już szef plaży wypychał łódkę. Po kilkunastu minutach rejsu byliśmy już w porcie w Bałakławie. Właśnie wtedy zaczęło się oberwanie chmury, które przeczekaliśmy pod drzewem. Dopiero po pół godzinie się przejaśniło, a my udaliśmy się na dworzec autobusowy, a później dalej do Jałty. Gdyby nie pałatka wojskowa nasze plecaki całkowicie by zamokły. Miasteczko ucierpiało jednak bardziej, ponieważ w niżej położonych częściach ulicy dzieci bawiły się po kolana w wodzie, a przyportowy parking zmienił się w basen, gdzie woda miała głębokość połowy koła Łady. Bezproblemowo dotarliśmy do Jałty pokonując kilkugodzinną trasę marszrutkami. Jest ona bardzo widokowa. Z prawej strony można podziwiać morze, natomiast z lewej główną część Gór Krymskich, które tutaj wyglądają jak małe Tatry &#8211; bardzo strome, skaliste i postrzępione góry wyglądają jak mur, który oddziela morze od głębi lądu.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.mdtravel.pl/krym-sewastopol-i-balaklawa/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Krym Orle gniazdo i Jałta</title>
		<link>http://www.mdtravel.pl/krym-orle-gniazdo-i-jalta/</link>
		<comments>http://www.mdtravel.pl/krym-orle-gniazdo-i-jalta/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 17 Sep 2005 13:29:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ukraina]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.mdtravel.pl/?p=2289</guid>
		<description><![CDATA[Gdy dotarliśmy do Jałty było już ciemno. Na dworcu znów dostaliśmy się w ręce miejscowych naganiaczy. Jedno co nas zaskoczyło to rozpiętość cenowa oferowanych tu noclegów oraz to, że spotkaliśmy kilku Rosjan mówiących bardzo dobrze po polsku i oferujących pomoc przy znalezieniu odpowiedniego noclegu. Proponowano nam nocleg za 100$/ grupa, jednak uprzejmie odmówiliśmy i pojechaliśmy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Gdy dotarliśmy do Jałty było już ciemno. Na dworcu znów dostaliśmy się w ręce miejscowych naganiaczy. Jedno co nas zaskoczyło to rozpiętość cenowa oferowanych tu noclegów oraz to, że spotkaliśmy kilku Rosjan mówiących bardzo dobrze po polsku i oferujących pomoc przy znalezieniu odpowiedniego noclegu. Proponowano nam nocleg za 100$/ grupa, jednak uprzejmie odmówiliśmy i pojechaliśmy z babuszką do jej domu za 80hr/grupa. Okazało się to dość daleko od dworca i musieliśmy jechać ok. 30 min dwoma autobusami (przejazd ulicą Kirowa w nocy jest jak jazda roller-coasterem w wesołym miasteczku &#8211; góra- dół- ciasny skręt w wąska uliczkę-ominięcie olbrzymiej dziury w jezdni-ciasny skręt-trzeszczenie autobusu-góra- dół- migające światła nocnej Jałty- wyprzedzające, nieoświetlone łady na wprost kamiennych murów&#8230; A to wszystko na 50 kopiejek). Polecamy &#8211; zapiera dech w piersiach. (jechaliśmy dwa razy &#8211; jazda w dzień również jest ekscytująca, ponieważ ludzi w autobusie jest więcej, a kierowcy decydują się na szybsza jazdę!!!). Okazało się, że przyjdzie nam spędzić dwie noce (tak zakładaliśmy) w bardzo dobrych warunkach, za naprawdę niewielkie pieniądze! Po szybkim umyciu się (wody bieżącej w godzinach 22-6 brak) i kolacji udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Następny dzień mieliśmy spędzić zwiedzając Jałtę. Zostawiliśmy plecaki w mieszkaniu i udaliśmy się zobaczyć to z czego Jałta słynie wśród rosyjskich turystów &#8211; plaże. Po krótkim spacerze doszliśmy na &#8220;deptak&#8221; W zasadzie przypominał on inne promenady w nadmorskich kurortach. Szeroka, wybrukowana alejka, palmy, ławeczki, budki z piwem, drogie sklepy, ekskluzywne hotele&#8230; a z drugiej strony morze. Jedyną różnica jest to, że po skręceniu w którąkolwiek z przecznic czar pryska: znów widać sypiące się domy, sterty śmieci, biedę i toalety, w których przydziałową długością papieru toaletowego jest odmierzany na miejscu (przy kliencie) jeden łokieć. Powracając jednak do tematu plaż: ciężko je znaleźć. Tuż przy porcie jest kawałek wybetonowanego nabrzeża, u jego skrajów łachy żwiru, na którym zaludnienie osiąga podobny wskaźnik jak na łodzi z nielegalnymi kubańskimi emigrantami u wybrzeży Florydy lub w autobusie 98 poznańskiego MPK przed 8.00. Nieco dalej, za portem są prywatne plaże hotelowe, lub ogólnodostępne lecz płatne i z niewiele mniejszą ilością ludzi przypadającą na metr kwadratowy. Był to wrzesień, więc nie wyobrażam sobie jak wygląda Jałta w szczycie sezonu, kiedy jednocześnie przebywa tam kilkadziesiąt (niektóre źródła mówią nawet o kilkuset) tysięcy ludzi. Rozmyślając nad tymi problemami przeszliśmy się wspomnianą promenadą, odwiedziliśmy pomnik tow. Lenina, któremu wredni kapitaliści wycieli niezły numer i wybudowali przed nosem McDolalda. Na złość wodzowi rewolucji, pod jego czujnym okiem, wypiliśmy burżujską i imperialistyczną coca-colę, obeszliśmy kilka głównych ulic, próbując kwasu chlebowego prosto z beczki i powróciliśmy powrotem w kierunku portu, aby udać się statkiem w rejs do &#8220;jaskółczego gniazda&#8221; &#8211; obowiązkowej atrakcji wszystkich turystów. Ze stateczku można podziwiać panoramę Jałty, która jest naprawdę interesująca. Miasto wybudowane zostało pomiędzy górami a morzem w miejscu, gdzie stoki łagodnie opadają ku morzu. Jednak zaraz za miastem wyrastają strome zbocza zwieńczone skalistymi szczytami. Z daleka zabudowa nie wygląda okazale, starsza część miasta jest raczej niska i kryje się w zieleni licznych parków wielu drzew rosnących wzdłuż ulic, natomiast nowsza część miasta to bokowisko, niewiele różniące się od tych z naszych dużych miast. &#8220;Jaskółcze gniazdo&#8221; okazało się przereklamowaną atrakcją, gdzie sprzedawcy tandetnych pamiątek i wina, byli chyba najbardziej zadowoleni. Interesu nie psuł im nawet ulewny deszcz, który zaczął padać, kiedy byliśmy na stateczku. Wdrapaliśmy się za tłumem w klapkach na szczyt klifu, na którym wybudowany jest zameczek (zastanawiam się, czy to dobre określenie, bo jest to maleńka budowla, w której mieści się obecnie droga restauracja, która bardziej przypomina zamek niż nim jest. Gniazdo to chyba adekwatna nazwa). Jednak widok na morze, ze skraju klifu, który jest jednocześnie tarasem budowli, sprawia, że 2 hr wydane na wejście nie są pieniędzmi zmarnowanymi. Po szybkim obejrzeniu &#8220;gniazda&#8221; ruszyliśmy z tłumem w klapkach w kierunku ulicy, gdzie planowaliśmy złapać marszrutkę do czarnomorskiej rezydencji carów, bardziej znanej Polakom jako miejsce, gdzie odbyła się słynna konferencja w 1944 r. z udziałem Churchilla, Stalina i Roosevelta. Przed wejściem również możemy spotkać sprzedawców tandety, ale sam pałac jest w doskonałym stanie i warto go odwiedzić. Zwiedzać można tylko w grupach z przewodnikiem, więc nieznajomość języka rosyjskiego znów okazała się bardzo dużym problemem. Z Kasiaczkiem i Michałem postanowiliśmy się rozejrzeć po okoliczny. Park okazał się bardzo zadbany, a pałac okazały &#8211; przycięte żywopłoty, kolorowe kwiaty &#8211; miło było pospacerować, szczególnie, że rozpogodziło się i widok na morze był wspaniały. Było to także jedno z dwóch miejsc na Krymie, gdzie widzieliśmy tablice informacyjne po angielsku. Postanowiliśmy wejść do pałacu tylko na chwilkę, od tyłu &#8211; bez płacenia. Niczym rasowi wycieczkowicze przeszliśmy przez sklep z pamiątkami, oglądając kiczowate pamiątki i chyłkiem weszliśmy w drzwi, nad którymi wisiał napis &#8220;Exit. Do not enter&#8221;. Podczepiliśmy się pod wycieczkę i zwiedziliśmy kilka pomieszczeń. Pełne przepychu apartamenty carów i jego dworu szybko nas znużyły i tą samą drogą wyszliśmy. Postanowiliśmy wracać i na tej samej drodze, która przybyliśmy, czekaliśmy na marszrutke do Jałty. Nasza uwagę zwrócił taksówkarz, który z rękoma brudnymi po łokcie od smaru i naprawiający Ładę, zaproponował nam podwózkę. Cena był jednak odstraszająca &#8211; woleliśmy poczekać na autobus. Kierowca zwietrzył jednak interes i dalej próbował stopniowo obniżając cenę, aż dotarł do ceny, która była do przyjęcia (od początkowej spadła trzykrotnie), a my chcąc spróbować wszystkich środków lokomocji zgodziliśmy się. Łada była poważnie zdezelowana, usiadłem z przodu, jednak pasów nie znalazłem (kierowca też). Moją uwagę przykuł także sposób odpalania samochodu &#8211; do tej pory znany z filmów. Wystarczyło złączyć ze sobą dwa magiczne kabelki wystające z deski rozdzielczej, a samochód już działał! Pełni obaw co to sprawności reszty samochodu ruszyliśmy. Kierowca okazał się być prawdziwym człowiekiem interesu, ponieważ próbował nas nakłonić, abyśmy go wynajęli na następny dzień, a on pokaże nam wszystko w Jałcie i zabierze nas nawet na szczyt Aj-Petri, ale mieliśmy inne plany więc twardo odmawialiśmy. O jego zdolności do prowadzenia interesów świadczy też fakt, iż wspominał o prowadzonym przez siebie małym biznesie w Polsce(!). Mówił coś o &#8220;bolszoj stadion&#8221; w Warszawie&#8230; Obrotny facet. Jednak podczas całej tej pogawędki, niczym najlepszy menadżer i negocjator próbował patrzyć klientowi w oczy &#8211; czasami zapominając o drodze. Ja również patrzyłem mu w oczy, więc nie byłem świadomy jakich emocji doznaje reszta ekipy na tylnim siedzeniu widząc wysokie krawężniki zbliżające się raz z lewej, raz z prawej strony, znaki drogowe przestrzegające przed szybkością, z jaką akurat jechaliśmy, samochody z nad przeciwka&#8230; Dojechaliśmy jednak bez problemów a na dodatek dostałem kartkę z jego trzema numerami telefonów komórkowych &#8211; tak na wszelki wypadek. Był to dzień pełen wrażeń. Na następny dzień zaplanowaliśmy wejście na Aj-Petri, ale innym sposobem niż robiły to masowe wycieczki. Nie chcieliśmy korzystać z wyciągu, który został humorystycznie opisany z przewodniku Bezdroży &#8220;&#8221;. Zamierzaliśmy wejść na szczyt o własnych siłach, jednak z poziomu dolnej stacji wyciągu jest to zabronione, ponieważ znajduje się tam rezerwat. Z innej strony można dojść, ale nie zdołaliśmy złapać odpowiedniego autobusu. Z resztą &#8211; jak się później okazało nic nie strąciliśmy, bo napotkana w Przemyślu grupka turystów powiedziała nam, że to stracony czas (ale o obiektywności doznań estetycznych już pisałem). Wspólnie zdecydowaliśmy, ze jedziemy w góry Czatyrdach. W Jałcie skorzystaliśmy z podobno najdłuższej na świecie linii trolejbusowej (Jałta &#8211; Symferopol ok. 120 km), a na pewno jednej z niewielu, która przecina łańcuch górski.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.mdtravel.pl/krym-orle-gniazdo-i-jalta/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Krym Czatyrdach</title>
		<link>http://www.mdtravel.pl/krym-czatyrdach/</link>
		<comments>http://www.mdtravel.pl/krym-czatyrdach/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 16 Sep 2005 13:51:09 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ukraina]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.mdtravel.pl/?p=2294</guid>
		<description><![CDATA[Po ok. 2 godzinach byliśmy na przełęczy Angarskiej (752 m.n.p.m) skąd trolejbus już miał tylko w dół do stolicy Krymu. W przewodniku przeczytaliśmy, że w turbanie na przełęczy są 2 pola namiotowe, stacja meteorologiczna, bar, więc stwierdziliśmy, że w jedzenie zaopatrzymy się na miejscu. Okazało się, że poza sezonem miejsce jest praktycznie martwe &#8211; bar [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Po ok. 2 godzinach byliśmy na przełęczy Angarskiej (752 m.n.p.m) skąd trolejbus już miał tylko w dół do stolicy Krymu. W przewodniku przeczytaliśmy, że w turbanie na przełęczy są 2 pola namiotowe, stacja meteorologiczna, bar, więc stwierdziliśmy, że w jedzenie zaopatrzymy się na miejscu. Okazało się, że poza sezonem miejsce jest praktycznie martwe &#8211; bar nieczynny, jedno pole może i jest, ale wygląda na opustoszałe, a drugiego nie widzieliśmy&#8230; Po poszukiwaniach znaleźliśmy żywego człowieka, który wyglądał na zaskoczonego naszym przybyciem, a już zupełnie zbił go z tropu fakt, że chcemy tu spać! Okazało się, że możemy spać pod namiotem lub w pokoju. Jednak kiedy zobaczyłem pokój to przypomniały mi się najgorsze fragmenty czytanego niedawno &#8220;Archipelagu Gułag&#8221; Sołżenicyna. Podzieliliśmy się na dwie grupy: Kasza, Zuza i Michał rozbili namioty, a ja z Kasiaczkiem pojechaliśmy z powrotem do Auszty po coś do jedzenia. Drugi raz mogliśmy przeżyć mozolną wspinaczkę przepełnionego trolejbusu marki &#8220;Skoda&#8221; z poziomu morza na 752 m.n.p.m. w niespełna 40 min. Nie niepokojeni przez nikogo &#8211; po obiedzie rozpaliliśmy ognisko i zadecydowaliśmy, że jutro wchodzimy na górę bez plecaków, zostawiamy je i &#8220;opiekuna&#8221; pola namiotowego a potem jedziemy do Sudaku. Nasze plany wzięły jednak w łeb już z samego rana, ponieważ po mężczyźnie któremu zapłaciliśmy za nocleg nie było ani śladu &#8211; decyzja prosta &#8211; idziemy z plecakami. Jednak kolejna niespodzianka spotkała nas już 100 m dalej, kiedy okazało się, że bar jest otwarty (a wczoraj wyglądał jakby ostatni klient wyszedł z niego w pierwszych latach pierestrojki). Plecaki zostawiliśmy więc u sprzedawczyni, a sami ruszyliśmy w góry. Trzeba wspomnieć, że szlaki w górach są nieoznaczone. Wynika to z faktu (za przewodnikiem wyd. Bezdroża &#8220;Krym &#8211; półwysep rozmaitości&#8221; 2005), że za czasów radzieckich chodzenie po górach było dozwolone tylko w zorganizowanych grupach pod opieka miejscowego przewodnika, więc szlaki były niepotrzebne. Jednak autor wyżej wspomnianego przewodnika Artur Grossman zadbał o to i w przewodniku znalazły się szczegółowe opisy trasy. Sprawiało nam wiele radości podążanie za wskazówkami typu: za drzewem z czerwona kropką w lewo, obok żółtej budki w prawo, a teraz 20 min na północny wschód! Kaszy niestety odezwała się kontuzja i nie mogła iśc z nami. Dzień spędziła na czytaniu książki i pilnowaniu naszych plecaków. Trzeba przyznać że na trasie bez problemu znajdowaliśmy drogę. Słabymi punktami opisu były czasy przejść (rozumiemy, że są one zobiektywizowane i że trudno jest podać jeden czas dla wytrawnego trekkingowca w goretexowych butach, termoizolacyjnej koszulce i kijkami teleskopowymi w ręku oraz dla sześćdziesięcioosobowej grupy emerytów w klapkach, ale drogę powrotną pokonaliśmy w czasie 2,5 h krótszym niż podany w przewodniku &#8211; zamiast 4h w 1,5h) Na szlaku poznaliśmy kolejny wytwór radzieckiej myśli technicznej. Można się zastanawiać w jakim celu szlak prowadzić trawersem po zboczu góry jeśli można go poprowadzić po linii prostej w górę! W ten oto sposób po krótkim, lecz wyczerpującym marszu (niekiedy trzeba dopomóc sobie rękami) dotarliśmy na skraj lasu, gdzie rozważania na temat tego, co się dzieje z takim szlakiem podczas ulewnego deszczu i czy bardzo rwący jest płynący tamtędy potok, zostały odsunięte na dalszy plan przez przepiękne widoki. Masyw okazał się być płaskowyżem pokrytym obca dla Polski roślinnością stepową, mocno pożółkłą od święcącego całe lato Słońca. Po kolejnej godzinie marszu, po prawie płaskim terenie dotarliśmy do szczytu &#8211; Eklizi-Burun (1512 m.n.p.m.) Widok niesamowity, w odległości zalewie 3 km widać było morze. Po krótkim podziwianiu widoków udaliśmy się w drogę powrotną zgodnie z opisem w przewodniku. Po zejściu do turbazy, szybko wzięliśmy plecaki i poszliśmy na przystanek, aby złapać trolejbus do Auszty, a potem dalej autobus do Sudaku. W Auszcie znaleźliśmy się ok. 19 i niestety było już za późno na dalszą drogę. Ostatni autobus odjechał kilkanaście minut wcześniej. Byliśmy zmuszeni nocować w Auszie, która jest bokowiskiem &#8211; molochem, nie polecanym przez przewodniki i innych turystów za równo z powodu wysokich cen, jak i niskiego standardu plaż, hoteli, itp. Tym razem sami znaleźliśmy babuszkę, która za 12hr/os przenocowała nas u siebie w domu. Byliśmy lekko zaniepokojeni, kiedy znaleźliśmy się pod jej blokiem. Wyglądał on jakby trzymał się jedynie siłą woli i zaraz miał się rozsypać, jednak nie było tak źle. Mieszkanie bardzo pozytywnie nas zaskoczyło &#8211; ładnie urządzone, czyste i schludne, a dodatkowo 3 min pieszo od dworca, na którym musieliśmy być o 7 rano dnia następnego, aby złapać pierwszą marszrutke do Sudaku. Wieczorem przeszliśmy się do restauracji na obiad. Po raz kolejny wzbudziliśmy niemałe zaciekawienie, kiedy zamówiliśmy coś do jedzenia. Dzięki zdolnościom Kaszki do porozumiewania się &#8220;na migi&#8221;, bądź rysując na karteczce dostaliśmy to czego chcieliśmy. Resztę wieczoru spędziliśmy na rozmowach w restauracji pod czujnym okiem miejscowych, którzy popijając wódkę, piwo, grając w kości i karty nie mogli się nadziwić, że ktoś zamówił coś dojedzenia w restauracji.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.mdtravel.pl/krym-czatyrdach/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Krym &#8211; Koktebel i Kara-Dag</title>
		<link>http://www.mdtravel.pl/krym-koktebel-i-kara-dag/</link>
		<comments>http://www.mdtravel.pl/krym-koktebel-i-kara-dag/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 15 Sep 2005 13:52:39 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ukraina]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.mdtravel.pl/?p=2297</guid>
		<description><![CDATA[Rano złapaliśmy odpowiedni autobus i po wielokrotnie już przechodzonych problemach z opłaceniem biletów za nadbagaż (jest kilka opcji kupowania biletów i nikt nie wie, która jest prawdziwa &#8211; czasem się nie płaci za plecaki, czasem trzeba kupić specjalne bilety w kasie, czasem u kierowcy, innym razem u osoby, która kasuje pieniądze od kierowcy na dworcu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Rano złapaliśmy odpowiedni autobus i po wielokrotnie już przechodzonych problemach z opłaceniem biletów za nadbagaż (jest kilka opcji kupowania biletów i nikt nie wie, która jest prawdziwa &#8211; czasem się nie płaci za plecaki, czasem trzeba kupić specjalne bilety w kasie, czasem u kierowcy, innym razem u osoby, która kasuje pieniądze od kierowcy na dworcu autobusowym, a czasem po prostu dając w łapę kierowcy po hrywnie od plecaka, co zamyka wszelkie spekulacje na ten temat) ruszyliśmy w drogę. Znów kilka godzin w busiku &#8211; tym razem była to jednak katorga. Ani jedno okno się nie otwierało, a na zewnątrz skwar i duchota. W końcu zlani potem i wycięczeni dojechaliśmy do Sudaku. W samym mieście chcieliśmy zobaczyć twierdze genueńską, ale wpadka dnia poprzedniego spowodowała, ze nie mieliśmy na to czasu &#8211; woleliśmy jechać prosto do miejscowości Koktebel, aby zobaczyć rezerwat geologiczny Kara-Dag. Godzina oczekiwania na dworcu przyniosła kilka nowych znajomości. Znakiem rozpoznawczym Polaków jest pomarańczowa okładka z przewodnika Bezdroży. Po krótkiej wymianie wiadomości pojechaliśmy (po raz pierwszy i ostatni autobusem &#8211; takim jak nasze PKS) do Koktebel. W autobusie również bardzo zdezelowanym jechało bardzo dużo ludzi (w tym kilka osób z Polski), więc autobus na ostrzejszych zakrętach przycierał podwoziem o asfalt. Pobieżna znajomość zasad fizyki w połączeniu z górzystym charakterem drogi daje wiele do myślenia kiedy z dużą prędkością, ciężki autobus zbliża się do ostrego zakrętu, a kierowca nie ma zamiaru hamować&#8230; Jednak kończyło się to tylko na przycieraniu podwoziem o asfalt. W Koktebel pierwszym naszym zadaniem było znalezienie noclegu. Niestety nie było tam pola namiotowego (tylko jakieś nielegalne, dla nudystów), a babuszek nie znaleźliśmy więc mieliśmy problem. Podszedł do nas młody chłopak i zapytał czy chcemy pokój, ale jak się dowiedział, że tylko na jedną noc to nas wyśmiał&#8230; Jak dobrze wiedzieć, że są jeszcze miejsca, gdzie krwiożerczy kapitalizm się jeszcze nie zagnieździł, a ludzie nie mają ochoty zarabiać&#8230; Kilka dni pobytu na obszarze rosyjskojęzycznym sprawiło, że coraz lepiej potrafiliśmy czytać cyrylicę, więc Kasiaczek zainteresowała się napisem &#8220;Żyliu&#8221; na płocie. Okazało się ,że naprzeciwko dworca są domki do wynajęcia za 3$ doba. Bez większych problemów ulokowaliśmy się w bardzo przyjemnych domkach. Postanowiliśmy coś zjeść, a później przedostać się do biostacji, skąd zaczynały się wycieczki po rezerwacie Kara-Dag. Udaliśmy się do specyficznej restauracji, gdzie zamiast stołów i krzeseł siedziało się &#8220;po turecku&#8221; na poduszkach przy niziutkim stoliku. Okazało się później, że określenie specyficzna bardzo do niej pasuje. Szybko pojawiła się kelnerka, która rozdała nam menu. Po szybkim odczytaniu nazw, każdy był na coś zdecydowany. Niestety, wyraźnie zblazowana pani, trzymając gotowy do użycia notes za każdym razem odpowiadała &#8220;nie ma&#8221;. Po pięciu próbach postanowiliśmy załatwić sprawę w inny sposób &#8211; zapytaliśmy &#8220;co jest?&#8221;. Kelnerka nie zmieniając wyrazu twarzy, lekko pretensjonalnie odpowiedziała &#8211; &#8220;barszcz&#8221;. Chwyciłem się wtedy za głowę� Dlaczego ona stała nad nami z notesem i długopisem, dając nam menu i za każdym razem odpowiadała &#8220;nie ma&#8221;, skoro doskonale wiedziała, że w garach jest tylko barszcz!? Lekko zrezygnowani poprosiliśmy o 5 barszczy ale w głowach zaczęły nam kiełkować myśli na temat świeżości i jakości zupy&#8230; Pani kelnerka zjawiła się po kilku minutach, z tym samym grymasem wymalowanym na twarzy i powiedziała, że barszcze są tylko 3&#8230; To był koniec. Szybko opuściliśmy lokal i poszliśmy do innego, do konkurencji naprzeciw. Tam, nauczeni doświadczeniem, od razu zapytaliśmy, czy jest cokolwiek do jedzenia. Podbudowani twierdzącą odpowiedzią zamówiliśmy co chcieliśmy. Tatarski płow i rosyjskie bliny szybko znikły z naszych talerzy, a my nadal byliśmy głodni, więc zamówiliśmy jeszcze jedna porcję. Okazało się, że to były ostatnie&#8230; Te dwie sytuacji doskonale potwierdzają tezę postawioną na początku opowieści, ze do restauracji nie chodzi się jeść, tylko pić, a ewentualne jedzenie jest traktowane jako zagrycha. W połowie najedzeni poszliśmy na dworzec, aby złapać autobus do biostacji. Okazało się, że ich nie ma i byliśmy zmuszeni skorzystać z taksówki. Znając realia przygotowaliśmy się na ostre targowanie. Delegacja z dwóch przedstawicielek płci piękniejszej (wiadomo, że kobiecie trudniej odmówić &#8211; nawet taksówkarzowi) udała się do grupki kierowców. Cena początkowa 80hr &#8211; po targach 30hr &#8211; jedziemy! Ku niezadowoleniu moim i Michała jedziemy wybranym przez dziewczyny oplem omegą, a nie wołgą, ale obiecujemy sobie, że następnym razem to my będziemy wybierać. Po ok. 10 minutach szaleńczej jazdy osiągamy cel. Warto wspomnieć, że w tego typu rezerwatach nadal panują radzieckie przyzwyczajenia i można wchodzić tyko w grupach z przewodnikiem. Dodatkowo są tylko dwa wejścia &#8211; o 8 i 15, więc grupa składa się z pokaźnej liczby osób. Dowiedzieliśmy się, że możliwy jest też rejs statkiem i obejrzenie niezwykłych form bazaltowych od strony morza. Zdecydowaliśmy się na rejs, a piesze zwiedzanie zostawiliśmy sobie na następny dzień. Nie będę opisywał widoków, lepiej zobaczyć zdjęcia w galerii. Kara &#8211; Dag od strony morza &#8211; bardzo, bardzo polecamy. Przypłynęliśmy do Koktebel, gdzie czysta woda i gorące powietrze zachęcały do kąpieli, jednak aby wejść na plażę, należało być posiadaczem specjalnej karty hotelowej. Mimo poszukiwań, plaży ogólnodostępnej nie znaleźliśmy (trzeba też przyznać, że nie szukaliśmy bardzo wytrwale, więc może gdzieś jest). Zrobiło się popołudnie więc, niczym kuracjusze z sanatorium wybraliśmy się na spacer uliczkami Koktebel, oglądając stragany, robiąc zakupy i jedząc czeburieki. Zuza kupiła ładny sweter, a dla wszystkich kupiliśmy winogrona i wino, z którego Koktebel słynie na Krymie i nie tylko. Następnego dnia, wstaliśmy bardzo wcześnie rano, aby zdążyć na wejście o 8. Znów nie udało się nam złapać autobusu, więc jechaliśmy taksówką. Niestety tym razem Wołgi nie było, ale ponownie pojechaliśmy ładą. Kaszka i Kasiaczek sztukę targowania się opanowały już do perfekcji. Taksówkarze wyraźnie widząc, że grupa ma zamiar gdzieś pojechać zbiegli się tłumnie, przerzucając się cenami, które ponownie oscylowały ok. 80hr. Stopniowo szła ona w dół, a im bardziej ona malała, tym mniejsza stawała się liczba taksówkarzy dookoła. W końcu został jeden ,który po długich namysłach zdecydował się przewieźć nas za 25hr. Był to istny dumping, który wywołał oburzenie wśród reszty taksówkarzy &#8211; 30hr była bowiem niepisana minimalną kwotą, za która taksówkarze odpalali swoje samochody. Tłum ludzi w biostacji przeraził nas. Kłębiło się tam mnóstwo ludzi, którzy bardzo potrafili popsuć przyjemność chodzenia po górach. Na szczęście podzielono wszystkich na dwie grupy (mniej więcej po 60 osób) co i tak nie zapowiadało się optymistycznie. Najpierw zwiedza się wystawę z wypchanymi zwierzętami, które można spotkać na terenie rezerwatu i żywymi robakami, które tez tam biegają. Zwiedzenie sali o powierzchni ok. 50 m kw. zajęło nam ok. 1,5h, ponieważ przewodniczka z namiętnością opowiadała o każdym wypchanym futrzaku Z czasem tłum jej słuchaczy topniał, aż została sama &#8211; to był sygnał aby ruszyć na właściwą cześć wycieczki. &#8220;Przejął&#8221; nas mody przewodnik, który niestety mówił po rosyjsku z szybkością AK-47, więc niewiele zrozumieliśmy. Po dość nudnej przeprawie dołem weszliśmy na &#8220;grań&#8221;, skąd roztaczały się przepiękne widoki. Tu znów nie będę się rozpisywał, tylko zaproszę do galerii. Tę część zwiedzania też polecamy, lecz nieco uciążliwe może być poruszanie się w olbrzymiej grupie, której znaczna część ma na nogach klapki. Zajmuje to ok. 4h. Wczesnym popołudniem byliśmy już w mieszkaniu. Niestety, nasza wycieczka powoli dobiegała końca, trzeba było wracać do Poznania, bo powoli zaczynał się rok akademicki, a niektórzy mieli jeszcze inne plany.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.mdtravel.pl/krym-koktebel-i-kara-dag/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Krym &#8211; Simferopol i powrót</title>
		<link>http://www.mdtravel.pl/krym-simferopol-i-powrot/</link>
		<comments>http://www.mdtravel.pl/krym-simferopol-i-powrot/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 14 Sep 2005 13:55:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ukraina]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.mdtravel.pl/?p=2301</guid>
		<description><![CDATA[Bilety na pociąg do Lwowa mieliśmy na po południe następnego dnia, więc nie chcieliśmy ryzykować, że nie dostaniemy się do Symferopola rannym autobusem (w przewodniku było napisane, że może się to zdarzyć) i pojechaliśmy tam po południu. Do stolicy Krymu dotarliśmy późnym popołudniem. Znalezienie noclegu okazało się nie lada wyzwaniem &#8211; babuszki ginęły w mrowiu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Bilety na pociąg do Lwowa mieliśmy na po południe następnego dnia, więc nie chcieliśmy ryzykować, że nie dostaniemy się do Symferopola rannym autobusem (w przewodniku było napisane, że może się to zdarzyć) i pojechaliśmy tam po południu. Do stolicy Krymu dotarliśmy późnym popołudniem. Znalezienie noclegu okazało się nie lada wyzwaniem &#8211; babuszki ginęły w mrowiu ludzi. Po krótkim szukaniu znaleźliśmy miejsce, gdzie stały stłoczone. Od razu zaproponowano nam nocleg, jednak w cenie, która porównywalna była z ilością pieniędzy jaką dotychczas wydaliśmy na wszystkie noclegi. Gdy zaproponowaliśmy swoją sumę, kobieta się obraziła i poszła. Byliśmy jednak twardzi i obstawaliśmy przy swoim. Babuszki nawzajem dodawały sobie otuchy i próbując nas złamać krzyczały, że za taką cenę nie znajdziemy nigdzie noclegu!. Byliśmy cierpliwi&#8230; Po kilku minutach zawołała nas kobieta, kazała nam odejść od reszty i wyraźnie ściszonym głosem powiedziała, ze możemy spać u niej, ale ma tylko 4 łóżka. Po raz kolejny wobec nas zastosowano dumping, jednak tym razem nie został on gromadnie potępiony, bo kobieta załatwiła interes na boku. Na jedną noc zamieszkaliśmy 20 min pieszo od dworca w bardzo przyzwoitych warunkach. Wieczorem poszliśmy na zakupy i poszwędać się po Symferopolu. Sprawdziwszy w przewodniku, że w Symferopolu warte zobaczenia są cerkwie i muzea, zdecydowaliśmy się przejść po ulicach miasta bez większego celu, nie oglądając ozdobnych cerkwi (nie żebyśmy uważali, że są nieładne, ale widzieliśmy już kilka, a maniakami sztuki sakralnej nie jesteśmy). Muzea odpuściliśmy sobie z podobnego powodu. Spotkaliśmy studentów z Warszawy, którzy szukali kafejki internetowej oraz byli pod wrażeniem ceny jaką &#8220;wynegocjowaliśmy&#8221; za mieszkanie, bo okazało się, ze oni płacą 3 razy więcej. Następnego dnia wstaliśmy późno i niczego nie planując postanowiliśmy poleniuchować przed wyjazdem. Przed 15 zjawiliśmy się na znanym już nam dworcu i oczekiwaliśmy na podstawienie pociągu. Końcówka września chyba zachęcała do podróży, bo na dworcu było bardzo dużo ludzi i nawet nasz pociąg był prawie pełen. Na dworcu jeszcze raz mieliśmy okazję się przekonać, że mieszkańcy Krymu bardziej identyfikują się z Rosją niż Ukraina, gdy przyjeżdżający pociąg z Moskwy, przywitany został hymnem autonomicznej republiki. Po raz kolejny droga minęła nam szybko i świetnie się bawiąc dojechaliśmy do Lwowa. Należy pamiętać, aby zbytnio nie ufać prowadnicom, które podają czas do odjazdu pociągu. W Zaporożcu poszedłem z Michałem kupić coś do zjedzenia. Zapytana przez nas prowadnica powiedziała że pociąg odjeżdża za pięć minut, więc bez obaw wyszliśmy. Gdy zbliżaliśmy się do handlarek (główny targ odbywał się kilka wagonów dalej) kątem oka zauważyłem, że schody powoli zaczynają być chowane, a pasażerów na peronie już nie ma. Zapytałem się jeszcze raz kiedy pociąg odjeżdża i usłyszałem odpowiedź &#8220;teraz&#8221;! W tym momencie uchwyciłem się poręczy, aby wskoczyć do środka, a pociąg szarpnął i zaczął się toczyć. Barkiem przesunąłem rozbawioną prowadnicę, a Michał wskakiwał już w biegu. Przechodząc przez wagony typu &#8220;płackarta&#8221; do naszego widzieliśmy jak większość pasażerów jadła zakupione melony, winogrona, a także wędzone ryby, których zapach razem z wonią 50 osób stłoczonych w jednym wagonie, w którym nie otwierają się okna, daje ów specyficzny smrodek opisywany w przewodnikach&#8230; W końcu dotarliśmy do dziewczyn, które dość zdenerwowane zastanawiały się co zrobić. Po dojeździe do Lwowa, upakowaliśmy się (dosłownie, bo dopuszczalna liczba osób została przekroczona kilka osób wcześniej) do marszrutki na granicę. Myśleliśmy, że to już koniec przygód, ale okazało się, że jeszcze nie. Jeszcze raz mieliśmy okazję spotkać się z mrówkami, które już poznaliśmy kilkanaście dni wcześniej&#8230; Tym razem poczekaliśmy w kolejce (jeżeli tak można nazwać zbitkę kilkudziesięciu osób, krzyczących, przeklinających, przyklejających sobie papierosy, palących papierosy, wpychających i popychających się w celu dostania się do magicznej furtki, gdzie ukraiński celnik w czapce wielkości lądowiska helikoptera wbija czerwone pieczątki. Sądziliśmy, że po tej przeprawie, na polskiej stronie będzie lepiej, ale znów się zawiedliśmy. Drogę po brukowanym chodniku, ograniczonym żelaznym płotem pokonaliśmy w kilka minut, mijając zakonspirowane grupki ludzi wkładających skrzętnie pod ubrania kartony papierosów. Okazało się, że przed budką polskich celników kolejka jest kilka razy dłuższa&#8230; Tego nie wytrzymała Kaszka i w kilku niezbyt poprawnych politycznie słowach powiedział celnikowi co myśli o staniu przez kilka godzin w tej kolejce z mrówkami, których, wiedziona emocjami, nazwała kilkoma barwnymi epitetami. Lekko zszokowany postanowił jej pomóc i cała grupa przeskakując barierki (w jedna i druga stronę przez płot) weszliśmy innym wejściem. Towarzyszyły niezwykle podniosłe okrzyki mrówek na temat praw i obowiązków obywateli i celników, ale również, może nieco mniej patetyczne, na temat co i gdzie możemy sobie włożyć. W tych niezwykle budujących warunkach znaleźliśmy się w Polsce. Natychmiast wsiedliśmy do busika do Przemyśla, kupiliśmy gazety, aby się dowiedzieć, co nowego w państwie i społeczeństwie, a także poszliśmy na obiad. Później już bez problemów, śpiąc smacznie, dotarliśmy do Poznania. I tak dobiegła końca nasza przygoda. Wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni, umówiliśmy się na wymianę zdjęć i poszliśmy do domów. Ale w niektórych głowach już zaczęła kiełkować myśl o następnych wyprawach&#8230; o których później.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.mdtravel.pl/krym-simferopol-i-powrot/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Krym &#8211; ogólnie</title>
		<link>http://www.mdtravel.pl/krym-ogolnie/</link>
		<comments>http://www.mdtravel.pl/krym-ogolnie/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 13 Sep 2005 13:57:05 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ukraina]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.mdtravel.pl/?p=2303</guid>
		<description><![CDATA[Przejście graniczne
- Medyka: na granicę z dworca autobusowego można dojechać prywatnym busem za 2 zł (wrzesień 2005). Podróż skończy się na wielkim przygranicznym bazarze. Kilka minut marszu dzieli nas od dużego terminala. Trzeba przejść po płytach betonowych do budki polskich celników, poprzepychać się z mrówkami i przejść do budki ukraińskich celników. Tam panują już prawa [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h2 style="text-align: justify;">Przejście graniczne</h2>
<p style="text-align: justify;">- Medyka: na granicę z dworca autobusowego można dojechać prywatnym busem za 2 zł (wrzesień 2005). Podróż skończy się na wielkim przygranicznym bazarze. Kilka minut marszu dzieli nas od dużego terminala. Trzeba przejść po płytach betonowych do budki polskich celników, poprzepychać się z mrówkami i przejść do budki ukraińskich celników. Tam panują już prawa dżungli i wszystko zależy od humoru celnika. Może on dwuznacznie zareagować na widok turysty: życzliwie przepuścić i nie sprawiać problemów (w końcu wie, że nic nie przemycamy) lub też potraktować nas jako naiwniaka nie znającego granicy, języka, &#8220;przepisów&#8221; i próbować wyłudzić opłaty, łapówki itd. Jedno co na 100% musimy zrobić to wypełnić mały druczek, którego połowa zostanie w budce, a drugi będziemy musieli zachować do okazania na żądanie. Po wbiciu czerwonej pieczątki przechodzimy dalej do targu, który jest odpowiednikiem tego z polskiej strony. Jest to wariant optymistyczny zakładający, że na granicy jest pusto. Przeważnie jednak znajdują się tam setki ludzi, którzy niosą w siatkach kartony z papierosami, dla których przejście to często jedyny sposób na zarobienie pieniędzy. Są to stali bywalcy tego miejsca, którzy dobrze znają zwyczaje, celników i &#8220;przepisy&#8221;. Przeważnie turysta ma z nimi problemy, gdyż oferują różne rzeczy do sprzedania, nakłaniają do przeniesienia kilku kartonów papierosów itd. Pesymistyczna opcja to stanie w kilkugodzinnej kolejce, słuchanie różnych imperatyw w obu językach w odniesieniu do wszystkich i wszystkiego oraz przepychanie się, czasem nawet bójki (celnicy mówili, że przynajmniej raz w tygodniu przyjeżdża karetka) Aby dostać się do Polski trzeba przebić się do ukraińskiej budki, następnie przejść pas ziemi niczyjej i dostać się do budki polskiej. Znów spotkamy zaciekłe wyścigi ludzi nafaszerowanych papierosami i przepychanki. Przy budce polskiej znajdują się dwa wejście- dla obywateli państw UE i tych spoza UE &#8211; nikt tego nie respektuje i wszyscy pchają się gdzie mogą. Dobrym pomysłem jest zaproponowanie polskiemu celnikowi, aby przepuścił nas, jako turystów, bez kolejki &#8211; przeważnie się udaje, lecz spotyka się to ze zdecydowanym sprzeciwem całej reszty. Na granicy pieszej obywateli polskich nie obowiązują żadne opłaty obowiązkowe, wszelkie ubezpieczenia, wizy itd. to wymysł celników, którzy chcą sobie dorobić&#8230;</p>
<h2 style="text-align: justify;">Podróż do Lwowa</h2>
<p style="text-align: justify;">Przeważnie wszyscy kierują się do Lwowa, aby stamtąd kontynuować podróż w dalsze rejony Ukrainy. Można się tam dostac taksówką (bardzo drogo) lub marszrutką, czyli busem. We wrześnieu 2005 kosztowało to 8 hr/osoba. Po 2 godzinach jazdy jesteśmy przed dworcem we Lwowie.</p>
<h2 style="text-align: justify;">Wymiana waluty</h2>
<p style="text-align: justify;">W podróż na Ukraine najlepiej zabrac dolary amerykańskie. Sa one wymieniealne praktycznie w każdym kantorze, a także ich kurs jest wysoce zadowalający. Nawet jeśli ktoś nie ma w domu dolarów opłaca się kupić je w kantorze w Polsce, a nastepnie wymienic na Ukrainie na hrywny. Kursy walut zmieniają się, jednak ta operacja jest opłacalna. Nie warto brac euro, które także można wymienic w kantorach, lecz po znacznie gorszym kursie. Stan na wrzesień 2005:<br />
Po stronie polskiej:<br />
1$ &#8211; 3,12zł<br />
1hr &#8211; 70gr<br />
Po stronie ukraińskiej;<br />
1$ &#8211; 5hr.<br />
Za 312zł można był kupić 446hr, ale także 100$, a za nie 500hr. Różnica jest duża = 54hr = 37,8 zł<br />
Więcej kursów nie pamiętam i nie są, aż tak istotne.</p>
<h2 style="text-align: justify;">Kupno biletów kolejowych</h2>
<p style="text-align: justify;">Na Ukrainie obowiązuje inna zasada kupowania biletów niż w Polsce (dla pociągów jeżdżących na długich trasach). Kupuje się je nie na trasę i klasę pociągu (1 i 2, pośpieszny, osobowy, IC) tylko na konkretny pociąg, który ma swój numer. Numer ten można znaleźć na rozkładach jazdy w Internecie, w przewodnikach. Dodatkowo trzeba okazać paszport. Jeśli znamy już numer pociągu i tracę to trzeba zdecydować się na wago w jakim chcemy jechać: do wyboru mamy 3.<br />
- Płackarta &#8211; wagon z łóżkami, bez przedziałów, niektóre łóżka składane w ciągu dnia, 0 prywatności, lokalny klimat, tylko dolne miejsca mają skrzynie na bagaże najtańsze<br />
-	Kupiejny &#8211; taka nasza kuszetka &#8211; zamykane od wewnątrz przedziały, 4 łóżka, wygoda, miejsce na bagaże, droższe.<br />
-	Lux &#8211; jak sama nazwa wskazuje &#8211; radziecki przepych w najlepszym i najdroższym wydaniu.<br />
Jeśli już wiemy gdzie i czym chcemy jechać to pozostaje tylko zmierzyć się z Panią z okienka. Latem podobno ciężko dostać bilety na trasy do miejsc szczególnie często odwiedzanych przez turystów (np. Krym). Trzeba kupić je z wyprzedzeniem (bilety można nabywać już z 40 przed datą wyjazdu &#8211; niekoniecznie na stacji skąd chcemy jechać. Jeżeli nie ma problemów z biletami to najwygodniejszym rozwiązaniem dla kogoś kto nie za ukraińskiego, bądź rosyjskiego, a Pani w okienku udaje, że nie rozumie polskiego (we Lwowie raczej wszyscy rozumieją po polsku) jest podanie karteczki z datą przejazdu, numerem pociągu, klasą wagonu, trasa przejazdu i imionami i nazwiskami chętnych (oczywiście wszystko cyrylicą) oraz paszportami. Pani to weźmie i po kilku minutach odda razem z biletami. Na biletach są wszystkie informacje odnośnie biletu &#8211; godzina odjazdu, przyjazdu, numer wagonu, przedziału i łóżka.</p>
<h2 style="text-align: justify;">W pociągu</h2>
<p style="text-align: justify;">Aby wejść do pociągu należy okazać bilet razem z paszportem i udać się na swoje miejsce. Gdy pociąg ruszy przyjdzie prowadnica (opiekun wagonu) i weźmie bilety (odda przy opuszczeniu pociągu) i zaproponuje pościel za drobna opłatą. Nie trzeba z tego korzystać. Od tamtej pory jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę ukraińskich kolei żelaznych. U prowadnicy można kupić za niewielkie pieniądze kawę, herbatę ciasteczka i piwo. Coś lepszego do zjedzenia dostaniemy w restauracyjnym, a w każdym przedziale znajduje się opalany drewnem samowar, z którego można brać darmowy wrzątek. Generalnie komfort podróży ukraińskim pociągiem jest wyższy niż w PKP &#8211; można sobie poleżeć, pojeść, nie przychodzi konduktor i nie budzi 6 razy w ciągu nocy, aby sprawdzić bilety, a na postojach można zaopatrzyć się w lokalne smakołyki. Na Ukrainie popularny jest handel peronowy i na każdym postoju można kupić czeburieki, owoce, napoje, ryby suszone i wędzone, pierogi&#8230; Na stacjach (postój przeważnie ok. 20 min) ubikacja jest zamykana. Przed końcem podróży przyjdzie prowadnica, odda bilet i powie o której godzinie dotrzemy na miejsce.</p>
<h2 style="text-align: justify;">Lokalny transport</h2>
<p style="text-align: justify;">Środki transportu na Ukrainie są bardzo różne, a ich cena, jakość i punktualność zależy od regionu. Jako, ze mam doświadczenia głównie z Krymu to tamtejszych będę pisał. Należy jednak pamiętać, że jest to region najbardziej nastawiony na zyski z turystyki, ceny są tam najwyższe, a standard również odbiega od średniej ukraińskiej. Po przyjściu na dworzec autobusowy pierwszymi ludźmi, którzy nas zauważą będą taksówkarze, którzy tłumnie zgromadzeni, dzwoniąc kluczykami, wykrzykują nazwy miejsc, w które jadą. Są dość natrętni i bardzo chcą nakłonić do skorzystania właśnie z ich usług. Jeżeli autobus lub marszrutka odchodzą za kilka godzin a nam się śpieszy warto skorzystać z ich usług. Cena zaproponowana na początku jest astronomiczna i nastawiona na bogatych mieszkańców Moskwy. Jeśli ktoś się dobrze targuje to cena potrafi spaść kilkukrotnie. Oprócz tego podróż ukraińska taksówka należy do przeżyć dość ekstremalnych, o których jest w relacji &#8220;Krym 2005&#8243;. Bilety na marszrutki w miastach kupuje się w kasach. Jak na polskich dworcach PKS. Innym rozwiązaniem jest przejście kilkudziesięciu metrów za dworzec i &#8220;złapanie&#8221; marszrutki po rozpoczęciu kursu &#8211; zwykle zapłata ląduje w kieszeni kierowcy i jest odpowiednio mniejsza. Jednak może się zdarzyć, że nie będzie wolnych miejsc lub kierowca się nie zatrzyma co zmusi nas do czekania na następny kurs. W miastach najbardziej popularne są busiki Cenę za przejazd (niezależnie od długości i czasu) mają podana za przednią szybą. Opłatę uiszcza się zwykle przy wychodzeniu . Lepiej mieć uszykowaną i odliczoną ilość drobnych, aby uniknąć długotrwałego wydawania reszty. W większych miastach jeżdżą także trolejbusy &#8211; cena za przejazd to kilkadziesiąt kopiejek. Bilet kupuje się u konduktorki, która przemieszcza się po trolejbusie wychwytując wsiadających pasażerów.</p>
<h2 style="text-align: justify;">Noclegi</h2>
<p style="text-align: justify;">W miejscach odwiedzanych przez turystów z noclegiem nie ma problemów. Najpopularniejszym sposobem załatwienia kwatery jest odnalezienie babuszek na dworcu. Zwykle same nas odnajdują. Wystarczy wysiąść z marszrutki lub pociągu i wyglądać na zdezorientowanego, a natychmiast podchodzą kobiety i proponują noclegi. Przeważnie mają kartki z napisami &#8220;Kwatira&#8221;, &#8220;Żiliu&#8221; (oczywiście cyrylicą). Ich jedynym językiem jest rosyjski &#8211; jednak podobieństwo słownictwa nie powoduje większych problemów w negocjacjach. Najlepiej od razu dowiedzieć się o cenę. Ona przeważnie też jest zawyżona i bez problemu można się targować. Naszym atutem jest jeśli jesteśmy większą grupą &#8211; zawsze ktoś może przespać się na podłodze, a będzie taniej. Zwykle jednak zostajemy na jedną lub dwie noce, co nie podoba się babuszkom, które liczą na większy zarobek, ale i tak nami nie pogardzą (zazwyczaj &#8211; tylko raz nam odmówiono noclegu na jedną noc) .<br />
Ceny we wrześniu 2005 dla pięcioosobowej grupy po targowaniu się:<br />
Bachczysaraj 60hr/grupa (wszyscy na łóżkach, prysznic typu ogrodowego:)<br />
Jałta 80hr/grupa (jak w pokoju hotelowym)<br />
Auszta 60hr/grupa (małe mieszkanko, blisko dworca)<br />
Koktebel 50hr/grupa (domki campingowe &#8211; lekko spartańskie warunki, ale bardzo miło)<br />
Simferopol 70hr/grupa (po ciężkich negocjacjach)<br />
Ceny w przewodniku Bezdroży &#8220;Krym &#8211; półwysep rozmaitości&#8221; Kraków 2005 były znacznie wyższe, ale w sezonie wakacyjnym (lipiec &#8211; sierpień) one są wygórowane ze względu na bogatych rosyjskich wczasowiczów. Nocowanie w namiocie możliwe dostępne na dziko (na plażach, w lasach). W niektórych miastach istnieją dzikie pola namiotowe, ale ich bezpieczeństwo pozostawia wiele do życzenia. Powracając wieczorem nie mamy pewności, czy nasz namiot a w nim plecaki będą na miejscu, bądź nasze rzeczy w komplecie.</p>
<h2 style="text-align: justify;">Jedzenie</h2>
<p style="text-align: justify;">Z zaopatrzeniem w jedzenie w krymskich sklepach bywa różnie. Generalnie sklepy można zobaczyć wszędzie i są całkiem nieźle zaopatrzone, ale brak w nich towarów potrzebnych do zrobienia zapasów na kilkudniowa wyprawę w góry. Nie spotkaliśmy puszkowanych konserw, dań gotowych do podgrzania itp. Nie ma problemu bardziej podstawowymi produktami, ale nie znaleźliśmy także zwykłego mięsa &#8211; w postaci innej niż kiełbasy. Jedzenie w restauracjach &#8211; porcje małe. Można się spotkać z sytuacją, że w restauracji nie ma wszystkich dań w menu. Tam do restauracji przychodzi się głownie po to, aby się napić.</p>
<h2 style="text-align: justify;">Wycieczki górskie</h2>
<p style="text-align: justify;">Głównym problemem w poruszaniu się po górach Krymu jest brak wody. Strumienie są nieliczne, a źródełka w pełni lata wyglądają jak błotniste sadzawki. Do plecaków trzeba brać wodę w plastikowych butlach. Turystyczne mapy Krymu nie istnieją. Owszem można jakieś znaleźć, ale na pewno nie są one przydatne w górach, ponieważ małe skale nie pozwalają na szczegółową orientację. Oznakowanie szlaków także pozostawia wiele do życzenia. Nam przydał się wspomniany wyżej przewodnik Bezdroży, a w nim doskonałe opisy szlaków (niezbędny kompas). Jednak opis ten dotyczy niewielkiej części gór (głównie Czatyrdachu i Demerdżi). Baza turystyczna słabo rozwinięta.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.mdtravel.pl/krym-ogolnie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
