Data: poniedziałek, 4 Wrzesień 2006 autor: admin
Na śniadanie i na drugie śniadanie tez była sałatka szopska. Objedliśmy się tak, że już do końca wyjazdu nikt nie chciał sałatki szopskiej. Pobyt w cywilizowanych warunkach wykorzystaliśmy na pranie, suszenie namiotów oraz na opracowani trasy dotarcia w góry Riła. Około południa przeszliśmy przez Bansko (wiele ciekawych sklepów – w tym turystycznych – Kamil i Marek kupili sobie windstopery North Face’a za 120zł/szt. Podróbki czy nie – sprawują się bardzo dobrze) na dworzec kolejowy i autobusowy. Do Jundoli chcieliśmy dostać się autobusem, ale połączenia nie pasowały, więc pojechaliśmy wąskotorówką. Prawie 4 godziny jazdy maleńkimi wagonikami na twardych drewnianych siedzeniach byłoby katorgą gdyby nie widoki za oknem. Przejeżdżaliśmy przez część Bułgarii zamieszkana przez Muzułmanów, więc nad wioskami wciśniętymi w doliny górowały minarety. Pociąg ciągle skręcał, jechał przez most albo tunel. Nareszcie dotarliśmy do stacji Swieta Petka (najwyżej położonej stacji kolejowej w Bułgarii), która była budką w lesie. Nasze plecaki znów pełne zaopatrzenia, ciążyły bardzo kiedy przedostawaliśmy się do Jundoli (ok. 1,5h pieszo). Miejscowi jako miejsce na namiot polecili nam wielki trawiasty teren w obniżeniu zaraz koło centrum wsi. Jak nam polecono tak zrobiliśmy. Po zmroku, cichcem rozbiliśmy się pod lasem.
Kiedy rankiem jako pierwszy wyjrzałem na zewnątrz, ledwo zobaczyłem czubek swojego nosa. Miejsce w obniżeniu nie było najlepszym rozwiązaniem – gęsta mgła spowiła tylko okolice naszych namiotów. Z Kamilem natychmiast skoczyliśmy do kawiarni po rakije na rozgrzewkę i na kawę. Nie było daleko – w kocu spaliśmy prawie w centrum. Zwinęliśmy namioty i przeszliśmy w pobliże kawiarnio – sklepu na śniadanie. Pałaszując pyszne cieplutkie ciasteczka postanowiliśmy, że dalej pojedziemy stopem w okolice jeziora zaporowego i bazy bułgarskich narciarzy biegowych na wysokości ponad 2000mnpm. Według mapy prowadziła tam asfaltowa droga. Alternatywa dla stopa była całodzienna trasa tym asfaltem w górę. Jednak nasza ekipa miała szczęście i już po kilku minutach udało się złapać leśników, którzy UAZ-em, jechali właśnie tam gdzie my. Zapakowaliśmy się wszyscy. Jazda była bardzo wygodna i przyjemna gdyby nie fakt, że z plecaka jednego z leśników wystawała dubeltówka, która kołyszac się celowała raz w moją, raz w Tomka głowę. Leśnicy wysadzili nas w miejscu, w którym powinien znajdować się szlak. I tak zaczęliśmy naszą wędrówkę po kolejnym paśmie górskim. Różniło się ono znacznie od Pirinu. Przede wszystkim, we wschodniej części, gdzie się znajdowaliśmy nie było w ogóle ludzi. Góry przypominały olbrzymie Bieszczady, w których połoniny ciągną się dalej niż sięga wzrok. Chodzenie po tych górach było bardzo przyjemne – brak skał, sama trawa, przyjemne i obłe szczyty, a przede wszystkim niesamowite przestrzenie. Wielkie trawiaste pastwiska na których rządziły widziane przez nas z daleka stada koni. Cały dzień szliśmy i szliśmy po wielkiej trawiastej połoninie. Biwak rozbiliśmy na godzinę przed zachodem Słońca. W sam raz aby w momencie, kiedy słońce schowa się za horyzontem spokojnie sobie leżeć w ciepłym śpiworze. Tego dnia wpadliśmy na pomysł, aby z kijków trekingowych zrobić maszt i powiesić naszą flagę nad obozem.
Ranek znów spędziliśmy przed namiotami trzęsąc się z zimna i czekając aż słońce wyjrzy znad gór. Śmialiśmy się, że jeszcze kilka takich poranków i ponownie ożyje kult Słońca od którego zależy tak wiele. Tym razem znów po kilku chwilach od pojawiania się słońca temperatura bardzo gwałtownie skoczyła w górę. Kolejny dzień ciągłej wędrówki poprzez olbrzymie połoniny urozmaicony pięknymi widokami, miedzy innymi na pasmo gór Pirin. Atrakcją dnia była wizyta w obrzydliwym schronisku, w którym tradycyjnie kupiliśmy sobie piwo Pirin. Po południu doszliśmy na bardzo płaski szczyt niedaleko rozwidlenia szlaków w kierunku najwyższego szczytu Riły, Bułgarii i całych Bałkanów – Musały 2925mnpm i w kierunku Riłskiego Monastyru. Chcieliśmy iść na szczyt, później wrócić i iść dalej w kierunku słynnego monastyru, ale nie byliśmy pewni co do czasów dotarcia na szczyt, więc zdecydowaliśmy się na nocleg na samym szczycie góry – prognozy nie mówiły o deszczach ani burzy tego dnia, więc spaliśmy spokojnie. Tego wieczora zdecydowaliśmy się także na rozdzielenie się. Kasia i Marek powoli musieli wracać do Polski, a Monika, Tomek i Kamil mieli jeszcze czas, więc szli dalej. Ostatni wieczór minął na przepakowywaniu wspólnego jedzenia i sprzętu, ostatecznym rozliczaniu się wspominaniu. Postanowiliśmy, że Ci którzy będą na siłach wstaną w nocy, aby wejść na szczyt przed wschodem słońca. Na oko droga wyglądała na 1,5h, ale nie chcieliśmy ryzykować, więc budziki nastawiliśmy na 3.40 i po wyjątkowo zimnej i krótkiej nocy Monika, Tomek, Kamil i ja poszliśmy na szczyt pozostawiając słodko śpiących Kasie i Marka w ciepłych namiotach. Noc była bardzo jasna, gdyż księżyc był prawie w pełni, a dodatkowo niebo rozświetlało kolorowe halo (zjawisko świecenia kryształków lodu w powietrzu i postaci okręgu wokół słońca lub księżyca) wokół księżyca. Na szczyt dotarliśmy około 5 – na 50 min przed wschodem słońca. Z pewnością zamarzlibyśmy na szczycie gdyby nie to, że ujadanie psów obudziło śpiących naukowców w stacji meteorologicznej. Zostaliśmy poczęstowani gorąca herbatą (a raczej czymś co w Bułgarii przypomina herbatę, ponieważ pije się tam słodka wodę zabarwioną na herbaciano). Na sam koniec mojej podróży dane mi było oglądać wschód słońca na najwyższej górze całych Bałkanów! Był to fantastyczny spektakl barw, które na wszelkie odcienie najpierw czerwonego, później pomarańczowego rozświetlały otaczające szczyt chmury. Po tym niesamowitym widowisku wróciliśmy naszą górę przepędzając ze szlaku całe stada kozic, które były wyraźnie zdziwione pojawieniem się kogokolwiek o tak wczesnej porze. Po dojściu na nasz szczyt, zwinęliśmy biwak i po długich pożegnaniach ruszyliśmy w dwie strony – jedni do Riłskiego Monastyru a ja z Kasią i Markiem do Borovca i dalej jakimś sposobem do domu…
Znów przez Musałę poszliśmy w stronę kolejki górskiej, która zwiozła nas do samego Borovca. Tam podzieliliśmy się na autostopowe grupy, podzieliliśmy mapami i ruszyliśmy stopem do domu. Marek przez Rumunię, Węgry, Słowację i Czechy wrócił do Poznania po nie całych dwóch dniach. Jego podróż do domu to osobna opowieść. Ja z Kasią przez Sofję, Serbię, Węgry i Słowację dotarliśmy do domu po 2,5 dnia. Bułgarie i Serbię przejechaliśmy stopem natomiast Węgry i Słowacje pociągiem. Monika, Tomek i Kamil doszli do Riłskiego monastyru po czym przez Rumunię dojechali pociągiem na Ukrainę, gdzie w Stryju zatrzymali się na kilka dni i po pięciu dniach po nas wrócili do Poznania.
Tak skończyła się moja i Kamila ponad półtoramiesięczna podróż po Bałkanach. Były to najwspanialsze chwile jakie przeżyłem w podróży. Poznaliśmy mnóstwo wspaniałych ludzi, wiedzieliśmy przepiękne góry i miasta, mieliśmy dziesiątki niezwykłych przygód, o których nie wspomniałem w relacji ponieważ wtedy powstałaby sporej grubości książka… Moment kiedy zdecydowaliśmy, że wracamy był najgorszy na całej wyprawie. Zdając sobie sprawę, że powrócę do miasta, gdzie znów każdy dzień będzie podobny do poprzedniego i nie będzie już towarzyszącej nam od miesiąca niepewności, gdzie spędzimy noc oraz gdzie poprowadzi nas los za kila dni, poczułem nagły smutek. Jednak po kilku chwilach zdałem sobie sprawę, że to tak na prawdę dopiero początek następnego etapu przygody, jaką jest całe życie.
Kategoria: 2006 Bałkany, Bułgaria | Komentarze (0)