Data: wtorek, 9 Grudzień 2008 autor: Alicja
Jazda autobusem była wesoła – niesłychany gruchot, spóźnił się 3 godziny i zamiast 12h jechaliśmy 14,5
Poza tym kierowcy byli nieco narwani, ale było wesoło i dotarliśmy do Fezu. Olbrzymia starówka jednak nie robi tak wielkiego wrażenia, poza tym popsuła się pogoda – trochę pada.
Tak jak się spodziewaliśmy, dziś rynsztokami spłynęła barania krew. Każdy w domu oprawia barana, głowy i nogi (racice?) pali się w zbiorowych ogniskach, a skóry leżą koło drzwi – wszyscy zaaferowani chodzą po ulicach z reklamówkami ociekającymi krwią, które są pełne mięcha. Mężczyźni z dumą chodzą z czerwonymi nożami i tasakami. Najwięcej radochy maja dzieci – odpiłowują rogi ze spalonych czaszek. Co kraj to obyczaj – u nas biegają ze święconką:)
Jeśli się uda to jutro znów pożyczymy samochód na 2-3 dni i objedziemy widokowe trasy na północ.
Generalnie północ kraju jest zupełnie inna – bardziej europejska (poza średniowieczną starówką Fezu) - ludzie w strojach ludowych to rzadkość, widoki tez bardziej znane z naszych okolic…
Pozdrowienia
Kategoria: 2008 Maroko, Maroko | Komentarze (2)



















































