2006 Bałkany | MDtravel - Part 2
Friday, 3 September 2010.

Data: czwartek, 24 Sierpień 2006 autor: admin

Macedonia niedawno zniosła opłaty za wizy dla obywateli obcych państw, w tym Polski (wcześniej opłata wynosiła 50$), więc jest to dobra okazja aby odwiedzić ten maleńki kraj. Można spotkać się z opiniami, że warte odwiedzenia są tylko Ochryda i ewentualnie Skopie. Nie do końca jest to prawda ponieważ owszem wspomniane miejsca warte są odwiedzenia, jednak kraj ma do zaoferowania znacznie więcej – przede wszystkim wspaniałe góry oraz gościnność i życzliwość mieszkańców oraz przepiękne widoki. Pod koniec sierpnia, kiedy w sadach dojrzewają owoce praktycznie nie trzeba wydawać pieniędzy na jedzenie.

Przewodnik

Jedynym przewodnikiem w języku polskim jest “Bałkany…” wyd. Bezdroża 2005. Niestety dla Macedonii zarezerwowane w nim jest niewiele miejsca i jest on zdecydowanie niewystarczający jeśli chodzi o informacje praktyczne. Część opisowa historyczno -krajoznawcza ciekawa, ale tez niewielka. Nie to jest celem praktycznego przewodnika. Plusikiem na korzyść przewodnika jest fakt, że jest trochę napisane o górach i wycieczkach górskich

Język

Oficjalnym językiem jest macedoński, który jest językiem słowiańskim, więc po opanowaniu kilku podstawowych słów i zwrotów jesteśmy w stanie bezproblemowo się porozumieć. Wśród młodych ludzi z powodzeniem porozumiewaliśmy się po angielsku. Generalnie nie jest to duży problem dla podróżnika.

Pieniadze

Walutą w Macedonii jest denar macedoński. Jego kurs jest dość stabilny i w przybliżeniu wynosi 1PLN = 15 MKD. Z wymianą waluty nie ma problemów (kantory), można płacić w euro, ale należy uważać i nie dać się oszukać na zafałszowanym kursie. Bankomaty znajdują się we większych miastach i są dość popularne. Obsługują wszystkie podstawowe typy kart płatniczych. Muszę dodać, że macedońskie banknoty są najładniejszymi banknotami jakie do tej pory widziałem. Są przepiękne.

Noclegi

Ze względu na mały ruch turystyczny (drogie wizy) nie istnieje rozwiniętą baza noclegowa poza najbardziej rozwiniętą turystycznie miejscowością czyli Ochrydą. Tam proponowano nam nocleg już za 5 euro. Wokół jeziora Ochrydzkiego znajdują się liczne autocampingi, gdzie można wynająć domek (wszystkie znajdują się niedaleko plaż nad jeziorem), lecz my mieliśmy problem z rozbiciem namiotu – tłumaczono nam, że możemy spać tylko w domkach. W górach bez problemów można spać na dziko lub w schroniskach (trzy w PN Pelister i jedno w Jakupicy) Ceny dla obcokrajowców wynosiły 400 MKD/os/noc (miejscowi 250MKD) warunki turystyczne. W Skopie jest schronisko młodzieżowe, ale ze schroniskiem wspólne ma tylko nazwę. Nocleg za 1 osobę w pokoju wieloosobowym po zniżce 1000MKD. To było jakieś nieporozumienie. W stolicy nie spaliśmy. Oprócz tego nie mieliśmy problemów z rozbijaniem namiotu przy gospodarstwach na wsiach.

Kolej

Sieć kolejowa nie jest najlepiej rozwinięta. My korzystaliśmy tylko dwa razy, na trasie z Bitoli do Bogomiły i z Bogomiły do Skopie (Bogomiła to stacja w połowie drogi pomiędzy Bitola a Skopie. Najlepsze miejsce wypadowe w góry Jakupica). Na tej trasie kursują 4 pociągi dziennie. (wcześnie rano, w południe, po południu i wieczorem). Ceny niewysokie (ok. 80 MKD za każdy odcinek ze zniżką na kartę euro 26) Zniżki można otrzymać bezproblemowo – okienka w kasach są oklejone logo organizacji. Pociągi standardu podobnego do tego jak w Polsce. Jeżdżą punktualnie.

Autostop

Ten typ podróżowania jest trudny w Macedonii ze względu na to, iż jest bardzo mało samochodów, a te które jadą są maleńkie (zatrzęsienie samochodów Daewoo Tico, Matiz…) albo stare i małe (Zastava 4). Jechaliśmy kilka razy, ale zawsze okupiliśmy to długim oczekiwaniem na okazję.

Autobusy

Korzystaliśmy dwa razy – na trasie Skopie Kumanovo (70MKD). Standard wysoki. Dworzec autobusowy w Skopie jest bardzo nowoczesny, napisy w języku angielskim. Drugi raz jechaliśmy gdzieś między górami Galicica, a Pelister – kierowca wziął nas za darmo. Generalnie dość częste i szybkie połączenia zarówno krajowe jak i międzynarodowe (do Sofii, Tirany, Istambułu oraz Europy Zachodniej)

Góry

Największy problem z górami to totalny brak map turystycznych i topograficznych. Dokładnych map do turystyki górskiej nie można dostać ani w Polsce, ani na miejscu. Trzeba chodzić “na czuja” lub jeśli ewentualnie znajdzie się szlak i dowie (np. od miejscowych) dokąd prowadzi to można iść… Drugim problemem są pozwolenia. Góry Galicica i rejon Koraba są w strefie nadgranicznej i trzeba mieć specjalne pozwolenia na przebywanie w tym rejonie. Sprawę załatwia się wysyłając fax do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Republiki Macedonii w języku angielskim z prośbą o udzielenie zgody na przebywanie w strefie nadgranicznej w dniach… dane personalne osób i koniec. To nic nie kosztuje. Po miesiącu przychodzi e-mail od Ministerstwa, że wszystko jest w porządku i że wszystkie patrole straży granicznej oraz policji będą wiedziały, że możemy się tam poruszać, nie trzeba się zgłaszać po żaden dokument. Wydruk tego e-maila wystarczy. My pozwolenie mieliśmy, jednak na Korab nie wchodziliśmy, ale za to byliśmy bez pozwolenia w Galicicy. Nikt nas nie ścigał, ale teoretycznie nie wolno. Są tablice, e wstęp tylko dla osób z pozwoleństwami… Sporo informacji o macedońskich górach na summitpost.org

Galicica

Góry i Park Narodowy Galicica. Przepięknie położone pomiędzy jeziorami Prespa i Ochrydzkim. Aby po nich chodzić potrzeba specjalnego pozwolenia, o którym wyżej. Brak mapy turystycznej. Najlepszą opcją dotarcia do tego parku narodowego jest udanie się wzdłuż jeziora Ochrydzkiego z Ochrydy w kierunku przejścia granicznego z Albanią i odbicie na wschód serpentynami na punkt widokowy. Zaraz za punktem widokowym znajduje się rozległa polana, gdzie spaliśmy. Po górach można chodzić na czuja, ponieważ znajdują się powyżej granicy lasu. Są bardzo proste i ich głównym walorem jest fakt, iż widać z nich obydwa olbrzymie jeziora. Przy drodze wjazdowej do parku narodowego (na skrzyżowaniu, gdzie odchodzi wspomniana droga na punkt widokowy) znajduje się plan z zaznaczonymi szlakami, jednak nie mają one żadnego pokrycia w terenie. Sporym utrudnieniem są nisko zawieszone chmury, które często nawiedzają okolice ze względu na bliskość dwóch ciepłych jezior. Z Ochrydy są organizowane wycieczki trekkingowe do tego parku narodowego. Plakat z reklamówką widzieliśmy w twierdzy nad Ochrydą.

Pelister

Park Narodowy Pelister. Góry Baba. Najbardziej cywilizowane góry w Macedonii (istnieją szlaki i schroniska, ale map turystycznych nadal brak). Sporo informacji można znaleźć na summitpost.org. Bez wątpienia najpopularniejsze góry. Najwyższy szczyt Pelister 2601 m. npm. Na szczycie znajduje się stacja antenowa, do której można dojechać samochodem. Na temat tych gór wszystko napisane jest na http://www.summitpost.org/mountain/rock/153092/pelister.html i http://www.summitpost.org/mountain/rock/154931/baba.html

Jakupica

Góry Jakupica i szczyt Solunska Glawa. http://www.summitpost.org/mountain/rock/153051/solunska-glava.html W tym linku także wszystko napisano. Do tego masywu jest bardzo wygodny dojazd, ponieważ do wsi Bogomiła jest bardzo dobry dojazd pociągiem (ze Skopię, bądź Bitoli). Góry przepiękne widokowo, podobno z najwyższego szczytu, przy dobrej pogodzie widać całą Macedonię. W górach jest schronisko, ale oprócz tego bazy noclegowej w okolicy brak. Podobno przy cerkwi można się rozbić za niewielką opłatą. My spaliśmy w lesie.

Kategoria: 2006 Bałkany, Macedonia | Komentarze (0)

Data: niedziela, 20 Sierpień 2006 autor: admin


Pokaż MDtravel na większej mapie

2006.08 Albania

Kategoria: 2006 Bałkany, Albania | Komentarze (0)

Data: niedziela, 20 Sierpień 2006 autor: admin

Stojąc na drodze wylotowej z czarnogórskiej miejscowości Ulicij, próbowaliśmy złapać stopa do Albanii. Niewielki ruch i zbliżający się wieczór spowodował pogorszenie nastrojów. W końcu na dziś byliśmy umówieni ze znajomymi w Shengjin od którego dzieliło nas jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Czekając na okazję myślałem o Albanii. Podświadomie trochę bałem się tego nieznanego, niekiedy traktowanego jako “europejska egzotyka” kraju. Zupełnie nie wiedziałem czego się po nim spodziewać. O Albanii wiedziałem tyle, ile napisał o niej Stasiuk w “Jadąc do Babadag”.

W końcu zatrzymał się mercedes na albańskich numerach. Wysiadł facet w średnim wieku i powiedział po serbsku, że jedzie do Szkodry i za 20 euro możemy jechać z nim. Chwila targowania się i ustaliliśmy, że jedziemy za 10 euro. Okazało się, że za te pieniądze dostaliśmy znacznie więcej niż podwózkę. Jechaliśmy z taksówkarzem, który mieszka w Szkodrze, a pracuje w Czarnogórze, bo tam można lepiej zarobić. Musiał być znany, bo prawie wszyscy mijani kierowcy trąbili i do niego machali, a w każdej mijanej wiosce zatrzymywał się i z kimś rozmawiał. Jego sława przydała się na granicy ( przejście Subotin), przed którą na wjazd do Albanii oczekiwało kilkadziesiąt samochodów. Nasz kierowca po prostu ominął kolejkę, podjechał do szlabanu, wziął paszporty, wyszedł na 3 minuty do budki strażników granicznych, oddał nasze dokumenty z albańskimi stemplami i z uśmiechem na ustach powiedział: “Welcome to Albania”. Już pierwsze mijane wioski świadczyły, że znaleźliśmy się w kraju, który pod wieloma względami odbiega od standardów, do jakich przyzwyczaiły nas inne europejskie państwa. Nie da się ukryć głębokich kontrastów istniejących w Albanii. Jadąc klimatyzowanym mercedesem mijaliśmy wozy zaprzęgnięte w osły, bardzo ubogie domostwa oraz sforę psów, która na boisku piłkarskim pożerała jakąś padlinę…

Dość przygnębiające widoki i coraz szybciej zapadający zmrok za oknem powodował pewne uczucie niepewności, szczególnie, że nie mieliśmy żadnego pomysłu na nocleg. Zapytaliśmy naszego kierowcę, czy zna coś przede wszystkim taniego, gdzie możemy się przespać. Bez chwili wahania odpowiedział: “Stary Grad” ucieszyliśmy się , że w tak dużym mieście uda nam się przespać za niewielkie pieniądze. Tuż przed samą Szkodrą kierowca pokazał ręką wysokie wzgórze, na którym mieściły się ruiny twierdzy i powiedział: “Stary Grad!”. Trochę mnie zatkało, bo była to słynna Twierdza Rozafa – najsłynniejszy zabytek Szkodry. W przewodniku (“Albania”, Tibor Dienes, wyd. “Piątek trzynastego”) nic nie było napisane o możliwości noclegu w zamku. Niedowierzając, chciałem się upewnić, czy aby na pewno tam można spać. W odpowiedzi usłyszałem, że w Albanii można bez problemu rozbijać się na państwowej ziemi, a zamek należy do państwa, więc tam też można i że mam się nie obawiać bo tam zawsze śpi mnóstwo obcokrajowców, których sam tam czasem wozi. Uspokoiło mnie to trochę. Ale tylko trochę. Po 10 minutach byliśmy pod bramą Twierdzy. Rozliczenie, pożegnanie i taksówkarz zniknął za pierwszą serpentyną dojazdu na wzgórze.

Wejście do zamku było płatne (200 leke od obcokrajowca), ale nigdzie informacji o noclegach. Bileter mówił tylko po albańsku, którego my nie zupełnie nie rozumieliśmy, więc od niego tez się niczego nie dowiedzieliśmy. Nawet język migowy zawiódł. Weszliśmy do zamku jako zwykli turyści. Okazało się, że jest tam knajpka, która jednak właśnie się zamykała. Oprócz nas nie było tam nikogo. Zrobiło się już zupełnie ciemno, więc podziwiając wspaniały widok na nocna Szkodrę zjedliśmy obiad i położyliśmy się spać w śpiworach na najwyższej baszcie zamku. Jednak wiatr nie pozwalał zasnąć, więc rozbiliśmy namiot na samym środku trawiastego dziedzińca. Byliśmy w Albanii zaledwie 2 godziny, a już spotkały na przygody, których w życiu byśmy się nie spodziewali. Jeszcze tylko sms do Jacka, że nad morze dojedziemy następnego dnia w południe i poszliśmy spać. Dopiero w domu potwierdziłem wiadomość, że to miejsce jest bardzo popularne wśród turystów i spanie na dziko w tej twierdzy nie należy do rzadkości. Jedynym utrudnieniem, o którym trzeba pamiętać może być brak wody, której zapas mięliśmy w butelkach. Rankiem obudziły nas głosy pierwszych turystów, którzy widząc nas wychodzących zaspanych z namiotu robili dość dziwne miny i przyspieszali kroku. Zjedliśmy śniadanie i wyszliśmy jak gdyby nigdy nic. Plan na dziś to przedostanie się do Shengjin, wymiana waluty i ustalenie z Jackiem planu zwiedzania Albanii.

Szkodra jest pierwszym miastem, do którego trafiają turyści przyjeżdżający od północnej strony. Przeważnie jest tak, że pierwsze wrażenie odgrywa znacząca role w postrzeganiu danego regionu, bądź nawet państwa. Szkodra sprawia, że pierwsze wrażenie jest wręcz fatalne. Miasto jest obrzydliwe, śmierdzące i generalnie nie ma za wiele w nim do oglądania. Brak asfaltu na połowie ulic (nie wspominając o chodnikach), wszechobecne dziury, rozsypujące się budynki (w niektórych czasem ciężko odróżnić, czy budynek jest niedokończony, czy się sypie), śmieci walające się wszędzie nie świadczą dobrze o mieście. Byliśmy w takich warunkach po raz pierwszy, więc doznaliśmy małego szoku. Jednak jak to zazwyczaj bywa w takich miejscach, mieszkańcy okazali się wspaniali. Widząc dwie osoby z plecakami na grzbietach pytali “what can I halp you?” lub “it’s OK.?”. Zazwyczaj umieli tylko tyle powiedzieć, ale ich uśmiech potwierdzał dobre zamiary. Kierowaliśmy się w stronę centrum, aby znaleźć kantor. Napotkani ludzie nie za bardzo potrafili pomóc. Gdy minęliśmy “targ rybny” (czyli ryby leżące na poboczu, które były bardzo chętnie kupowane przez kobiety uwijające się pomiędzy nimi) z kawiarni mieszczącej się niedaleko usłyszeliśmy: “Hallo Americans! What are you doing in Albania?” Facet znał angielski całkiem nieźle, więc powiedzieliśmy mu o zamiarze wymiany pieniędzy. Facet gwizdnął przeciągle i ze sklepu mięsnego z drugiej strony ulicy przybiegł młody chłopak ze zwitkiem banknotów. Na szczęście wiedziałem ile powinniśmy dostać za 100$ i jak wyglądają albańskie banknoty. 9500 leke było sumą która nas satysfakcjonowała. I tak oto na kawiarnianym stole wymieniliśmy pieniądze u sprzedawcy z mięsnego. Gdy zapytaliśmy o transport do miejscowość Lheze facet znów gwizdnął i zatrzymał się busik – po krótkiej wymianie zdań, usłyszeliśmy “OK.! Go with him”. Nie zdążyliśmy podziękować I już siedzieliśmy w zdezelowanym busie (Szkodra – Lheze 200 leke/os). Mieliśmy jeszcze przez chwilę okazje obserwować ohydną Szkodrę, a potem krajobraz nizin nadmorskich północnej Albanii. Równina z majaczącymi na wschodzie górami porośnięta była suchą roślinnością oraz sporadycznie występującymi drzewami. Do naszego busa dosiadały się różne osoby w tym kobiety w strojach ludowych. Pędząc po jedynej nie dziurawej drodze (Szkodra – Tirana w dobrym stanie) po chwili byliśmy w mieście gdzie znajduje się mauzoleum Skanderbega – bohatera narodowego Albanii. Szybko przesiedliśmy się na wskazany autobus (40 leke), wypełniony po brzegi ludźmi ze sprzętem plażowym. Po kilkudziesięciu minutach byliśmy w knajpie na plaży w Shengjin i popijaliśmy piwo Tirana. W sms opisaliśmy knajpę i czekaliśmy na Jacka. Przyszedł ze swoją córka Julka i jej koleżanka Owcą po naszych trzech piwach. Uściskom nie było końca i przez plażę poszliśmy do hotelu, w którym oni czekali już dwa dni. Po drodze mięliśmy okazje rozejrzeć się po “popularnym kurorcie”, jak Shengjin zostało nazwane w przewodniku. Syfowi nie było końca. Plaża brudna, budynki odrapane (tylko hotele miały bardzo wysoki standard), osły pasą się wszędzie… W Shengjin zobaczyliśmy bunkry, z których Albania słynie – były wszędzie – na plaży, przy drogach, na podwórkach… Ceny hoteli od 20 do 25 euro za 3 osobowy pokój. Innej opcji nie ma. Jeśli jesteś sam – płacisz za trzech. Zamieszkaliśmy w hotelu “Boga”. Okropny upał, smród rozkładających się śmieci na ulicy, a z drugiej strony klimatyzacja hotelowa sprzyjała zostaniu w pokoju. Zjedliśmy obiad złożony ze świeżych owoców oraz popiliśmy to albańskim winem, które sprawiło, że nie dałem rady pójść z innymi na plażę. Dla mnie dzień skończył się o 17… Reszta plażowała do wieczora.

Kategoria: 2006 Bałkany, Albania | Komentarze (0)

Data: niedziela, 20 Sierpień 2006 autor: admin

Rankiem z niewielkim bólem głowy wstałem przed wszystkimi i zacząłem analizować mapę oraz przewodnik. Do wyboru mieliśmy dwie opcje: dzikie góry Północnoalbańskie, o których wiedzieliśmy niewiele, lub zwiedzanie zabytków na południu. Jako, że głównym celem naszej wyprawy było chodzenie po górach, zdecydowaliśmy się na jazdę do Theth. Bus do Lheze (100 leke), tam zwiedzanie centrum, dalej do Szkodry (bus 200 leke), gdzie zrobiliśmy spore zapasy żywności i dalej busem do Koplik (100 leke). Po drodze udało nam się zwiedzić mauzoleum Skanderbega, które jednak nie jest zbyt interesujące oraz zobaczyć jak wygląda “punkt wymiany walut”. Na jednej z ulic stało kilkudziesięciu facetów z grubymi plikami banknotów. Stali i przeliczali banknoty zwykle o nominałach 1000 leke. Jako, że jest to biznes nie do końca legalny, tylko wzrokiem zachęcali do wymiany. Co jakiś czas przychodziły różne osoby bez większych targów wymieniały twardą walutę… Temu wszystkiemu przyglądał się policjant, którego Kamilowi udało się uchwycić prawdopodobnie w momencie przekazywania jego “prowizji”. Albański klimat w pełni.Naszą wizytę w górach Północnoalbańskich opisałem w osobnym artykule, więc ograniczę się do jego przytoczenia…

Z ciężarówki wysiedliśmy w centrum miasteczka. Z ponad stołów, na których stały filiżanki porannej kawy i rakija, spoglądali na nas miejscowi. Doskonale wiedzieli po co przyjechaliśmy. Zagraniczni turyści przyjeżdżają tu tylko po to, aby wynająć ciężarówkę i jechać dalej, w góry. Po kilkunastu minutach już opuszczaliśmy Koplik. Siedząc na workach mąki i skrzyniach z papryką, jechaliśmy z zaopatrzeniem dla wsi Theth. Najlepszego miejsca wypadowego w albańską część Gór Przeklętych, jak można przetłumaczyć ich słowiańska nazwę Prokletije.

Przejechanie 40 kilometrów zajęło nam ok. 3h. Z poziomu jeziora Szkoderskiego (prawie na poziomie morza), poprzez przełęcz na wysokości 1600 m n.p.m., tysiąc metrów w dół na dno doliny, gdzie położona jest wioska, w której niewiele zmieniło się od czasów, kiedy Turcy próbowali podporządkować sobie te ziemie w XV w. Przyjechaliśmy w góry, o których na stronach polskiego MSZ napisane jest, iż są “szczególnie niebezpieczne”, a jedyną ich mapę wykonali jugosłowiańscy wojskowi kilkadziesiąt lat temu. Jednak przywitała nas nieopisana życzliwość ludzi, dla których strojem codziennym jest tradycyjny ubiór ludowy oraz wspaniała i dzika przyroda, która tam wciąż wygrywa walkę o przetrwanie z cywilizacją.

Wysadzono nas przy ruinach, które kiedyś były hotelem wybudowanym specjalnie dla komunistycznego dyktatora Envera Hodży, a teraz służy za stajnie. Tuż przy nich znajduje się jeden z dwóch we wsi sklepów, którego właściciel prowadzi także kamping. Nie mieliśmy innych informacji o noclegach, wiec postanowiliśmy przenocować właśnie tam. Sklepikarz zanim sprzedał nam cokolwiek, przedstawił nam swoją żonę i dwie córki. Niestety jedynym językiem jaki znał był albański. Wiadomość o naszym przybyciu szybko się rozniosła, gdyż zanim się rozbiliśmy przyszedł policjant, który spisał nasze dane z paszportów do księgi meldunkowej. Przyszła też jedyna kobieta we wsi, która znała angielski na tyle dobrze, aby powiedzieć nam, że kilka dni temu tez był ktoś z Polski i mamy się czuć jak u siebie w domu. Resztę popołudnia spędziliśmy na opowieściach z podróży, gdyż Jacek, Julka i Owca do Albanii przyjechali z Bułgarii przez Macedonię, a ja z Kamilem przez Bośnie i Hercegowinę i Czarnogórę.

Po nocy pełnej opowieści postanowiliśmy pójść na rekonesans. Wskazaną nam drogą, nieoznaczonymi ścieżkami, przez zdziczałe sady doszliśmy do wielkiej polany, na której stało kilkanaście namiotów i kilka samochodów terenowych. Polana z trzech stron otoczona była wysokimi na 1000 m. pionowymi ścianami, które kończyły się skalistymi, postrzępionymi szczytami. Grupą w namiotach byli węgierscy speleologowie, którzy właśnie wynajmowali osły i konie do transportu ich sprzętu w wyższe partie gór.

Kategoria: 2006 Bałkany, Albania | Komentarze (0)

Data: niedziela, 20 Sierpień 2006 autor: admin

Mapa i kompas, jak również rady sklepikarki mówiły, aby iść ścieżką na północ. Łatwo powiedzieć, ale kiedy ścieżka dziesiątki razy rozwidla się i znów schodzi o pogubienie się nie jest trudno. To zresztą nie był największy problem. Zastanawialiśmy się jak możliwe jest podejście pod, zdawałoby się, idealnie pionową ścianę, która zamykała dolinę! Staraliśmy się odnaleźć dobrą drogę, ale zabłądziliśmy i poszliśmy w górę koryta okresowej rzeki, która wzbiera tylko w czasie roztopów. Niestety ta dolina także kończyła się ścianą tylko dla alpinistów ze sprzętem. Powracając rozglądaliśmy się uważnie i na owej płaskiej ścianie znaleźliśmy kilka poruszających się punkcików, którymi okazali się być “jaskiniowcy” wnoszący swój sprzęt. Na szczęście i my znaleźliśmy ścieżkę i po mozolnej wspinaczce w wykańczającym upale weszliśmy na przełęcz, skąd roztaczał się niezwykły widok na dolinę Theth i najwyższe szczyty Gór Przeklętych. Zeszliśmy do jeziora, gdzie odpoczęliśmy i wykąpaliśmy się. Dzień miał być relaksem, więc poleniuchowaliśmy napawając się widokiem ostrych i skalistych szczytów i innych cudów, jakie natura zbudowała z białego jak śnieg wapienia. Krajobraz byłby wybitnie górski, gdyby nie… bunkry! Tak, w tej części gór roi się od pozostałości chorej idei obrony albańskiego komunizmu, przez imperialistycznym Zachodem i socjalimperialistycznym Wschodem. Według różnych źródeł w Albanii za czasów dyktatury Hodży wybudowano od pół miliona do 750 tys. mniejszych i większych bunkrów, które miały zapewnić bezpieczeństwo dostanie żyjącemu narodowi albańskiemu. Ponieważ przełęcz, na której się znajdowaliśmy i dolina Theth była najłatwiejszą drogą, aby dostać się do Albanii z północy (z terenów dzisiejszej Czarnogóry przez dolinę Ropojana), obie były bardzo silnie ufortyfikowane.

Po wypoczynku zeszliśmy tą samą drogą, którą weszliśmy, ale do naszych namiotów przeszliśmy przez główną część wsi Theth. Zauroczyło nas to, że wszystkim mijanym przez nas pasterzom nie wystarczyła krótka wymiana pozdrowień. Obowiązkowo trzeba było uścisnąć dłonie każdemu z osobna. Bardzo żałowaliśmy, że ich nie rozumieliśmy, ale ich szczere uśmiechy, zdawały się życzyć nam wszystkiego dobrego. Wygląd albańskich pasterzy nieco odbiega od naszych baców. Wszyscy mijani przez nas ubrani byli w znoszone lecz zadbane garnitury, buty, które kiedyś za pewne były w komplecie do tych garniturów, a także co najdziwniejsze – bez względu na pogodę mieli ze sobą parasol. Zdecydowana większość z nich miała ze sobą strzelby myśliwskie lub inne samopały przewieszone przez plecy. Z kolei kobiety ubierały się w skromnie ozdabiane granatowe suknie z białymi obszyciami. W odróżnieniu od większej części mieszkańców Albanii, byli oni katolikami, którzy ze względu na swoje naturalne odosobnienie, oparli się islamizacji i zachowali tradycyjną wiarę Albańczyków. Domy wybudowane były w większości z tego samego materiału co góry, po obydwu stronach szerokiego koryta rzeki. Wyraźnym powiewem nowoczesności w wiosce był fakt, ze przez co drugim domem stał samochód terenowy, jedyny pojazd, który jest w stanie dotrzeć do najbliższego asfaltu i wrócić z powrotem. Idąc wzdłuż rzeki szukaliśmy jedynego we wsi mostu, którym okazała się drewniana kładka, po której samochodami mogą przejechać tylko mistrzowie kierownicy. Tego dnia postanowiliśmy zamówić kolacje u naszego gospodarza. Po dość długim oczekiwaniu dostaliśmy duży kawałek owczego sera, miskę soczewicy w sosie pomidorowym, sałatkę z pomidorów i papryki i biały chleb.

Następnego dnia niestety rozdzieliliśmy się i Jacek z dziewczynami pojechał do Czarnogóry, a ja z Kamilem zdecydowaliśmy się pójść na przełęcz i spróbować zdobyć kilka szczytów w tych niesamowitych górach. Po drodze na przełęcz miało miejsce wydarzenie, przed którym ostrzegano nas kilkukrotnie – zarówno w kraju, jak i już podczas podróży, kiedy mówiliśmy, że chcemy jechać w Góry Północnoalbańskie. Idąc w górę usłyszeliśmy strzały. Najpierw krótkie, pojedyncze, a potem całymi seriami, wystrzeliwane bardzo blisko nas najprawdopodobniej w powietrze. Nie były to wiwaty z wiatrówki lecz wystrzały z karabinu maszynowego, którego echa roznosiły się po całej dolinie. Z trochę bledszymi twarzami wspinaliśmy się coraz wyżej, aż zauważyliśmy trójkę młodych budzi, którzy beztrosko strzelali sobie z AK-47 do uschłego drzewa. Mówili po angielsku, więc dowiedzieliśmy się, że są studentami z Tirany, którzy przyjechali w odwiedziny do wujka. Wujek, jak każdy góral, ma mały arsenał w domu, więc strzelają sobie z nudów. Sądząc z ilości łusek na około nudzili się bardzo, a widząc ilość kartoników z nowymi nabojami, myślę, że mogli się jeszcze nudzić co najmniej kilka godzin. Zrobiliśmy sesję zdjęciową z karabinem, ale strzelać jakoś się nam nie chciało… Na przełęczy mieliśmy kolejne niesamowite spotkanie. Natknęliśmy się na schodzącą, wspomniana wcześniej piątkę Polaków, którymi okazali się dwaj misjonarze pracujący w Albanii i trzy wolontariuszki, które były na wakacjach. Po krótkiej wymianie informacji poszliśmy dalej. Byliśmy bogatsi o wiedzę, jak dojść do najwyższego szczytu – Maja Jezerce (2695 m n.p.m.), a także, że tylko jeden z ich piątki był na tyle odważny, aby wejść na szczyt. Informacje te pokrywały się z tymi, które znalazłem w Internecie o tym terenie. Głównym problemem jest to, że skała jest bardzo krucha, oznaczeń szlaku praktycznie nie ma (są jakieś resztki starego szlaku prowadzącego od strony czarnogórskiej), jest z czego spadać, a pomocy w razie wypadku nie ma absolutnie żadnej. Namiot rozbiliśmy niedaleko pasterskiej bacówki, na polanie opisanej na mapie jako Buni i Gropaet, czego później trochę żałowaliśmy, gdyż musieliśmy ciągle uważać, aby nie zniszczyły go nam ciekawskie krowy, bądź galopujące dla zabawy źrebaki. Podejście w upale było na tyle wyczerpujące, że postanowiliśmy tylko rozejrzeć się po okolicznych wzgórzach. Jednak chodzenie po skalistych górach bez żadnego szlaku i z niedokładną mapą mają to do siebie, że szliśmy i na każdym szczycie mówiliśmy sobie, że jeszcze kawałek i zobaczymy co jest dalej. Widoki były niesamowite. Ta wycieczka pozwoliła nam wybrać najbardziej optymalną drogę w kierunku najwyższego szczytu – Maja Jezerce.

Kategoria: 2006 Bałkany, Albania | Komentarze (0)

Data: niedziela, 20 Sierpień 2006 autor: admin

Po spokojnej nocy wstaliśmy wcześnie i wyruszyliśmy na zdobycie najwyższej góry w tym paśmie. Droga nie była łatwa, gdyż cały czas szliśmy “na nos” i nie byliśmy pewni, czy za kilka kroków nie okaże się, że musimy zawracać, aby ominąć jakąś przepaść lub skałę. Nie obyło się także bez drobnej wspinaczki. Po kilku godzinach marszu znaleźliśmy Maja Jezerce, ale tylko Kamil zdecydował się iść na górę. Ja poczekałem na innym szczycie, bo nie chciałem niepotrzebnie ryzykować przechodząc przez skalne grzebienie i wspinać się bez żadnej asekuracji po kruchej jak szkolna kreda skale. Po dwóch godzinach Kamil był z powrotem. Cały zadowolony, opowiadał o tym, że w najgorszych momentach mówił do góry i prosił ją, aby pozwoliła mu na siebie wejść. Zeszliśmy do naszego namiotu znów inną drogą, tym razem z mniejszą ilością wspinaczki. Do namiotu doszliśmy wczesnym popołudniem, ale ponad 2000 m przewyższenia jakie zrobiliśmy tego dnia, sprawiło, że do wieczora leżeliśmy na trawie i patrzeliśmy jak nasi gospodarze szykują bacówkę i stado owiec do zejścia w doliny. Codziennie przyjeżdżali ludzie, którzy witani wystrzałami ze strzelb i charakterystycznym nawoływaniem ładowali dobytek górali na konie i następnego ranka schodzili ścieżką po “pionowej” ścianie do Theth.

Kolejnego dnia, wymęczeni upałem i koniecznością uzupełnienia zapasów jedzenia postanowiliśmy zejść do Theth. Trochę było nam szkoda, że nie pochodziliśmy więcej po tych szczytach, ale nie mieliśmy wystarczającej ilości informacji o trasach (początkowo zakładaliśmy, że w te góry pójdziemy od strony czarnogórskiej, więc nie sprawdziliśmy albańskich wariantów tras), a Węgrzy dysponowali tylko danymi w postaci śladów do GPS, którego nie mieliśmy. Rankiem zdecydowaliśmy się ich odwiedzić, a następnie ruszyć w dół. Do obozu Węgrów dotarliśmy w czasie ich śniadania. Mieli dość markotne miny, bo nie znaleźli jeszcze żadnej godnej eksploracji jaskini. Poszliśmy dalej w kierunku granicy z Czarnogórą z zamiarem obejrzenia słynnej doliny Ropojana. Granica dwóch państw oddzielona była wielkimi krzakami malin, które pałaszowaliśmy ponad godzinę. Do wieczora dotarliśmy do kampingu na którym spędziliśmy pierwsze dwie noce. Kamil stał się bohaterem, ponieważ powiedział, że stanął ma szczycie Maja Jezerce. Zrobił tym duże wrażenie na miejscowych, ponieważ ze względu na trudności i niebezpieczeństwa niewielu udaje się to osiągnięcie. Na kampingu spotkaliśmy nowoprzybyłą grupę studentów z Tirany, którzy pijąc hektolitry piwa, strzelali później do puszek ze swoich dwóch kałasznikowów. Byli bardzo sympatyczni, więc imprezowaliśmy z nimi cały wieczór.

Noc była kolejnym spektaklem sił natury. Burza, która przeszła nad górami była tak gwałtowna i głośna, że przez kilka godzin nie mogliśmy zasnąć. Już spędziłem kilka burz pod namiotem, ale jeszcze nigdy nie widziałem, jak piorun pozostaje na niebie kilka sekund, a w namiocie robi się widno prawie jak w dzień. Następnego ranka, lekko zmęczeni nieprzespaną nocą, wypiliśmy kawę w sklepie, pożegnaliśmy się z właścicielami i pojechaliśmy przeładowanym mercedesem znaną nam trasą w dół do Koplik. Wszystko byłby normalnie, gdyby nie przerwa w Boge, podczas której wszyscy, łącznie z kierowca, poszli do miejscowego sklepu na piwo.

Góry Północnoalbańskie zapiszą się w naszej pamięci, jako najdziksze w jakich byliśmy. Żadnych schronisk, znakowanych szlaków, dobrej mapy. Nie wiem czy w jakichkolwiek innych krajach Europy znajdują się góry, w których jeśli zobaczy się śmiecia to jest się zadowolony, bo najprawdopodobniej jest to znak, że ktoś tędy kiedyś szedł i najprawdopodobniej jest to dobra droga. Jeśli chodzi o wspomniane wcześniej bezpieczeństwo, to moje odczucie jest takie, że nigdzie indziej w Albanii nie czułem się bardziej bezpiecznie niż tam.

Kategoria: 2006 Bałkany, Albania | Komentarze (0)


Jak korzystać z bloga? Mapa Skąd brać mapy topograficzne???