Data: wtorek, 5 Wrzesień 2006 autor: admin
Do granicy macedońsko bułgarskiej (Gyueshevo) dojechaliśmy dość łatwo złapanym stopem z miejscowości Kriva Palanka. Całe przejście to kilka dość nowoczesnych budynków na których już są unijne gwiazdki, mimo, ze do wspólnoty Bułgaria wstąpi dopiero za kilka miesięcy. Żar lejący się z nieba oraz praktycznie żaden ruch samochodów sprawił, że ostatnie denary wydaliśmy na espresso w przygranicznym barze i usiedliśmy na ławeczkach wygrzewając się w słońcu. W końcu przeszliśmy do odprawy – znów to samo – dziwne spojrzenia na plecaki i nasze nieogolone twarze, pieczątka do paszportu, sprawdzanie plecaków przez celnika, wymiana pieniędzy i jesteśmy w Bułgarii! Po 1,5h czekania, czwarty przejeżdżający samochód zabrał nas do miejscowości Kyustendil. Miasto jest uzdrowiskiem z wodami termalnymi, które o tej porze roku pełne jest emerytów spacerujących po prawie pustych deptakach. Pierwsze nasze kroki skierowaliśmy do knajpki, aby napić się miejscowego piwa. Piwo Pirin smakuje wyśmienicie, szczególnie w tak upalny dzień. Po godzinie 17 poszliśmy na dworzec. Okazało się, że jest jeden wieczorny pociąg do Sofii, a następny jedzie dopiero rano. Zdecydowaliśmy się jechać rano, gdyż inaczej znaleźlibyśmy się w centrum dużego miasta około północy, bez szans na tani nocleg. Stwierdziliśmy że przeczekamy na dworcu – skoro pociąg był o 4.30 to bez sensu byłoby szukać noclegu w mieście. Poza tym liczyliśmy, że się wkradniemy do pociągu na bocznicy i spokojnie pośpimy w przedziale. Staliśmy się atrakcją nieco sennego dworca. Po godzinie znaliśmy już głównego dróżnika, który w naszym imieniu miał załatwić z zawiadowca stacji, żeby nas wpuścił do wagonu na bocznicy (tego, który miał jechać do Sofii), ale szef był nieubłagany. Nawet perspektywa drobnej “wzjatki” nie skutkowała. Nockę przeczekaliśmy w przydworcowej knajpie, w której popijaliśmy kawę, prawie kupiliśmy od dróżnika starego moskwicza i namiętnie oglądaliśmy bułgarskie MTV (jedyna stacja). Przy bułgarskich gwiazdach disco nawet Doda i Mandaryna mogą się schować. Oglądałem teledyski z ciekawością socjologa i nie raz pytałem się sam siebie na głos jak ludzie mogą oglądać sylikonowe piersi większe niż głowy, sylikonowe usta na pół twarzy, kto wie co jeszcze z sylikonu wydające odgłosy przypominające w połowie zawodzenie muezinów, a w drugiej połowie duszenie kota. Kto chce się przekonać niech wpisze na youtube “bulgarian music” Ale dość o tym.
W pociągu zdrzemnęliśmy się nieco po prawie czterech godzinach wleczenia się dojechaliśmy do Sofii. Naszym planem było znalezienie hostelu do czasu przyjazdu reszty ekipy. W stolicy Bułgarii znalezienie noclegu nie jest problemem – hostelów jest mnóstwo, a w pobliżu dworca jest pełno naganiaczy. Wszystkie ceny oscylują wokół 10 euro. Weszliśmy do pierwszej lepszej kamienicy do hostelu, którego gospodyni mówiła nieco po polsku i chciała 9 euro za noc. Po przepakowaniu się, ogoleniu, wymyciu, wypraniu i chwili odpoczynku poszedłem na dworzec odebrać resztę ekipy. I tu mała niespodzianka bo spodziewaliśmy się 3 osób, a przyjechało czworo. I tak nasza ekipa powiększyła się o Kasię, Monikę , Tomka i Marka. Popołudnie i wieczór minął nam na zajadaniu smakołyków, opowieściach, buszowaniu w necie, popijaniu rakiji i planowaniu zwiedzania Bułgarii. Jako, ze każdy miał wiele do powiedzenia, a nie widzieliśmy się bardzo długo, wieczór trwał prawie do rana.
Następnego dnia wyruszyliśmy zwiedzać Sofię. Przeszliśmy najbardziej standardową trasę polecana przez przewodnik wydawnictwa Pascal. Stolica Bułgarii nie jest najpiękniejszym miastem, więc nie zdecydowaliśmy się zostać na dłużej. Najbardziej podobała się nam cerkiew rosyjska św. Mikołaja, Żensky Pazar oraz sztandarowy zabytek Sofii – Sobór Aleksandra Newskiego i plac wokół niego, gdzie widzieliśmy próby do parady wojskowej z okazji przyjazdu grupy oficjeli z Chin. Tego samego dnia wsiedliśmy do autobusu i po czterech godzinach byliśmy u podnóża gór Pirin – w miasteczku Melnik. Melnik przede wszystkim znany jest z produkcji wina i starych winiarni. Urocze domki wzdłuż głównej ulicy wyglądały bajkowo. Na prawdę warto pochodzić po miasteczku. Dla amatorów wina obowiązkowe są wizyty w winiarniach, które znajdują się prawie przy każdym domu. Zrobiliśmy ostatnie zapasy, zjedliśmy kolację w knajpce i ruszyliśmy na poszukiwanie miejsca do spania. Liczyliśmy, że przy drodze znajdziemy jakieś dogodne miejsce na rozbicie namiotów. Znaleźliśmy płaski teren, najprawdopodobniej po starym polu namiotowym (świadczyły o tym stare wiaty i kilka baraków), który teraz wykorzystywany był jako pastwisko i generalnie zwierzyniec. Rozbiliśmy namioty w pobliżu starej wiaty, do której uwiązana była wielka maciora – na tę noc była to nasza maciora obronna.
Kategoria: 2006 Bałkany, Bułgaria | Komentarze (0)



















































