Data: wtorek, 5 Wrzesień 2006 autor: admin
Następnego dnia okazało się, że nocowało z nami jeszcze sporo małych prosiaków, szczeniaków i kilka koni. Rozstaliśmy się w przyjaźni udając się do następnej wioski, skąd wyruszał szlak. Po drodze oglądaliśmy niesamowite “piramidy melnickie” – zbudowane z czerwonego piaskowca formy skalne, które niczym drapacze chmur, zupełnie niespodziewanie wyrastały z lasu po obu stronach drogi. Warto się zatrzymać i popodziwiać te cuda natury, gdyż trudno spotkać w tej części świata inne tak osobliwe formy z piaskowca, któremu erozja nadała tak fantastyczne kształty. Ruszyliśmy zielonym szlakiem, który zaczyna się zaraz przy asfaltowej drodze. Plecaki z jedzeniem na kilka dni ciążyły, a żar lejący się z nieba sprawiał, że pochłanialiśmy litry wody. Na szczęście na szlaku jest kilka źródeł. Podchodzenie w takiej pogodzie to mordęga, więc robiliśmy mnóstwo przerw. Po 18 zaczęliśmy rozglądać się za miejscem do spania i znaleźliśmy płaski teren w pobliżu pustelni. Obok nas rozbiło się jeszcze dwoje Bułgarów, którzy schodzili do Melnika. Po zachodzie słońca, kiedy temperatura zrobiła się znośna, nasi sąsiedzi zaprosili nas do wspólnego ogniska, do którego dosiadł się także pustelnik. Wszyscy byli zmęczeni, więc po zjedzeniu melona(!), który przyniósł nam pustelnik i po szklance rakiji, którą się odwdzięczyliśmy poszliśmy spać. Sen był twardy, gdyż jak się później okazało przeszliśmy ponad 1000m w pionie w niesamowitym upale.
Ranek nie zapowiadał chłodniejszego dnia. Ruszyliśmy dalej zielonym szlakiem, który doprowadził nas do schroniska Pirin (ostanie kilkanaście minut szlak czerwony). Po krótkiej przerwie ruszyliśmy w górę doliny, która wg mapy nazywa się Żelezniszka w stronę jeziora Tewno. Kolejny dzień marszu w upale. Mimo, że wysokość już przekroczyła 2000mnpm temperatura nadal była wysoka. Cały czas szlak prowadzi dnem doliny, która otoczona była szczytami o wysokości od 2600 do 2800mnpm. Po dojściu na koniec doliny i wdrapaniu się po dość sporych skałach na przełęcz na wysokości ponad 2600mnpm naszym oczom ukazał się cudowny widok. Rozległa kotlina z kilkunastoma jeziorami otoczonymi wysokimi i skalistymi górami. Rewelacyjny pejzaż namalowany przez lodowiec górski kilkanaście tysięcy lat temu. Siedzieliśmy tam i patrzyliśmy na zachód słońca… Korzystając z ostatnich chwil blasku zeszliśmy do schronu przy jeziorze Tewno. Wokoło małego budynku schronu rozbitych było kilkanaście namiotów. Szybko też postawiliśmy nasze i ugotowaliśmy obiad. To był nasz pierwszy tak wysoki biwak. Dziwnie się spało ze świadomością, że jezioro jest kilkanaście metrów wyżej niż Rysy…
Dopiero rano poznaliśmy inna stronę spania na takich wysokościach we wrześniu. Mimo, iż w dzień był upał z nocy temperatura spadła poniżej zera. Ci którzy nie ubrali się odpowiednio mieli zimną noc. Rano namioty pokryte były szronem. Jednak pierwsze promienie słońca stopiły szron i zaraz wysuszyły namioty. Po zwinięciu biwaku ruszyliśmy dalej czerwonym szlakiem w kierunku pn-zach w stronę szczytu Wichren – najwyższego punktu tego pasma. Było nadal bardzo słonecznie, jednak szlak w całości prowadził powyżej 2500mnpm, więc temperatura była przyjemna. Cały dzień szliśmy wśród wspaniałych widoków, nagich ostrych szczytów, jezior polodowcowych, hal na których pasły się konie… Mijaliśmy także wielu innych turystów. Pod koniec dnia doszliśmy do innej grupy jezior, których nazw nie pamiętam (na samym początku doliny, gdzie znajduje się schronisko Wichren). Zejście z przełęczy biegło po wielkich głazach, co nie wszystkim przypadło do gustu. Cały szlak tego dnia był przyjemną i bezpieczną ścieżką, która pozwalała cieszyć oczy wspaniałymi widokami. Z miejsca naszego biwaku można było oglądać nasz jutrzejszy cel – Wichren – w pełnej krasie. Szybko wykapaliśmy się w jednym z jezior, zjedliśmy obiad i nauczeni doświadczeniem z dnia poprzedniego jeszcze przed zachodem słońca byliśmy w śpiworach, gdyż gdy tylko słońce schowało się za szczytami gór temperatura bardzo gwałtowanie spadała i po kilkunastu minutach pojawiał się szron na tropikach namiotów. Tak było już do końca naszej wyprawy.
Ze względu na to, ze poprzedniego dnia poszliśmy spać dość wcześnie (przed 20) wszyscy wstaliśmy zaraz po świcie, kiedy bezpośrednie promiennie słońca nie dotarły do naszej doliny. Stojąc we wszystkim co mięliśmy do ubrania i czekając na pierwsze promienie słońca podziwialiśmy Wichren w czerwonej barwie wschodu. Widok był cudowny. Gdy tylko słonce zawitało do naszej doliny, temperatura znacznie wzrosła – zwinęliśmy biwak i ruszyliśmy do schroniska Wichren. Tam od rana duży ruch, ponieważ weekend i kilka dni słonecznej pogody sprawiło, że tłumy ludzi postanowiło wejść na górę. Zostawiliśmy nasze plecaki w schronisku i wyposażeni tylko w wodę i kurtki ruszyliśmy na górę. Po drodze oglądaliśmy obrazki znane z polskich najbardziej popularnych szlaków. Istna rewia mody, szczególnie w przypadku obuwia. Wszelkiego rodzaju tenisówki, buty na koturnach, klapki i inne plażowe nakrycia stóp skutecznie spowalniały swoich właścicieli. Jednak naszą “nagrodę publiczności” zdobyła pani, która w przepięknej białej sukni, gustownych lakierkach, białych rękawiczkach i z parasolka słoneczną schodziła ze szczytu. Nie wiemy czy weszła na górę, ale naszym skromnym zdaniem byłby to prawdziwy wyczyn. Podejście nie było trudne techniczne, ale uciążliwe, gdyż trzeba pokonać ponad 1000m przewyższenia. Na szczycie tłumy, ale wszystko rekompensuje widok. Robimy pamiątkowe zdjęcia, napawamy się chwilkę widokiem i schodzimy szlakiem od strony wschodniej, który jest znacznie trudniejszy (dlatego jest mniej ludzi), ale nadal bezpieczny. Ok. godziny 16 znów jesteśmy w schronisku. Postanowiliśmy przedostać się do Banska – bułgarskiego zakopanego. Mogliśmy iść kilka godzin mało ciekawa drogą lub wsiąść do busa i po ok. pół godzinie być na miejscu. Bansko jest typowym kurortem zimowym, w którym przebywa mnóstwo Brytyjczyków (są nawet reklamy po angielsku) lub bogatych Bułgarów. Postanowiliśmy przespać się w jakimś tanim pensjonacie. Wyruszyłem z Kasią na łowy – ceny raczej ok. 20 leva za nocleg. Znaleźliśmy hotelik w przepięknym starym budownictwie i po kilku minutach targów za pokój 3 osobowy dla naszej szóstki zapłaciliśmy 7 leva od łebka. Stwierdziliśmy, że mamy ochotę na całą stertę sałatki szopskiej. Kupiliśmy mnóstwo warzyw oraz sera feta i jedliśmy do oporu.
Kategoria: 2006 Bałkany, Bułgaria | Komentarze (0)



















































