2007 Gruzja | MDtravel
Friday, 3 September 2010.

Data: poniedziałek, 1 Październik 2007 autor: admin

W sierpniu 2007 postanowiliśmy zorganizować wyprawę do Gruzji. Nie interesowały nas oferty biur podróży tylko prawdziwa przygoda. Sami zorganizowaliśmy nasze wakacje w Gruzji. Po wyprawie powstała ta strona, aby ułatwić innym organizację wyjazdu. Zapraszamy do zapoznania się z relacją, obejrzenie zdjęć, a także komentowania wpisów do porad praktycznych.

Mamy nadzieje, że informacje i nasze wrażenia zebrane na tej stronie pomogą Wam zorganizować Wasz własny wyjazd do Gruzji.

W kilku słowach: Przylecieliśmy z Rygi, weszliśmy na Kazbek, zrobiliśmy trekking przez Kaukaz Wschodni i zwiedziliśmy główne atrakcje turystyczne: Tbilisi, Kachetię, Alaverdi, Gori, Uplicyche, Borżomi, Wardzię i Batumi. Wracaliśmy lądem przez Turcję i Bałkany autobusami.

Jeżeli masz pytanie lub jakiś wpis jest niejasny to napisz komentarz pod wpisem

Lista wpisów na temat wyprawy do Gruzji w 2007 roku
- Gruzja 2007
- Dojazd do Gruzji
- Wspinaczka na Kazbek
- Trekking Kaukaz Wschodni
- Zwiedzanie Gruzji
- GPS w Gruzji
- Mapy w Gruzji
- Transport w Gruzji
- Sighnagi
- Batumi
- Wardzia
- Park Narodowy Borżomi-Karagauli
- Język
- Achałcyche
- Borżomi
- Szatili
- Uplicyche
- Gori
- Zwiedzanie Tbilisi
- Bodobe
- Ikalto
- Telavi
- Alaverdi
- Kazbek
- Kazbegi
- Bezpieczeństwo w Gruzji
- Przewodniki
- Przejście graniczne Sarpi
- Chertwisi
- Wino gruzińskie
- Jedzenie w Gruzji
- Tbilisi Didube
- Metro w Tbilisi
- Lotnisko w Tbilisi

Kategoria: 2007 Gruzja, Gruzja | Komentarze (0)

Data: poniedziałek, 1 Październik 2007 autor: admin

Oto jak dotarliśmy do Gruzji.

Po kilku miesiącach planowania i niezbędnego przygotowywania się oraz po kilku ostatnich dniach, które spędziliśmy na niezwykle wesołych zakupach (Pozdrawiamy Panią Anię z Tesco ) i pakowaniu sprzętu, spotkaliśmy się na poznańskim dworcu. Niestety tylko we czwórkę, a nie jak wcześniej planowaliśmy w piątkę, ale z różnych powodów Filo nie mógł z nami jechać…

Na dworcu zameldowali się Michał, Marek, Jędras i Misiek. Stara, sprawdzona ekipa. Już od samego początku wzbudzaliśmy niemałe zainteresowanie. Co robi czterech facetów z czekanami przy plecakach w pociągu do…Suwałk? Jechaliśmy do Rygi, aby stamtąd polecieć liniami Air Baltic do Tbilisi. Postanowiliśmy, że skoro wykosztowaliśmy się na samolot (420zł/os, one way ticket, zamawiany w necie w styczniu) to przynajmniej zaoszczędzimy na dojeździe do stolicy Łotwy. Jazda pociągiem minęła bezproblemowo i już ok 12.40 byliśmy w Suwałkach. Autobusy do Rygi z Warszawy kosztują ok 150zł (stan na wiosnę 2007), więc stwierdziliśmy, że najlepszym sposobem będzie autostop. Po wizycie w barze, (i znów te pytania: W góry? To co Wy w Suwałkach robicie?) ok. godziny 15 staliśmy już na wylotówce w stronę przejścia granicznego w Ogrodnikach. Podzieliliśmy się na dwa zespoły, aby łatwiej złapać “okazję”. Już po kilkudziesięciu minutach pierwsza grupa pędziła w kierunku Litwy…

Następnego dnia ok 14.00 wszyscy siedzieliśmy już zadowoleni na kempingu w centrum Rygi (5 euro, adres w poradach praktycznych). Przygody jakie mieliśmy to temat na osobną opowieść, wystarczy tylko wspomnieć, że Jędras z Markiem zostali na noc ugoszczeni w Kownie przez przypadkowych ludzi, Michał jechał dziewięcioma samochodami i spał na stacji benzynowej, a ja dojechałem cysterną z klejem do samego centrum Rygi. Gdy się spotkaliśmy radości nie było końca! Nie tracąc czasu poszliśmy zwiedzać. Nie mieliśmy żadnego przewodnika, więcwłóczyliśmy się po mieście zaglądając tu i tam, chowając się przed ulewą, która utrudniała chodzenie, ale za to wynagrodziła nas najładniejszą tęczą, jaką kiedykolwiek widzieliśmy. Ryskie stare miasto jest fantastyczne: urokliwe kamienice, strzeliste wieże kościołów, brukowane uliczki, przytulne kawiarenki, nadrzeczne bulwary. Nic nie przypomina tego, że jeszcze 20 lat temu było to przemysłowe miasto z od lat nieremontowana “burżujską” starówka…

Pochodziliśmy po centrum do wieczora i zmęczeni podróżą poszliśmy spać. Ranek przywitał nas kolejną ulewą. Samolot mieliśmy dopiero wieczorem, więc ten dzień też spędziliśmy na spacerach po mieście i leniuchowaniu na kempingu. Późnym popołudniem autobusem (linia 22, 0,3 LVL) udaliśmy się na lotnisko. Wcześniej tylko Jędrzej leciał samolotem pasażerskim, więc byliśmy dość mocno podekscytowani. Po wszystkich formalnościach, ważeniach i sprawdzaniu wszystkiego rozsiedliśmy się w samolocie. Razem z nami lecieli też litewscy alpiniści, których celem była Uszba – Królowa Kaukazu, podobno najtrudniejszy technicznie szczyt tego pasma. Oprócz pewnego incydentu z kobietą, która zarzekała się, że czuje spaliny i krzyczała, że zaraz samolot eksploduje, lot minął bez zakłóceń. Nerwową atmosferę wprowadzoną przez tropicielkę spalin rozładował Jędras, który podnosząc buty na wysokość głowy zakrzyknął, że to nie spaliny, tylko nasze buty tak śmierdzą! Salwa śmiechu uspokoiła kobietę, która do końca lotu już nic nie powiedziała.
W Tbilisi wylądowaliśmy około czwartej rano. Planowaliśmy jak najszybciej przedostać się do Kazbegi i dalej na Kazbek, więc do świtu przespaliśmy się w hallu lotniska i poczekaliśmy na pierwszy autobus. Wtedy miałem okazję po raz pierwszy wyjść na “gruzińską ziemię”. Pierwsze co zaskoczyło mnie po opuszczeniu budynku to suchość powietrza i nowy zapach – zaskakująco intensywna woń różnych miejscowych ziół…

Kategoria: 2007 Gruzja, Gruzja | Komentarze (0)

Data: poniedziałek, 1 Październik 2007 autor: admin

Relacja z naszego wejścia na Kazbek
do poczytania dla tych, którzy się wybierają

Autobusem (1 lari/os) dojechaliśmy pod główny dworzec kolejowy i bazar. Tam, wzbudzając niemałe zainteresowanie kupiliśmy ostatnie zapasy i spotkaliśmy pierwszych Polaków, których w Gruzji okazało się być mnóstwo. Maciek i Mateusz przekazali nam wiele informacji, za które serdecznie dziękujemy!!! Marszrutki do Kazbegi odchodzą z dworca Didube, do którego dostaliśmy się metrem (trzy stacje, 0,40 GEL). Ten dworzec to w rzeczywistości wielki parking dla marszrutek (99% marszrutek w Gruzji to Fordy Transity) wymieszany z olbrzymim bazarem, na którym można kupić prawie wszystko. Po pół godzinie jechaliśmy wyładowanym po brzegi Transitem w kierunku Kazbegi (8 GEL/os, ok 3h) Siedzieliśmy na ostatnich siedzeniach, więc nie dane nam było podziwiać widoków z Gruzińskiej Drogi Wojennej, ponieważ okna były na wysokości bioder. I tak cały czas odsypialiśmy noc w samolocie.
Wczesnym popołudniem dojechaliśmy do celu. Wysadzono nas na centralnym placu Kazbegi, wokół którego koncentruje się życie miasteczka – są tu bary, kioski, sklepy, autobusy, marszrutki no i Łady Niwy, które wożą leniwych i bogatych turystów do położonego 400 m wyżej słynnego kościółka Tsminda Sameba (ta przyjemności kosztuje 50 GEL za kurs – max 4 os). My potrzebowaliśmy świeżego chleba (rewelacyjne gruzińskie chlebo-placki z piekarni przy placu polecam każdemu), piwa i przede wszystkim benzyny do palnika, na którym zamierzaliśmy gotować. Niestety nie było nam dane zobaczyć Kazbeka, ponieważ zasłaniały go chmury.
Wyprawa w poszukiwaniu stacji benzynowej zakończyła się jakieś 500 m na południe od placu. Znaleźliśmy budynek z dystrybutorami, które przestały działać pod koniec epoki tow. Breżniewa… Jednak przed tą stacją stały dwie ciężarówki, których właściciele wiercili świdrami w oponach i coś tam upychali (tak, zamknięta granica rosyjsko gruzińska zachęca do przemytu na wielką skalę). Jednak bez problemów zgodzili się spuścić nam ze zbiornika litr ropy. Tego mieliśmy później żałować…
Po około godzinie spędzonej w Kazbegi ruszyliśmy w stronę Tsmindy Sameby. Jest kilka dróg dojścia – nie ma problemów z wybraniem właściwej – wystarczy iść pod górę i tak wszystkie się zejdą w jednym punkcie. Wejście z mega ciężkimi plecakami (mieliśmy wszystko na tydzień w bazie pod Kazbekiem) kosztowało nas trochę sił, ale było warto. Tminda Sameba prezentuje się znakomicie, ale z zewnątrz. Zdaje się, że tylko jej przepiękne położenie wpływa na jej popularność. Jeżeli nie jesteśmy nawiedzonymi miłośnikami gruzińskiej sztuki sakralnej to prawdę mówiąc wnętrze nie prezentuje niczego okazałego.
Postanowiliśmy rozbić namioty niedaleko monastyru, aby wypocząć przed drogą do bazy i ostatecznie odespać noc w samolocie. Co nas najbardziej zszokowało to ilość spotykanych Polaków. Jeszcze na dole spotkaliśmy ich kilkunastu a kolejnych 10 nocowało razem z nami. Do końca wyjazdu zastanawialiśmy się co sprawiło o takiej popularności Gruzji wśród Polaków w tym roku (czyżby wydanie beznadziejnego przewodnika Bezdroży???). Wieczorem usiedliśmy przy wspólnym ognisku i słuchaliśmy opowiadań nowych znajomych z tej jak i innych wypraw. Pozdrowienia dla wszystkich!
Rankiem obudził nas deszcz. Znów nie było dane nam zobaczyć celu naszej wyprawy, ponieważ przesłaniały go gęste chmury. Po śniadaniu i zwinięciu namiotów ruszyliśmy w górę. tego dnia czekało nas podejście 1600 m najpierw przez trawiaste wzgórza, później przez skały, a na końcu przez lodowiec we mgle. Na trasie spotkaliśmy kolejnych Polaków – okazało się, że chłopaki są z tego samego wydziału co ja. Też mieli zamiar wejść na Kazbek. Po przekroczeniu rzeki, które było dość emocjonujące i przejściu przez skały znaleźliśmy się na lodowcu. Ścianę Meteostacji widoczną od strony wschodniejpomalowano na “pstrokato” więc jest bardzo dobrze widoczna. Najgorsza była końcówka podejścia, czyli “wspinaczka po nasypie kolejowym”. Dość strome podejście po osypującym się zboczu. Do bazy dotarliśmy ok godziny 19 i spotkaliśmy tam… Polaków. I to wielu. Jedni weszli tylko do bazy, inni szykowali się na wejście na Kazbek, a pozostali czekali na kolegów, którzy już powinni zejść ze szczytu. Wszyscy bez wyjątku chorowali, ponieważ woda, którą uznawało się za pitną (woda z roztapiającego się płata śniegu) powodowała liczne sensacje żołądkowe. Pamiętając, że najlepiej uczyć się na cudzych błędach, my wodę zawsze gotowaliśmy, więc udało się nam uniknąć przykrości. Zmęczeni i głodni rozstawiliśmy namioty a kucharz naszej wyprawy Marek zaczął gotować. Zaczął, ale nie skończył, ponieważ ropa z gruzińskiej ciężarówki skutecznie zapchała wszelkie otwory w palniku. Na szczęście poratował nas Andrzej i podarował nam litr (nie ostatni) ich paliwa (okazało się później, że niewiele lepszego…). Ale zjeść się udało.
Dopiero rankiem, po dość ciężkiej nocy spowodowanej wysokością zobaczyliśmy jaki piękny widok rozpościera się ze stacji meteo. Na pierwszym planie lodowiec, a dalej, po horyzont Kaukaz Wschodni ze szczytami grubo powyżej 3000 m npm. Okazało się, że dwójka Polaków, na których czekano w bazie poprzedniego dnia wróciła dopiero ok północy. Zgubili się we mgle i nie osiągając szczytu błądzili po wszystkich okolicznych dolinach. W jamie śnieżnej przeczekali i dopiero po zmroku mgła ustąpiła. Okazało się również, że kolejna trójka Polaków wyszła w nocy na szczyt. My postanowiliśmy zrobić “rozpoznanie bojem”, czyli nie będąc odpowiednio zaaklimatyzowani, wyjść “tak wysoko jak się da”. Postanowiliśmy iść za Andrzejem i jego dwoma kolegami. Najpierw ścieżką nad moreną boczną do czarnego krzyża, a potem moreną do początku plateau (do wysokości 4200), Nie było to najlepsze rozwiązanie, ponieważ morena była pełna szczelin między bryłami martwego lodu, poza tym ze zbocza po naszej prawej ręce ciągle spadały kamienie – zarówno małe pięści, jak i telewizory. Po dojściu na plateau zeszła mgła i idąc po śladach doszliśmy na wysokość 4400, gdzie oznaki choroby stały się tak wyraźne (ból głowy, osłabienie, mdłości), że postanowiliśmy zejść – tą sama drogą. Późnym popołudniem zeszła trójka Polaków, którym udało się wejść na szczyt. Po chwili negocjacji udało się nam przejąć ich flagę, która natychmiast wywiesiliśmy na kijkach trekkingowych przed naszymi namiotami. Od tamtej pory było to główne miejsce spotkań Polaków w tej części Gruzji. Okazało się, że do bazy przybyli kolejni Polacy – Asia i Mieszko oraz samotny podróżnik Mietek. Wieczór upłynął nam na leżeniu na skałach, odpoczynku, rozmowach i rozgrzewaniu się. Zapowiadała się przepiękna, bezchmurna i mroźna noc. Temperatura poniżej zero nie spadła, ale gwiazdy świeciły tak mocno ż w namiocie można było poruszać się bez czołówki.
Następny dzień postanowiliśmy spędzić na aklimatyzacji, czyli robieniu niczego. Planowaliśmy wspiąć się kilkaset metrów wyżej do małej kapliczki, ale siedzenie na kamieniach było tak błogie, że nikomu się nie chciało. Piękna pogoda troszkę korciła, aby wyjść na szczyt, ale pamiętając doświadczenia dnia wczorajszego woleliśmy nie ryzykować złego samopoczucia pod samym szczytem. Postanowiliśmy, że na szczyt wyjdziemy tej nocy. Okazało się, że razem z Andrzejem i jego ekipą, a także dwójką Poznaniaków.
W międzyczasie Mieszko i Asia zeszli do Kazbegi, a do góry przyszli Ula z chłopakiem i Basią oraz jakaś ekipa z Warszawy, która jednak nie wykazywała chęci do integracji…
Poszliśmy spać bardzo wcześnie i wstaliśmy ok drugiej w nocy. O trzeciej byliśmy już w trasie. Zewzględu na trudności z palnikiem wyszliśmy ostatni, jednak idąc po śladzie z GPS zapisanym dwa dni wcześniej do czarnego krzyża nie błądziliśmy i dogoniliśmy chłopaków z Poznania, Nie chcąc iść przez morenę zdecydowaliśmy się na marsz lodowcem. My poszliśmy trudniejszą technicznie prawą stroną, a chłopaki bardziej połogą lewą stroną. Świt był przepiękny, jednak znów gdy tylko dotarliśmy do plateau wszystko zasnuło się chmurami. Od tej pory mgła towarzyszyła nam bez przerwy. Po śladzie z GPS doszliśmy do miejsca, z którego zawróciliśmy 2 dni wcześniej, a dalej szliśmy po śladach trójki, która była tu poprzedniego dnia. Ich tłumaczenie było proste “Idziecie plateau w górę, za ostatnimi serakami w prawo i trawersem Spartaka na przełęcz, potem ściana, kopa i jesteście na szczycie”. Na szczęście ich ślady nie zostały zawiane. Mgła ograniczała widoczność do 20 metrów, lecz cały czas pięliśmy się w górę. Na GPS “stukały” kolejne setki metrów. Im wyżej, tym szło się gorzej – musieliśmy robić przerwy co mniej więcej 40 kroków. Na wysokości 4810 – tuż przed przełęczą stało się to czego się obawialiśmy. Michał poczuł się gorzej – było mu zimno mimo dwóch kurtek, trząsł się mimo wypicia termosu gorącej herbaty, kaszlał i sapał. Z rozmów wynikało, że świadomość też była trochę ograniczona. Szybko podjęliśmy decyzję, że Marek i Jędras idą na górę, a ja z Michałem schodzimy. Po wymianie sprzętu i pożywienia chłopaki zniknęli we mgle, a my zaczęliśmy schodzić. Ok 100 m niżej wykopałem czekanem siedzisko, gdzie Michał mógł odpocząć. Owinęliśmy się folią NRC i czekaliśmy. Miałem nadzieję, że kiedy chłopaki będą nas mijać schodząc, przepniemy się i ja będę mógł wejść z silniejszym, a drugi zejdzie z Michałem w dół.
Jędrzej i Marek zdobyli szczyt ok 10.00 i spotkali tam Poznaniaków i ekipę Andrzeja – wchodzili trochę innądrogą. Po sesji zdjęciowej w marnej pogodzie zeszli gubiąc drogę i nie minęli nas schodząc. Ja z Michałem po godzinie oczekiwania zaczęliśmy schodzić. Michał poczuł się znacznie lepiej, więc szło nam szybko. Atmosfera była trochę przygnębiająca, ale wynagrodziliśmy to sobie obserwacją kamieni spadających z południowo – zachodniego stoku Spartaka. Tuż przed bazą dojrzeliśmy chłopaków, którzy schodzili po lodowcu. Poczekaliśmy na nich i razem zeszliśmy do bazy. Postanowiłem, że spróbuje jeszcze raz. Okazało się, że przyszli kolejni Polacy, którzy twierdząc, że są zaaklimatyzowani po zdobyciu najwyższego szczytu Armenii, postanowili atakować dnia następnego. Po chwili namysłu zdecydowałem, że mam tyle sił, aby atakować następnego dnia. Dla mnie dzień skończył się ok 17 gdyż od razu poszedłem spać, aby wypocząć przed kolejną pobudka o drugiej w nocy. Podejście z 3675 mnpm na 4810 i zejście podczas kilkunastu godzin marszu sprawiło że zasnąłem natychmiast.
Nocna pobudka nie była przyjemna, ale nastrój mi się poprawił gdy tylko wyszedłem z namiotu, ponieważ niebo było bezchmurne. Po gorącej herbacie i czekoladzie na śniadanie zaczęliśmy mozolny marsz przez skały do lodowca. Było widać czołówki grupy Hiszpanów i dwójki Czechów. Po dojściu do lodowca związałem się ze Sławkiem z Warszawy, a reszta ekipy związała się w trójkę. Przeżyliśmy wspaniały wschód Słońca na lodowcu, a pogoda zapowiadała się przepiękna. Po przejściu przez plateau okazało się, że trójka miała znacznie wolniejsze tempo, więc zdecydowaliśmy się na rozdzielenie. Zaczęliśmy ze Sławkiem wchodzić na trawers. Widoki były wspaniałe, słońce przypiekało, a nam szło się wyśmienicie. Dokładnie w tych samych momentach potrzebowaliśmy przerwy, więc nie było żadnych nieporozumień. Wyprzedziliśmy Hiszpanów i mijając wykopane jamy, w których odpoczywaliśmy dzień wcześniej doszliśmyna przełęcz. Przed nami była słynna ściana, przed którą w swoich relacjach ostrzegają wszyscy, którzy weszli na górę. Fakt, była wysoka i bardzo stroma, ale prowadziła nią wyraźna droga z wyrąbanymi w lodzie stopniami. Szło się bardzo ciężko, z wieloma przerwami, ale nie stosowaliśmy dodatkowych zabezpieczeń. Potem jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów i szczyt! Potwornie zmęczeni, ale zadowoleni zrobiliśmy sobie małą sesję zdjęciową, posiedzieliśmy ok 20 minut podziwiając widoki i zaczęliśmy schodzić. Na przełęczy spotkaliśmy znajomych Sławka, którzy mocno zmęczeni, dzielnie podchodzili. Podczas schodzenia trawersem pogoda zaczęła się psuć, zrobiło się pochmurno i zaczęło nawet grzmieć. Mnie coraz bardziej udzielało się zmęczenie dnia wczorajszego… W drodze powrotnej musieliśmy robić kilkudziesięciominutowe przerwy na drzemki. Zaczął padać grad, zrobiło się nieprzyjemnie. Do bazy doszliśmy ok godziny 17, gdzie czekała na nas gorąca herbata i obiad przygotowany przez chłopaków. Nastroje wyraźnie się poprawiły. Prawie natychmiast poszedłem spać.
Marek, Jędrzej i Michał nie próżnowali w tym czasie i zajmowali się przepakowywaniem jedzenia i grą w karty. Następnego dnia zeszliśmy do Tsmindy Sameby, spotykając po drodze kolejnych Polaków. Serdeczne dzięki i pozdrowienia dla Uli z Krakowa, która przekazała nam przez Andrzeja czekoladę:)
Kilka dni pod Kazbekiem zmęczyły nas zarówno fizycznie jak i psychicznie. Z przyjemnością znów chodziliśmy po trawie i popatrzyliśmy na kolor zielony, mogliśmy napić się wody z doskonałego źródełka bez ograniczeń oraz pojawiła się okazja zrobienia zakupów. Zszedłem z Jędrzejem do Kazbegi, gdzie zrobiliśmy wielkie zakupy towarów, które przez ostatnie kilka dni były deficytowe – owoce, piwo, chleb, ser… Nie chciało nam się podchodzić, więc zdecydowaliśmy się podjechać Ładą, jednak cena 50 GEL była dla nas zbyt wysoka. Podeszliśmy wyżej i tam zapytaliśmy kierowcy, który wracał czy nas nie weźmie. Po ostrych targach, za 20 GEL jechaliśmy Ładą Nivą. Po dojściu do namiotów radości i obżarstwa nie było końca. Pogoda się poprawiła, więc nareszcie mieliśmy okazję oglądać Kazbeka w całej okazałości.

Kategoria: 2007 Gruzja, Gruzja | Komentarze (0)

Data: poniedziałek, 1 Październik 2007 autor: admin

Relacja z naszego trekkingu przez Kaukaz Wschodni

Rozpoczął się kolejny etap naszej wyprawy. Planowaliśmy ok 10 dniowy trekking przez Kaukaz Wschodni z Kazbegi do wsi Omalo w Tuszetii. Pojawiło się kilka problemów. Po pierwsze nasza maszynka benzynowa po przebojach z gruzińskimi paliwami odmówiła posłuszeństwa. Po prostu tamto paliwo jest tak złej jakości, że pozatykało dysze i rurki doprowadzające paliwo. Poza tym znajomi (jechali z Polski samochodami), z którymi umówiliśmy się w Kazbegi na przekazanie paczki (butle z gazem, których nie można wozić samolotem, polskie jedzenie), mieli jakieś problemy z dojazdem… Pojechaliśmy do wsi Karkucza i tam na nich czekaliśmy. Dotarli dopiero po trzech dniach, które upłynęły nam na błogim lenistwie. Rozbiliśmy namioty na łące Gruzina, który wieczorem przyniósł nam mleko i ser. Na stwierdzenie, że chcemy zostać kilka dni, z uśmiechem powiedział, że możemy zostać do zimy, albo i dłużej.
Chodziliśmy po okolicy, robiliśmy “wyprawy” do następnej wsi do sklepu, kąpaliśmy się w rzece. Jednym słowem leniuchowanie, które jednak przydało się nam po Kazbeku. Mieliśmy okazje obserwować dziką przyrodę i życie codzienne mieszkańców wioski. Dzieci bez przerwy bawiły się w rzece, a dorośli kosili siano. Byli bardzo przyjaźnie nastawieni, przychodzili, rozmawiali. Tylko jeden facet trochę wdał się nam ze znaki, bo przyszedł nie do końca trzeźwy i uparcie twierdził, że Marek jest piękną dziewczyną i próbował zaprosić go do siebie… Po jakimś czasie zaczęło to być męczące, jednak po kilku aluzjach, żeby może już poszedł do siebie, dał sobie spokój.
W końcu przyjechali! Wcześnie rano, w sam raz na śniadanie. Po przywitaniach i opowieściach o dotychczasowej podróży oraz śniadanku wzięliśmy się do konkretów, czyli czyszczenia maszynki za pomocą wszelkich dostępnych w samochodzie terenowym narzędzi oraz pakowania naszych lin i czekanów na dach Land Rovera. Po kilkudziesięciu minutach walki z Primusem Marek z Michałem (Futrzakiem) przetkali zawór (Coca-cola z WD40 przetka wszystko, serio). Kiedy palnik był w plecaku, a worek ze szpejem na dachu samochodu Jędras podjął decyzje o wcześniejszym powrocie – zabrał się więc z Futrzakami – właścicielami Land Rovera – do domu…
Tak więc w dalszą drogę udaliśmy się we trzech. Samochody odjechały w stronę Kazbegi, a my poszliśmy w przeciwnym kierunku – drogą szutrową do wsi Dżuta – ostatniej wsi, do której można dojechać samochodem. Za nią już tylko posterunek wojskowy, gdzie dostaliśmy jakąś karteczkę (prawdopodobnie papierek poświadczający, że jesteśmy turystami a nie uchodźcami z pobliskiej Inguszetii) całą w makaronach i poszliśmy dalej szeroką, zieloną doliną. Zagłębialiśmy się coraz dalej w Kaukaz Wschodni. Następne kilka dni mieliśmy wędrować pasterskimi ścieżkami, wśród skalistych szczytów, między potokami z krystalicznie czystą i lodowato zimną wodą oraz porośniętymi pachnącymi ziołami łąkami… Żołnierz na posterunku zapytany (przez pośrednictwo gruzińskiego turysty, który znał angielski) o ilość turystów stwierdził, że jest ich bardzo dużo. Ilu? “No, w tym tygodniu jesteście już trzecią grupą…”.
My chcieliśmy odwiedzić dwie odcięte od świata wioski Achieli i Amha, w których miały znajdować się słynne kaukaskie wieże obserwacyjne, a później dojść do Szatili (w wersji optymistycznej zakładaliśmy nawet dojście do Omalo w Tuszteii). Czekało nas dwa dni marszu do wiosek, a później jeszcze 3 do Szatili. Trasa do przełęczy, której nazwy nie możemy odczytać z mapy (Archo… 3287mnpm) biegnie trawiastą, szeroką doliną, którą szło się bardzo przyjemnie raz po raz przekraczając płytki i szeroki strumień. Jedyną niedogodnością była pogoda, która postanowiła się popsuć – zaczął padać deszcz. To zmusiło nas do rozbicia namiotów na samym środku ścieżki. Jednak Jednak i tak nikomu to nie przeszkodziło, bo nikt tamtędy nie chodzi. Po sutej kolacji szybko poszliśmy spać.
Ranek przywitał nas suchy i słoneczny. Szybko zwinęliśmy biwak i poszliśmy dalej. Już w prażącym słońcu wspinaliśmy się coraz wyżej w stronę przełęczy, mijając skaliste, nienazwane szczyty, na których widniały jeszcze resztki śniegu. Około południa stanęliśmy na przełęczy, z której rozpościerał się cudowny widok. Kazbek zasłaniały nam inne góry, ale panoramy w kierunku wschodnim nic nam nie przesłaniało – widać było nawet szczyt Tebulosmta – najwyższą górę Czeczenii. Na przełęczy przy kopczyku z kamieni Marek znalazł kilka łusek od kałasznikowa – prawdopodobnie ślady po wiwatach kaukaskich górali. Od tego momentu nasz szlak prowadził ciągle w dół najpierw w kierunku wschodnim, a później północnym. Szliśmy wzdłuż potoków po kwiecistych łąkach, których zieleń wydawała się nieprawdopodobna – jak na początku czerwca. Intensywność tego koloru aż nadto wynagrodziło nam dni patrzenia tylko na lód i skały w rejonie Kazbeka. Późnym popołudniem dotarliśmy do wsi Achieli nad rzeką Assa. Pojawienie się trzech turystów z plecakami wywołało niemałą sensację w wiosce. Jeszcze zanim zobaczyliśmy pierwsze zabudowania, ze stoków po przeciwległej stronie krzyczeli do nas górale, przyjaźnie wołali pasterze oraz “kosiarze” siana, a mijani ludzie odwzajemniali pozdrowienia i przyjaźnie się uśmiechali. Wieś składała się z kilkunastu kamienno – drewnianych domków i kilku uliczek, na których pasł się inwentarz oraz bawiły się dzieci. Niewiele osób mówiło po rosyjsku, ale udało się nam porozumieć. Zostawiliśmy plecaki przy jednym z domów i podeszliśmy do wieży obserwacyjnej, która górowała nad wsią. Wieża to jedyne co pozostało z całkiem dużego kompleksu budynków, po których zostały tylko fundamenty. Dziwne, że sama wieża oparła się kaukaskim zimom i wiatrom, ponieważ wybudowano ją beż żadnej zaprawy. Większość z tego typu budowli już nie istnieje, często można napotkać jedynie ruiny lub same fundamenty. Wieże zostały zbudowane przez górali (historycy sami nie wiedzą do końca kiedy) i stanowiły sieć alarmowo – informacyjną. Gdy tylko w stronę gór zbliżały się armie rosyjska, perska, bądź turecka, górale rozpalali ogniska na szczytach wież, a obserwatorzy na innych, tak usytuowanych, aby było widać następne również rozpalali ogień. W ten sposób, w kilka chwil można było zaalarmować sąsiadów i zorganizować obronę. Dziś wieże nie są już potrzebne, więc rozpadają się jedna po drugiej i trzeba się spieszyć, aby je zobaczyć. Po zejściu do wsi porozmawialiśmy z jej naczelnikiem – facet wyglądał na naczelnika – w mundurze, postawny, poważny i wszystkiego doglądał. Dowiedzieliśmy się, że do najbliższego sklepu mają 20 km i muszą pokonać 1000 m przewyższenia. Jest to całodzienna wyprawa konno. Oprócz tego dowiedzieliśmy się, że ostatni turyści dotarli tam kilka miesięcy temu… Spytaliśmy o pozwolenie i rozbiliśmy się przy wiosce, nad rzeką. Podziwialiśmy tych ludzi, ich chart ducha i odwagę. Życie w takiej odległości od cywilizacji musi być ciężkie. Jedyną oznaka nowoczesności była turbina elektryczna na rzece, która dawała prąd dla dwóch wsi. Wieczorem światło w domach było jednak tak blade, że mogłoby z nim konkurować to odbite od księżyca…
Z namiotów wygoniło nas słońce, które ogrzało wnętrze do nieznośnej temperatury. Leżąc na karimatach przed namiotem i czekając aż ktoś zrobi śniadanie mieliśmy przygodę, której się spodziewaliśmy, ale obawialiśmy się konsekwencji. Od strony gór usłyszeliśmy ujadanie psów. Spojrzeliśmy w tym kierunku, a stamtąd w naszą stronę pędziły trzy olbrzymie, białe psy (myśleliśmy, że to owczarki kaukaskie, ale znajomy, który się zna, po obejrzeniu zdjęć stwierdził, że to jakieś inne – nie ważne, były olbrzymie). W pobliżu nie było nikogo z miejscowych, więc przestraszyliśmy się nie na żarty. Zanim wymyśliliśmy cokolwiek sensownego psy były już przy nas i… zajrzały do garnków, obwąchały namioty, po czym uwaliły się w nogach na karimacie i kazały się drapać po brzuchu i za uszami. Marek powiedział, że w nocy, kiedy wyszedł z namiotu też je spotkał – jego reakcja była podobna – zaczął się żegnać z życiem, a potem psy spały razem z nim przy namiocie (noc była gorąca, a Marek źle się czuł więc spał na zewnątrz). W przyjaźni z psami zwinęliśmy biwak i poszliśmy dalej na północ w kierunku wsi Amha. Doszliśmy już po pół godzinie idąc wzdłuż linii elektrycznej. Wszyscy mieszkańcy pracowali w polu kosząc siano, więc znów szliśmy pozdrawiając wszystkich napotkanych miejscowych. Ich wieś wyglądała na jeszcze starszą od poprzedniej. Domy były praktycznie tylko z kamienia, a wnętrza ograniczały się tylko do najpotrzebniejszych sprzętów. Rozglądając się po zagrodach stwierdziliśmy, że głównym zajęciem tych ludzi jest hodowla krów i wyrabianie sera z ich mleka. Postanowiliśmy zdobyć górę mieszczącą się nad wsią, do której powinna prowadzić ścieżka (jest zaznaczona na mapie, ale umówmy się – w terenie jej nie ma). Marek nie czuł się najlepiej, więc został i czytał a ja z Michałem wspiąłem się 1000 metrów ponad wioskę. Z góry, skąd roztaczał się piekny widok na okolicę – widzieliśmy przełom rzeki Assy, naszą dalszą trasę, mijane wsie, góry i doliny… po kilkudziesięciu minutach napawania się widokiem zeszliśmy do Marka, który już czekał z trzykilowym kawałkiem sera. Okazało się, że w czasie naszej nieobecności wrócił do wioski, aby kupić trochę miejscowego wyrobu. Życzliwość kaukaskich górali nie ma granic, ponieważ chcieli mu dać cały wieli krąg (ok. 6kg) kategorycznie wzbraniając się od jakiejkolwiek zapłaty. Marek jednak jakoś wcisnął im 10 lari, za które dostaliśmy zaproszenie na świeże mleko zaraz po wieczornym udoju. Niestety nasze plany były inne – poszliśmy w kierunku przełęczy Kocom… 2978mnpm. Początkowo ścieżka była widoczna, jednak im wyżej, tym mniej krów (i byków, które goniły Marka), a co za tym idzie pasterskich szlaków i zaczęły się problemy ze ścieżkami. Przedzieraliśmy się przez krzaki i zarośla z różnych aromatycznie pachnących roślin, które nieraz były wyższe od nas. Dotarliśmy do początku i tu rozbiliśmy namioty – zaraz przy źródłach, które od razu wypływały pokaźną rzeczką. Byliśmy wykończeni. Po kąpieli w lodowatym strumieniu i gorącej kolacji poszliśmy spać.
Ranek był gorący i wilgotny. Wzięliśmy ze sobą tyle wody ile mogliśmy unieść, ponieważ z mapy wynikało, że nieprędko napotkamy jakikolwiek strumień. Kontynuowaliśmy nasz marsz przez “zielsko”, które nieraz sięgało nam do pasa. Ścieżka stała się prawie niewidoczna – raz się pojawia, później znikała – generalnie szliśmy w dolinie, więc pogubić się nie mogliśmy, poza tym GPS czuwał nad kierunkiem marszu. Na przełęczy poważnie się ochłodziło, ale wszystkie niedogodności wynagradzał widok – znów widzieliśmy panoramę Kaukazu Wschodniego. Posiedzieliśmy i popodziwialiśmy widoki kilkadziesiąt minut przegryzając ser. później ruszyliśmy trawersem w kierunku północnym. Tu znów powinna by ścieżka, ale widzieliśmy jedynie jej pozostałości.
Przebywanie już od kilkunastu dni w tych surowych górach zmęczyło nas fizycznie oraz psychicznie. Dodatkowo pojawiające się problemy ze szlakiem obniżyły morale. Postanowiliśmy, że po dojściu do Szatili podejmiemy decyzję czy idziemy dalej, czy schodzimy i zaczynamy zwiedzać Gruzję. Siedząc na kolejnej mijanej przełęczy idąc już zupełnie bez ścieżki stwierdziliśmy, że skrócimy sobie trochę drogę drogę i przejdziemy dolinką, która na mapie nie wyglądała źle kilkaset metrów i dojdziemy do miejsca, gdzie (wg mapy) już powinien biec bardziej uczęszczany szlak. To był błąd. Okazało się, że dolinka jest bardzo stroma, ale na szczęście porośnięta rododendronami, których trzymając się kurczowo schodziliśmy. Okazało się że po zejściu przez skały musieliśmy omijać wodospady, prawie pionowe ściany. Było trochę niebezpiecznie, ale otuchy dodawał nam fakt, że zbliżamy się do zaznaczonej ścieżki. Po dwugodzinnej walce z doliną, podrapani przez różne krzewy, poobdzierani przez skały doszliśmy do celu. Niestety – ze ścieżki zostały tylko zarośnięte fragmenty, które nie rokowały najlepiej na dalsza drogę. Zrobiło się późno, więc rozbiliśmy się w zakolu rzeki, w jedynym nadającym się do tego miejscu…
Ranek mimo wszystko zaczęliśmy optymistycznie – mieliśmy przed sobą jedynie 6 km i perspektywę na zimne piwo w Szatili! Już na samym początku okazało się, że szlak dawno zarósł malinami, został zniszczony przez osuwiska. Znów musieliśmy chodzić po skałkach w strumieniu, przechodzić przez wodospady, lodowe zatory, które są pozostałością po wiosennych lawinach… Jedynym plusem był fakt, że rosło tam mnóstwo słodkich malin, których nikt nie zbierał. Gdy doszliśmy do trzeciej doliny, która miał być tą ostatnią rozwiały się nasze ostatnie nadzieje na znalezienie ścieżki. W tym momencie zaczął się “przedzieraking”. Tak nawialiśmy to co nas spotkało. Kilkadziesiąt metrów po zarośniętej ścieżce wśród roślin wyższych od nas, później trochę po osuwających się kamieniach, znów wypatrzeliśmy gdzieś pozostałości ścieżki, które urywały się przy następnym osuwisku. Słowem, najlepiej się nam szło brodząc w strumieniu – w butach i spodniach – dno było przynajmniej płaskie. Dodawaliśmy sobie otuchy śpiewając “Always look on the bright side of life” Po 5 godzinach takiego “marszu” dotarliśmy do drogi. Radości nie było końca! Dużych strat nie było – jedynie spodnie Marka dokonały żywota. Po przebraniu się mieliśmy niesamowite szczęście ponieważ chwilę po naszym wyjściu drogą w kierunku Szatili przejeżdżał Ford Transit, który nas podwiózł. Kierowca, który wysłuchał naszej opowieści stwierdził, że jesteśmy szaleni i podarował ciepłe chaczapuri.
O Szatili nie napisano w przewodnikach ani słowa. Postanowiliśmy tam dojść tylko ze względu na fakt, iż osada jest tak oddalona od najbliższych osiedli ludzkich. Spodziewaliśmy się znaleźć prawdziwie góralskie budowle i klimat miasteczka zagubionego wśród gór. Rzeczywistość przerosła nasze wyobrażenia i oczekiwania. wysadzono nas w górnej części miasta, gdzie wybudowano kilka domków z stylu socreal i kilka domków jednorodzinnych. Nagle w dole zaczęliśmy widzieć zarysy jakieś niezwykłej budowli. W miarę zbliżania się, nie mogliśmy uwierzyć w to co widzieliśmy. Znajdowaliśmy się nad olbrzymią kamienną twierdzą. Zanim nasze szczęki powróciły z okolic kolan przeszliśmy przez twierdzę do dolnej części miasta. Dopiero stamtąd widać ogrom tej budowli, która jak się okazało powstała w IV wieku naszej ery. To była pierwsza, ale nie ostatnia przesłanka, która świadczyła o potędze kaukaskiej kultury. Kiedy Słowianie koczowali gdzieś pomiędzy Wołgą a Uralem, na Kaukazie powstawały tak okazałe budowle. Dziś twierdza jest po renowacji, co jednak nie zostało wykonane dość profesjonalnie i z bliska widać niedociągnięcia typu: dachy ze “starożytnej” papy, bądź niewielkie betonowe wsporniki. Jednak z daleka twierdza prezentuje się znakomicie. Na eksplorowanie jej wnętrz poświęcilismy kilkadziesiąt minut. Na dole spotkaliśmy dwóch Amerykanów, którzy kręcili film dokumentalny o Gruzji. Towarzyszyło im dwóch Gruzinów, którzy dobrze znali angielski. Nareszcie porozmawialiśmy w języku, w którym mogliśmy wyrazić znacznie więcej niż po rosyjsku. Nasza rozmowa o Szatili, Kaukazie oraz o przygodzie odkrywania Gruzji została nagrana i jej fragmenty mają być wykorzystane w owym filmie. Amerykanie zrobili jeszcze kilka kiczowatych ujęć jak oglądamy twierdzę i poszliśmy dalej. Okazało się, że w wiosce jest sporo obcokrajowców. Minęliśmy grupę Niemców, którzy nie wykazali żadnej chęci do nawiązania kontaktu – byli zainteresowani tylko swoim Land Roverem i kajakiem, którym pływali po dość rwącej rzece. Bardziej skorzy do rozmowy byli nasi bracia z południa – Czesi. Okazało się, że idą z Omalo – potencjalnego celu naszego trekkingu. Krótka wymiana informacji – dowiedzieliśmy się, że droga jest ciekawa, ale zajmie nam kolejne 5 dni. Oprócz 2 dni idzie się po zwykłej drodze szutrowej, a z samego Omalo niezwykle trudno się wydostać. Po analizie mapy stwierdziliśmy, że kończymy trekking, Tuszetię zobaczymy następnym razem, a teraz zaczynamy kolejny etap wyprawy – zwiedzanie Gruzji i poznawanie Gruzinów! Z tym optymistycznym postanowieniem, po sutej kolacji poszliśmy spać zaraz za wioską na bardzo przyjemnym kawałku pastwiska.
Ranek był piękny i słoneczny, więc wstaliśmy szybko, aby złapać okazję i wydostać się z gór. Wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo, bo najbliższy przystanek autobusowy jest 50km od nas. Razem z Czechami, którzy także postanowili skończyć ich trasę (ponieważ nasłuchali się o naszych przygodach w dolinie, a planowali przejście tym szlakiem), zaczęliśmy łapać okazję. Tak… Można powiedzieć, że poszło nieźle – Michał wziął szósty przejeżdżający samochód, a Marka i mnie siódmy. Po siedmiu godzinach czekania… Czas mijał nam na leżeniu, odpoczywaniu, denerwowaniu się, że nic nie jedzie, wypatrywaniu w najbliższy zakręt drogi oraz na graniu w karty z Czechami w bardzo dziwna grę. Kiedy oni się wydostali nie wiemy… Michał pojechał do Mcchety na dwa razy, a ja z Markiem na raz i to z przygodami!

Kategoria: 2007 Gruzja, Gruzja | Komentarze (0)

Data: poniedziałek, 1 Październik 2007 autor: admin

Po wspinaczce i trekkingu odpoczywaliśmy zwiedzając piękną Gruzję

Jechaliśmy Toyotą Land Crusier, która podróżowali dość majętni turyści z Tbilisi – jedyne miejsca, jakie mieli wolne to małe, składane siedzonka w bagażniku. Po tylu godzinach oczekiwania nie marudziliśmy – przeciwnie, byliśmy wniebowzięci. Czekała nas trzygodzinna jazda po górskiej, szutrowej drodze. Z poziomu 1700 wjechaliśmy 1000 m wyżej na przełęcz a następnie zjechaliśmy do 600 m npm, po potwornych dziurach i niekończących się serpentynach. Gruzini, którzy nas wzięli doskonale znali angielski, wiec prawie cały czas rozmawialiśmy o Gruzji – jej problemach, polityce itd. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że kierowca był istnym rajdowcem, któremu sprawiało niezwykłą satysfakcję pędzenie na granicy przyczepności na skraju przepaści. Gdy po ponad 100 km szczęśliwie dojechaliśmy do asfaltu, odetchnęliśmy z ulgą…
Powoli robiło się ciemno. Michał już dojechał, znalazł miejsce na namiot, kupił nawet jedzenie i piwo oraz wysłał nam sms z informacjami jak do niego trafić. Jednak nagle nasz samochód zjechał z głównej trasy i zatrzymał się na parkingu przy restauracji. Na nasze zdziwione spojrzenia kierowca odpowiedział: “No co? Jest niedziela popołudniu! Wszyscy Gruzini w tym czasie idą na dobry obiad do knajpy!” Nie żartował – bardzo trudno było znaleźć wolne stoliki. Kierowca się zapytał co chcemy zjeść. Bardzo się uśmiał jak usłyszał: “cokolwiek, byle by to nie był proszek z paczki zalewany wodą”. Po chwili nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom: Chaczapuri, chinkari, szaszłyki z baraniny, warzywa pod wszelkimi postaciami, gruziński chleb, no i oczywiście olbrzymie baniaki czerwonego wina. Nie było nic lepszego na nasze żołądki, które już miały serdecznie dość żarcia z paczki. Ucztowaliśmy blisko godzinę, wznosząc co chwile kolejne toasty.
Kiedy z niewielkimi problemami dotarliśmy do Michała, był głodny i trochę wkurzony, że ominęło go świetne jedzenie. Biedak posilił się batonem i zupką z paczki… A należało mu się coś więcej bo znalazł polane na wzgórzu, z którego rozpościerał się cudowny widok na całą Mcchetę.
Rankiem upał wygonił nas z namiotów dość wcześnie. Po zwinięciu biwaku, zeszliśmy ze wzgórza ulicy i złapaliśmy marszrutkę do centrum. Pozwiedzaliśmy prawie wszystko, co wedle przewodnika warte zwiedzenia jest w Mcchecie. Oprócz starych, przepięknych, mających wielkie znaczenie dla Gruzinów cerkwi, miasto nie jest szczególne. Po kilku godzinach wsiedliśmy w marszrutkę do Tbilisi i po 30 minutach znów byliśmy na dworcu Didube. Planowaliśmy przedostać się do Kachetii, a w tym kierunku jakikolwiek transport odchodzi z dworca Samogori, dokąd przedostaliśmy się metrem. Samogori to plac, a raczej place, na których stoją dziesiątki Fordów Transitów. Po kilkunastu minutach szukania weszliśmy do tego właściwego, który miał nas zawieźć do Sighnaghi (5 lari/os). Nie jest to popularny kierunek, więc czekaliśmy około 2 godziny na zapełnienie się samochodu. W końcu, z prędkością światła (jak na tak wiekowy samochód) pomknęliśmy do miasta, które wg przewodnika LP ma “italian style”. Faktycznie ma, ale tylko połowa. Wysiedliśmy na placu, który otoczony był przez świeżo wyremontowane, pomalowane w pastelowych kolorach domki z balustradami, licznym balkonami – słowem “italian style”. Daliśmy się upolować pewnemu naganiaczowi i już po chwili jechaliśmy do naszej kwatery. Kilka przecznic za wspomnianym placem miasto przemieniło się w olbrzymi plac budowy – każdy budynek był w remoncie, każdy metr drogi i chodnika był wymieniany. Każda rura z gazem chowana pod ziemię, a studzienka kanalizacyjna wymieniana na nową. Panował hałas i wszędzie unosił się kurz. Po następnych kilku przecznicach znaleźliśmy się w nie odremontowanym Sighnagi. Znów wszelkie instalacje były na zewnątrz, domy nie były remontowane od czasów od czasów wybudowania, a resztki asfaltu stanowiły samotne wyspy pośród błota. Jeszcze to do nas nie docierało, ale w tym mieście działo się coś dziwnego.
Postanowiliśmy tym razem nie oszczędzać i na kwaterze wzięliśmy opcję full, czyli nocleg, jedzenie i picie bez ograniczeń. Był to rodzinny dom przedsiębiorczego Davida, który znał nieco angielski i rozwinął całkiem niezły biznes. Po wyczekanym ciepłym prysznicu, ogoleniu się i przebraniu w czystsze ciuchy wybraliśmy się na spacer po mieście – placu budowy. Przeszliśmy przez dzielnice nie wyremontowaną, gdzie mieszkaliśmy. Generalnie nie odbiegała on od gruzińskich standardów w niewielkich miasteczkach, czyli odpadające tynki, pomyje wylewane na środek ulicy i wszelkie kable wiszące a wysokości pasa. Następnie przemknęliśmy przez remont, gdzie robotnicy właśnie przerabiali średniej wielkości blok z wielkiej płyty na chatkę we włoskim stylu. Co dziwne, wychodziło im to! Po przeciwnej stronie ulicy właśnie malowano przerobiony blok na różowo… Dalej było już tylko piękniej – bruk na ulicach, latarenki, kawiarenki – istny Neapol. Spotkaliśmy dwóch Polaków w drodze do Iranu, z którymi wypiliśmy piwo przy popiersiu Stalina i poopowiadaliśmy różnych przygodach… Dopiero podczas kolacji w naszym hoteliku dowiedzieliśmy się, że władze centralne wyznaczyły Sighnagi na miejsce, do którego mają ściągać turyści z całego świata, aby zostawiać tu duże pieniądze i dlatego zarządzono remont absolutnie wszystkiego i to “na wczoraj”, więc prace trwają 7 dni w tygodniu. W sumie przepiękne umiejscowienie na szczycie wzgórza otoczonego średniowiecznymi murami z basztami w połączeniu z trochę sztucznym stylem tego miasta może się podobać zorganizowanym wycieczkom, dla których budowane są wielkie hotele i drogie knajpy. Zobaczymy jak będzie tam za kilka lat, ale mam wrażenie, że będzie to kurort dla wybranych.
Po kolacji, która przeciągnęła się do nocy poszliśmy spać – po raz pierwszy od opuszczenia domu na łóżkach. Rankiem wybraliśmy się do pobliskiego monastyru Bodobe. Również całkowicie odnowionego, w którym jednak można podziwiać freski przedstawiające sceny z Biblii, których trudno znaleźć w kościołach katolickich. Pokręciliśmy się jeszcze po mieście i postanowiliśmy przejechać stopem do Telavi – miejsca, które jest najlepszą bazą wypadową do klasztoru Alaverdi i akademii Ikalto. Po 15 minutach zatrzymał się Gruzin, który doskonale mówił po angielsku – okazało się, że przez 14 lat był przewodnikiem turystycznym po krajach Afryki Południowej, a teraz pędził do Tbilisi, aby zdążyć na samolot na Tajwan, gdzie mieszka jego żona. Znów mieliśmy możliwość poznać opinie Gruzinów o ich kraju, o zmianach jakie się dokonują i o przyszłości. Nasz kierowca, jak każdy narzekał na małe zarobki oraz na Rosję.
W Telavi kupiliśmy arbuza i szliśmy drogą wylotową próbując złapać stopa dalej do Alaverdi. Było jednak późno więc na obrzeżach miasta postanowiliśmy poszukać miejsca na namiot. Podszedłem do grupki młodych Gruzinów i zapytałem o dobre miejsce. Po kilku minutach już byliśmy zaproszeni przez młodego Kurda Bekę do niego do domu. Przejechaliśmy samochodem z jego kuzynem do mieszkania Beki po przeciwnej stronie miasta.
Beka mieszkał ze swoja Babcią, a jego rodzice pracowali w Czeczenii. Wieczór upłynął nam na zjedzeniu skromnej kolacji, wypiciu sporej ilości czaczy oraz na rozmowach do późnej nocy. Mimo swojej biedy ugoszczono nas jak najbliższych członków rodziny. Następnego dnia Beka oprowadził nas po mieście i wskazał miejsce, z którego odjeżdżają autobusy do Alaverdi. Podczas pożegnania poprosił nas o jakiś “suwenir”, na pamiątkę. Bardzo ucieszył się ze starego przewodnika po Kaukazie z kolorową mapą Gruzji.
Po ok 30 minutach jazdy byliśmy przy katedrze, która… stoi w środku pola. Od innych zabudowań oddalona była o kilkaset metrów. Nie licząc mnichów, kilku babuszek sprzedających świeczki byliśmy tam sami. Katedra jest bardzo wysoka i wygląda fantastycznie na tle zalesianych wzgórz Kaukazu. Wnętrze katedry jest puste – jest ona w trakcie renowacji. Tylko gdzieniegdzie przebijały się pozostałości fresków, których sowieci nie dali rady zamalować. Sama bryła nie odróżnia się od innych gruzińskich świątyń, ale jej surowość i przedziwne położenie sprawiło, że spędziliśmy tam ponad godzinę. Bardzo nam się tam podobało. Wracając marszrutką do Telavi zatrzymaliśmy się przy odbiciu do miejscowości Ikalto gdzie znajdują się ruiny słynnej akademii. Kilkanaście minut piechotą dzieliło nas od przepięknego miejsca w którym kształciły się wszystkie średniowieczne znakomitości Kaukazu – z samą królową Tamarą na czele. Na miejscu znajduje się mała cerkiewka i ruiny potężnej budowli. Po całym kompleksie oprowadził nas kustosz tego miejsca, który niezwykle ciekawie opowiadał o akademii. To niesamowite, że na trzy wieki przed powstaniem pierwszej akademii w Polsce, w Gruzji już taka działała od pół tysiąca lat!!! Nie licząc kilku modlących się pielgrzymów byliśmy tam sami. Jakże inaczej się zwiedza zabytki tego rodzaju, kiedy nie ma sklepów z pamiątkami i setkami “wczasowiczów”, których przywożą luksusowe autokary. Można przysiąść, podumać, najeść się do oporu śliwek…
Busikiem dojechaliśmy do Telavi, skąd taksówką pojechaliśmy do Tbilisi(!) – taksówka, ponieważ zatłoczona i powolna marsztutka kosztowała 7 lari, a szybki mercedes 8 lari! Po około 2,5 h byliśmy znów w Tbilisi, gdzie metrem przedostaliśmy się na główną ulicę miasta – Aleje Szoty Rustavelego. Szliśmy w kierunku Placu Wolności pytając się o możliwość noclegu. Była 17, a my nie mieliśmy jeszcze nic zorganizowanego. Znów spotkaliśmy się z niesamowitą gościnnością, ponieważ babuszki sprzedające kwiaty, po obdzwonieniu wszystkich swoich znajomych, zdecydowały, że będziemy spać u syna jednej z nich, ale akurat nie mogła się do niego dodzwonić. Całkiem przypadkiem rozmowę usłyszał pewien młody, dobrze ubrany facet, który po chwili rozmowy w pięknym angielskim zaproponował nocleg u niego w domu. Wsiedliśmy więc do taksówki i już pędziliśmy na osiedle na obrzeżach. Okazało się, że byliśmy gośćmi doradcy Prezydenta Gruzji do spraw integracji z NATO. Zszokowało nas to troszkę, ale w końcu byliśmy w Gruzji, gdzie gościnność to cecha narodowa mieszkańców tego kraju. Wieczór znów spędziliśmy na rozmowach – tym razem o polityce, historii i dalekich podróżach, jakie odbył nasz gospodarz na szkoleniach organizowanych przez różne międzynarodowe organizacje… Rankiem zamiast pójść do pracy Givi oprowadził nas po całym centrum Tbilisi. Był to najlepszy przewodnik, ponieważ oprowadził nas wszędzie i opowiedział chyba wszystkie historie i legendy związane ze stolicą Gruzji. Rozstaliśmy się przy tureckich łaźniach, skąd Givi popędził do ambasady włoskiej po wizę, ponieważ za kilka dni spotykał się z unijnym komisarzem do spraw czegoś tam. Świetny człowiek. Po rozstaniu pochodziliśmy troszkę sami, aby poczuć klimat miasta, ale upał był tak okrutny, że nie wystarczyło nam sił na wiele. Ostatni raz pojechaliśmy metrem do dworzec Didube, skąd autobusem pojechaliśmy do Gori (3,5 lari/os)- miasta urodzin Stalina. Byliśmy tam po ok 2h jazdy. Stamtąd szybko przesiedliśmy się na marszrutkę do Uplicyche – starożytnego miasta skalnego (1 lari/os) Po kilkunastu minutach jazdy byliśmy na miejscu. Było późne popołudnie, miejsca pod namiot w bród, więc kupiliśmy wodę (baniak 5l na biwak) w sklepie i poszliśmy zwiedzać. Kasy były zamknięte, ale pan strażnik i tak nas skasował. Na początku chciał 10 lari/os, lari/os, ale gdy wytłumaczyliśmy mu, że nie będziemy spali wewnątrz (istnieje taka możliwość, ale nie jest to zbyt legalne), to wziął tylko 5 lari/os co jest równowartością normalnego biletu. W żółtych promieniach popołudniowego słońca chodziliśmy po ruinach skalnego miasta bez ograniczeń. Znów nikogo nie było – tylko my i kilka tysięcy lat historii tego miejsca. Skalne groty nie są zachowane w bardzo dobrym stanie, ale czemu się dziwić – ruiny prawie nie są tknięte przez jakichkolwiek konserwatorów (no możne poza kilkoma betonowymi kolumnami w stylu sowieckim…). Bardzo polecamy to miejsce. Spaliśmy na pastwisku zaraz nad rzeczką przepływającą w okolicy.
Następne przedpołudnie spędziliśmy próbując się wydostać z wioski. W końcu pojechaliśmy taksówką za równowartość biletu na marszrutkę (3 lari). Dojechaliśmy pod samo muzeum Stalina. Ten monumentalny budynek, wagon, w którym jeździł “Generalissimus” oraz dom, w którym się urodził obejrzeliśmy jedynie z zewnątrz. Jakoś nie pałamy specjalnym uczuciem do tego pana, który na sumieniu ma kilkadziesiąt milionów ofiar, więc oglądanie zdjęć “samego jego” oraz prezentów np. od Mao, bądź Bieruta sobie odpuściliśmy. Przeszliśmy się jedynie po mieście, które na tle innych gruzińskich tej wielkości prezentuje się całkiem schludnie i przyjemnie. Trochę odremontować, wywalić pomnik Stalina i będzie super! Złapaliśmy marszrutkę do Borżomi (7 lari/os) – słynnego górskiego kurortu znanego przede wszystkim ze słonej wody mineralnej o tej samej nazwie. Droga przebiegła bez większych rewelacji. Miasteczko jest świetnie położone, bardzo zadbane i pełne turystów – głównie z Gruzji. Uzdrowiskowy charakter, kuracjusze w kapciach i nawet uroda otaczających gór – czułem się jak w Lądku Zdroju. Bardzo przyjemnie. Chodziliśmy sobie uliczkami pomiędzy kuracjuszami, ale szybko to się nam znudziło, więc wzięliśmy plecaki i i przeszliśmy do siedziby Parku Narodowego Borżomi – Karagauli w Likani. Stęskniliśmy się trochę za górami, wiec postanowiliśmy spędzić na szlaku 2-3 dni. Jednak zasady panujące w Parku, (opisane w poradach praktycznych) są tak chore, że nie zdecydowaliśmy się na wejście. Musielibyśmy podać nasz dokładny plan przejścia, spać tylko i wyłącznie w schroniskach, zapłacić z góry za wszystko, zbierać podpisy na punktach kontrolnych i u napotkanych strażników – na koniec wrócić w to samo miejsce z karteczką z dziesiątkami stempelków w celu sprawdzenia, czy aby na pewno przeszliśmy tą trasę jaką zaplanowaliśmy. Poza tym najwcześniej mogliśmy wejść dopiero następnego dnia rano, bo teraz już nie dojdziemy do miejsca, gdzie wolno spać… Horror i terror. Zwinęliśmy się i złapaliśmy stopa do Achałcyche – miejscowości, skąd można dostać się do Wardzi – kolejnego wielkiego skalnego miasta. Warto dodać, że jechaliśmy Mercedesem E-klasa z jakimś lokalnym mafioso, z którym jednak świetnie się rozmawiało. Pędziliśmy więc przez góry, a widoki były cudne! W myślach wbijaliśmy na pal tego, który wymyślił tak restrykcyjne zasady poruszania się po parku… Achałcyche to niezbyt przyjemne betonowe miasto, w którym tylko poszliśmy po baniak wody na biwak. Jednak wyprawa do sklepu zakończyła się z kolejnym zbrataniem z miejscowymi! Sącząc sobie piwko w upale zaczęliśmy rozmawiać z “panami spod sklepu” Gdy się dowiedzieli, że jesteśmy z Polski zapragnęli wypić z nami “stakana za znakomstwo”. Tak oto połówka wódki narodnej przelała się przez nasze gardła, a my mieliśmy kolejnych przyjaciół, którzy życie by za nas oddali!!! Również chcieli nas przenocować, ale sądząc z facjat dżentelmenów nocleg ograniczyłby się tylko do następnych butelek… Kolejnym stopem z młodą parą dojechaliśmy do pięknego miejsca nad rzeką, gdzie postanowiliśmy pozostać do rana… Kolacja zrobiona przez Marka była wyborna, a noc cicha i spokojna…
Rano wstałem jako pierwszy i przeszedłem się po okolicy. Okazało się, że po drugiej stronie rzeki jest jakieś gospodarstwo. Gospodarz też mnie zauważył i z niemałym zaciekawieniem podszedł do naszego biwaku. Widząc zdziwienie malujące się na jego twarzy i uprzedzając pytanie wyjaśniłem mu co robimy i kim jesteśmy. Oczy szeroko mu się otwarły i zakrzyknął: “Nu rebiata! Jakże to tak w krzakach spicie, jak u mnie pokoje, jedzenie, picie i czacza! Co ze mnie za gospodarz! Chodźcie na śniadanie! Nie trzeba Wam czego?” Okazało się, że służył w wojsku w Legnicy i lata spędzone w Polsce wspomina bardzo dobrze. Szybko złapaliśmy kolejnego stopa (pielgrzymi jadący do Armenii), którym dojechaliśmy do zamku Chertwisi. Mimo upału zwiedziliśmy go całego, a także pobiegaliśmy chwilę po okolicznych wzgórzach. Na prawdę warto zatrzymać się tu w drodze do Wardzi. Wielometrowe mury pośród gór wyglądają majestatycznie. Następnie ciężarówką z zaopatrzeniem do sklepików pojechaliśmy do kolejnej wioski, skąd wzięli nas żołnierze ich służbowym Land Roverem. Tak oto dojechaliśmy do jednego z największych zabytków w okolicy. Skalnego miasta Wardzia. Nie wchodząc w szczegóły, które można znaleźć w Internecie i przewodnikach – jest to zniszczona przez trzęsienie ziemi tajna twierdza, która mogła pomieścić kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Trzeba tam być. Rewelacja. Samo wejście kosztuje 5 lari/os, a przejście się po setkach wykutych w skale komnatach, klasztorze i kilku skalnych tunelach jest warte trudu dotarcia do tego miejsca i wspinaczki po zboczu. Kto tam nie dotarł niech żałuje!
Mieliśmy szczęście i załapaliśmy się na powrotny busik do Achałcyche (4 lari). Po drodze jednak zdarzyło się coś, czego nikt by się nie spodziewał. Do busiku weszło trzech młodych, schludnie ubranych mężczyzn. Stojąc w w trzęsącym się busie zaczęli śpiewać lokalne pieśni – na głosy. Zanim przeszło oszołomienie czystością głosów, majestatem pieśni oraz kunsztem wykonania, zaśpiewali trzy utwory. Jeden z nic znal angielski, więc jak tylko dowiedzieliśmy się, że jadą na mszę, gdzie będzie jeszcze więcej śpiewów, na jeszcze więcej głosów natychmiast zadecydowaliśmy, że jedziemy z nimi. Chłopacy się zgodzili, więc została jeszcze tylko sprawa przekonania księdza czy aby katolicy mogą uczestniczyć w nabożeństwie odprawianym w obrządku gruzińskim. Śpiewacy stwierdzili, że to załatwią, więc nie dojechaliśmy do Achałcyche, tylko wysiedliśmy we wiosce Aspindza. Okazało się, że ksiądz nie dojechał, ale msza się i tak odbyła. Trwała 2,5h – śpiewania było dużo, ale jeszcze więcej czytania w tempie AK-47 pisma świętego. Za to mieliśmy okazję uczestniczyć w nabożeństwie na gruzińskiej wsi. To samo co i u nas. Dziewczyny z komórkami niecierpliwie czekają na sms, starsze panie przysypiają pod ścianami, a małe dzieci robią zawody we wtykaniu sobie świeczki w uszy bądź nosy. Spaliśmy u poleconego przez śpiewaków gospodarza, który był trochę gburowaty (5lari/os).
Złapaliśmy pierwszy busik do Achałcyche (2 lari), gdzie byliśmy ok 9 rano. Okazało się, że do Batumi można dotrzeć na dwa sposoby – ponad 400 km i 6h normalnym asfaltem przez Kutaisi (18lari/os) lub “czeres perewal” czyli przez góry Adżarii niecałe 200 km, 7h i (15 lari/os). Nie zastanawialiśmy się długo. Przeprawa Fordem Transitem przez przełęcze w dzikich górach Adżarii to miała być przygoda zamiast nudnej jazdy asfaltem. Jechało z nami jeszcze dwójka Polaków i sporo miejscowych. Kierowca ucieszony z faktu, że złapał obcokrajowców na cały kurs dał nam najlepsze miejsca i zapowiedział, że przerwy na fotki możemy robić kiedy tylko chcemy. Mieliśmy ruszać o 11, ale zanim wyruszyliśmy z miasta Ford odwiedził kilka serwisów, gdzie dokonano kilku drobnych napraw. Asfalt skończył się zaraz za miastem i rozpoczęła się jazda terenowa. Droga wyglądał jakbyśmy jechali przez zalesione karkonoskie lasy. Dzikie ścieżki, piękne widoki… Od tamtej pory uważam Transita za najlepszy samochód dostawczy. Niejeden właściciel samochodu terenowego odpuściłby sobie niektóre części tej trasy, a co dopiero regularnie wozić tam ludzi busem! Polecamy te drogę każdemu, kto ma silne nerwy i lubi ryzyko. Późnym popołudniem dojechaliśmy do Batumi, gdzie wykąpaliśmy się w ciepłym jak zupa morzu, przejechaliśmy marszrutką na przejście graniczne (1 lari/os), wydaliśmy ostatnie lari na chaczapuri i opuściliśmy Gruzję obiecując sobie, że kiedyś tu wrócimy. To jest maleńki kraj, a jednak nie udało nam się wszystkiego zobaczyć, poznać odpowiednio dobrze miejscową kulturę i obyczaje.
Na granicy byliśmy ok 20-21. poczekaliśmy na autobus z napisem “Istambuł” za szybą. Daliśmy kierowcy po 30 dolarów i następnego dnia o 13 byliśmy w Istambule. Tam znaleźliśmy tani hotelik i dwa dni szwendaliśmy się po stolicy Bizancjum. Miasto przytłacza przede wszystkim natłokiem turystów. W centrum są ich miliony. Najwięcej czasu spędziliśmy w Hagia Sophia, która zrobiła na nas oszałamiające wrażenie. Po dwóch dniach, autobus do Suczawy w Rumunii (50$) i z czterodniową przerwą na przejście grani Czarnohory i zwiedzanie Lwowa standardową droga przez Medykę znaleźliśmy się w Polsce.
Ponad miesiąc w podróży, zdobycie pięciotysięcznika, dziesiątki poznanych ludzi, trekking po Kaukazie, Czarnohora i Istambuł. Zetknięcie się z odmienną kulturą, fantastycznymi ludźmi, codzienne trudy podróży, przyjaźń uczestników. To sprawia, że już myślimy o następnych podróżach, odległych zakątkach i niezwykłych przygodach…

Kategoria: 2007 Gruzja, Gruzja | Komentarze (0)

Data: poniedziałek, 1 Październik 2007 autor: admin

Posiadaliśmy GPS Garmin 60. Ten typ odbiornika nie obsługuje map wektorowych, jednak dzięki możliwości podłączenia go do komputera poprzez port USB znaleźliśmy skuteczną metodę do wykorzystania go w nawigacji. Ściągnięte z Internetu mapy topograficzne, skalibrowałem w programie Fugawi. Znając naszą planowaną trasę i jej ewentualne warianty, na ścieżce zaznaczonej na mapie, co 1-2 km zaznaczałem waypointy, Jednocześnie zaznaczając nr waypointu na wydrukowanej mapie. W ten sposób uzyskałem “mapę waypointów”. W ten nieco spartański sposób, będąc w sytuacji, kiedy potrzebowaliśmy odnaleźć się na mapie, wystarczyło odczytać z odbiornika odległość w linii prostej do najbliższego punktu (lub punktów) oraz kierunek w stopniach i linijką przenieść te dane na wydrukowaną mapę. Sposób ten sprawdził się rewelacyjnie.

Zamieszczam do pobrania przygotowaną przeze mnie “mapę waypintów” składającą się z prawie 200 punktów. Są one w formacie GPX, który jest obsługiwany przez większość programów do obróbki tego rodzaju danych. Może komuś się to przyda.

MAPA WAYPOINTÓW

Oprócz tego zdobywając Kazbek, cały czas rejestrowałem ślad naszej trasy.Zamieszczone przeze mnie ślady są rejestracją naszej drogi na szczyt. Ma to służyć wyłącznie pomocy w orientacji i w żadnym wypadku nie zwalnia od myślenia. Znaczna jego część biegnie po lodowcu, którego wygląd zmienia się z godziny na godzinę. Nie daję żadnej gwarancji, że ta droga będzie wyglądać tak samo w 2008 roku i w latach późniejszych. Wykorzystując te ślady zgadzasz się z faktem, iż nie odpowiadam za jakiekolwiek zgubienia się, wypadki itd. Jest to wyłącznie nasza droga, którą udało nam się wejść i zejść.Zawartość

Ślad “dometeo” prowadzi ścieżką spod monastyru Tsimnda Sameba do stacji meteo. Jest to dobrze widoczna ścieżka, nie sprawia problemów orientacyjnych.

Ślad “doplateau” prowadzi od stacji meteo do plateau na wysokości 4500 przez morenę boczną lodowca.

Ślad “lodowiec” jest wariantem dotarcia do plateau nie przez morenę boczną, lecz przez lodowiec. Zaczyna się na wejściu na lodowiec kilkaset metrów od “czarnego krzyża”

Ślad “nakazbek” prowadzi z plateau, trawersem Spartaka na szczyt Kazbek.

ŚLADY Z KAZBEKA

Kazbek waypoints.
Pozycja ważniejszych punktów na trasie.

B krzyz – ważny punkt orientacyjny na szlaku. widoczny z bazy pod stacją meteo.

Cz krzyz – kolejny krzyż na szlaku. przy nim rozdziela się szlak przez lodowiec i przez morenę.

Lodowiec – wejście na lodowiec.

Noc baza – miejsce, gdzie stał nasz namiot pod bazą.

Noc Tsminda – miejsce gdzie stał nasz namiot pod monastyrem Tsminda Sameba.

Plateau – miejsce, z którego odbija się na trawers.

Przel 4900 – przełęcz pod szczytem.

Przelecz – Przełęcz, z której pierwszy raz widać lodowiec.

Rzeka – miejsce, gdzie przekroczyliśmy rzekę.

Zejscie sz – połączenie się szlaków przez lodowiec i przez morenę.

Znak – wielki kamień resztkami oznakowania szlaku.

WAYPOINTY Z REJONU KAZBEKA

W razie pytań, wątpliwości lub zarzutów – napisz.

Kategoria: 2007 Gruzja, Gruzja | Komentarze (0)


Jak korzystać z bloga? Mapa Skąd brać mapy topograficzne???