2006 Bałkany | MDtravel
Friday, 3 September 2010.

Data: poniedziałek, 18 Wrzesień 2006 autor: admin


Pokaż MDtravel na większej mapie

Kategoria: 2006 Bałkany, Bułgaria | Komentarze (0)

Data: wtorek, 5 Wrzesień 2006 autor: admin

Do granicy macedońsko bułgarskiej (Gyueshevo) dojechaliśmy dość łatwo złapanym stopem z miejscowości Kriva Palanka. Całe przejście to kilka dość nowoczesnych budynków na których już są unijne gwiazdki, mimo, ze do wspólnoty Bułgaria wstąpi dopiero za kilka miesięcy. Żar lejący się z nieba oraz praktycznie żaden ruch samochodów sprawił, że ostatnie denary wydaliśmy na espresso w przygranicznym barze i usiedliśmy na ławeczkach wygrzewając się w słońcu. W końcu przeszliśmy do odprawy – znów to samo – dziwne spojrzenia na plecaki i nasze nieogolone twarze, pieczątka do paszportu, sprawdzanie plecaków przez celnika, wymiana pieniędzy i jesteśmy w Bułgarii! Po 1,5h czekania, czwarty przejeżdżający samochód zabrał nas do miejscowości Kyustendil. Miasto jest uzdrowiskiem z wodami termalnymi, które o tej porze roku pełne jest emerytów spacerujących po prawie pustych deptakach. Pierwsze nasze kroki skierowaliśmy do knajpki, aby napić się miejscowego piwa. Piwo Pirin smakuje wyśmienicie, szczególnie w tak upalny dzień. Po godzinie 17 poszliśmy na dworzec. Okazało się, że jest jeden wieczorny pociąg do Sofii, a następny jedzie dopiero rano. Zdecydowaliśmy się jechać rano, gdyż inaczej znaleźlibyśmy się w centrum dużego miasta około północy, bez szans na tani nocleg. Stwierdziliśmy że przeczekamy na dworcu – skoro pociąg był o 4.30 to bez sensu byłoby szukać noclegu w mieście. Poza tym liczyliśmy, że się wkradniemy do pociągu na bocznicy i spokojnie pośpimy w przedziale. Staliśmy się atrakcją nieco sennego dworca. Po godzinie znaliśmy już głównego dróżnika, który w naszym imieniu miał załatwić z zawiadowca stacji, żeby nas wpuścił do wagonu na bocznicy (tego, który miał jechać do Sofii), ale szef był nieubłagany. Nawet perspektywa drobnej “wzjatki” nie skutkowała. Nockę przeczekaliśmy w przydworcowej knajpie, w której popijaliśmy kawę, prawie kupiliśmy od dróżnika starego moskwicza i namiętnie oglądaliśmy bułgarskie MTV (jedyna stacja). Przy bułgarskich gwiazdach disco nawet Doda i Mandaryna mogą się schować. Oglądałem teledyski z ciekawością socjologa i nie raz pytałem się sam siebie na głos jak ludzie mogą oglądać sylikonowe piersi większe niż głowy, sylikonowe usta na pół twarzy, kto wie co jeszcze z sylikonu wydające odgłosy przypominające w połowie zawodzenie muezinów, a w drugiej połowie duszenie kota. Kto chce się przekonać niech wpisze na youtube “bulgarian music” Ale dość o tym.

W pociągu zdrzemnęliśmy się nieco po prawie czterech godzinach wleczenia się dojechaliśmy do Sofii. Naszym planem było znalezienie hostelu do czasu przyjazdu reszty ekipy. W stolicy Bułgarii znalezienie noclegu nie jest problemem – hostelów jest mnóstwo, a w pobliżu dworca jest pełno naganiaczy. Wszystkie ceny oscylują wokół 10 euro. Weszliśmy do pierwszej lepszej kamienicy do hostelu, którego gospodyni mówiła nieco po polsku i chciała 9 euro za noc. Po przepakowaniu się, ogoleniu, wymyciu, wypraniu i chwili odpoczynku poszedłem na dworzec odebrać resztę ekipy. I tu mała niespodzianka bo spodziewaliśmy się 3 osób, a przyjechało czworo. I tak nasza ekipa powiększyła się o Kasię, Monikę , Tomka i Marka. Popołudnie i wieczór minął nam na zajadaniu smakołyków, opowieściach, buszowaniu w necie, popijaniu rakiji i planowaniu zwiedzania Bułgarii. Jako, ze każdy miał wiele do powiedzenia, a nie widzieliśmy się bardzo długo, wieczór trwał prawie do rana.

Następnego dnia wyruszyliśmy zwiedzać Sofię. Przeszliśmy najbardziej standardową trasę polecana przez przewodnik wydawnictwa Pascal. Stolica Bułgarii nie jest najpiękniejszym miastem, więc nie zdecydowaliśmy się zostać na dłużej. Najbardziej podobała się nam cerkiew rosyjska św. Mikołaja, Żensky Pazar oraz sztandarowy zabytek Sofii – Sobór Aleksandra Newskiego i plac wokół niego, gdzie widzieliśmy próby do parady wojskowej z okazji przyjazdu grupy oficjeli z Chin. Tego samego dnia wsiedliśmy do autobusu i po czterech godzinach byliśmy u podnóża gór Pirin – w miasteczku Melnik. Melnik przede wszystkim znany jest z produkcji wina i starych winiarni. Urocze domki wzdłuż głównej ulicy wyglądały bajkowo. Na prawdę warto pochodzić po miasteczku. Dla amatorów wina obowiązkowe są wizyty w winiarniach, które znajdują się prawie przy każdym domu. Zrobiliśmy ostatnie zapasy, zjedliśmy kolację w knajpce i ruszyliśmy na poszukiwanie miejsca do spania. Liczyliśmy, że przy drodze znajdziemy jakieś dogodne miejsce na rozbicie namiotów. Znaleźliśmy płaski teren, najprawdopodobniej po starym polu namiotowym (świadczyły o tym stare wiaty i kilka baraków), który teraz wykorzystywany był jako pastwisko i generalnie zwierzyniec. Rozbiliśmy namioty w pobliżu starej wiaty, do której uwiązana była wielka maciora – na tę noc była to nasza maciora obronna.

Kategoria: 2006 Bałkany, Bułgaria | Komentarze (0)

Data: wtorek, 5 Wrzesień 2006 autor: admin

Następnego dnia okazało się, że nocowało z nami jeszcze sporo małych prosiaków, szczeniaków i kilka koni. Rozstaliśmy się w przyjaźni udając się do następnej wioski, skąd wyruszał szlak. Po drodze oglądaliśmy niesamowite “piramidy melnickie” – zbudowane z czerwonego piaskowca formy skalne, które niczym drapacze chmur, zupełnie niespodziewanie wyrastały z lasu po obu stronach drogi. Warto się zatrzymać i popodziwiać te cuda natury, gdyż trudno spotkać w tej części świata inne tak osobliwe formy z piaskowca, któremu erozja nadała tak fantastyczne kształty. Ruszyliśmy zielonym szlakiem, który zaczyna się zaraz przy asfaltowej drodze. Plecaki z jedzeniem na kilka dni ciążyły, a żar lejący się z nieba sprawiał, że pochłanialiśmy litry wody. Na szczęście na szlaku jest kilka źródeł. Podchodzenie w takiej pogodzie to mordęga, więc robiliśmy mnóstwo przerw. Po 18 zaczęliśmy rozglądać się za miejscem do spania i znaleźliśmy płaski teren w pobliżu pustelni. Obok nas rozbiło się jeszcze dwoje Bułgarów, którzy schodzili do Melnika. Po zachodzie słońca, kiedy temperatura zrobiła się znośna, nasi sąsiedzi zaprosili nas do wspólnego ogniska, do którego dosiadł się także pustelnik. Wszyscy byli zmęczeni, więc po zjedzeniu melona(!), który przyniósł nam pustelnik i po szklance rakiji, którą się odwdzięczyliśmy poszliśmy spać. Sen był twardy, gdyż jak się później okazało przeszliśmy ponad 1000m w pionie w niesamowitym upale.

Ranek nie zapowiadał chłodniejszego dnia. Ruszyliśmy dalej zielonym szlakiem, który doprowadził nas do schroniska Pirin (ostanie kilkanaście minut szlak czerwony). Po krótkiej przerwie ruszyliśmy w górę doliny, która wg mapy nazywa się Żelezniszka w stronę jeziora Tewno. Kolejny dzień marszu w upale. Mimo, że wysokość już przekroczyła 2000mnpm temperatura nadal była wysoka. Cały czas szlak prowadzi dnem doliny, która otoczona była szczytami o wysokości od 2600 do 2800mnpm. Po dojściu na koniec doliny i wdrapaniu się po dość sporych skałach na przełęcz na wysokości ponad 2600mnpm naszym oczom ukazał się cudowny widok. Rozległa kotlina z kilkunastoma jeziorami otoczonymi wysokimi i skalistymi górami. Rewelacyjny pejzaż namalowany przez lodowiec górski kilkanaście tysięcy lat temu. Siedzieliśmy tam i patrzyliśmy na zachód słońca… Korzystając z ostatnich chwil blasku zeszliśmy do schronu przy jeziorze Tewno. Wokoło małego budynku schronu rozbitych było kilkanaście namiotów. Szybko też postawiliśmy nasze i ugotowaliśmy obiad. To był nasz pierwszy tak wysoki biwak. Dziwnie się spało ze świadomością, że jezioro jest kilkanaście metrów wyżej niż Rysy…

Dopiero rano poznaliśmy inna stronę spania na takich wysokościach we wrześniu. Mimo, iż w dzień był upał z nocy temperatura spadła poniżej zera. Ci którzy nie ubrali się odpowiednio mieli zimną noc. Rano namioty pokryte były szronem. Jednak pierwsze promienie słońca stopiły szron i zaraz wysuszyły namioty. Po zwinięciu biwaku ruszyliśmy dalej czerwonym szlakiem w kierunku pn-zach w stronę szczytu Wichren – najwyższego punktu tego pasma. Było nadal bardzo słonecznie, jednak szlak w całości prowadził powyżej 2500mnpm, więc temperatura była przyjemna. Cały dzień szliśmy wśród wspaniałych widoków, nagich ostrych szczytów, jezior polodowcowych, hal na których pasły się konie… Mijaliśmy także wielu innych turystów. Pod koniec dnia doszliśmy do innej grupy jezior, których nazw nie pamiętam (na samym początku doliny, gdzie znajduje się schronisko Wichren). Zejście z przełęczy biegło po wielkich głazach, co nie wszystkim przypadło do gustu. Cały szlak tego dnia był przyjemną i bezpieczną ścieżką, która pozwalała cieszyć oczy wspaniałymi widokami. Z miejsca naszego biwaku można było oglądać nasz jutrzejszy cel – Wichren – w pełnej krasie. Szybko wykapaliśmy się w jednym z jezior, zjedliśmy obiad i nauczeni doświadczeniem z dnia poprzedniego jeszcze przed zachodem słońca byliśmy w śpiworach, gdyż gdy tylko słońce schowało się za szczytami gór temperatura bardzo gwałtowanie spadała i po kilkunastu minutach pojawiał się szron na tropikach namiotów. Tak było już do końca naszej wyprawy.

Ze względu na to, ze poprzedniego dnia poszliśmy spać dość wcześnie (przed 20) wszyscy wstaliśmy zaraz po świcie, kiedy bezpośrednie promiennie słońca nie dotarły do naszej doliny. Stojąc we wszystkim co mięliśmy do ubrania i czekając na pierwsze promienie słońca podziwialiśmy Wichren w czerwonej barwie wschodu. Widok był cudowny. Gdy tylko słonce zawitało do naszej doliny, temperatura znacznie wzrosła – zwinęliśmy biwak i ruszyliśmy do schroniska Wichren. Tam od rana duży ruch, ponieważ weekend i kilka dni słonecznej pogody sprawiło, że tłumy ludzi postanowiło wejść na górę. Zostawiliśmy nasze plecaki w schronisku i wyposażeni tylko w wodę i kurtki ruszyliśmy na górę. Po drodze oglądaliśmy obrazki znane z polskich najbardziej popularnych szlaków. Istna rewia mody, szczególnie w przypadku obuwia. Wszelkiego rodzaju tenisówki, buty na koturnach, klapki i inne plażowe nakrycia stóp skutecznie spowalniały swoich właścicieli. Jednak naszą “nagrodę publiczności” zdobyła pani, która w przepięknej białej sukni, gustownych lakierkach, białych rękawiczkach i z parasolka słoneczną schodziła ze szczytu. Nie wiemy czy weszła na górę, ale naszym skromnym zdaniem byłby to prawdziwy wyczyn. Podejście nie było trudne techniczne, ale uciążliwe, gdyż trzeba pokonać ponad 1000m przewyższenia. Na szczycie tłumy, ale wszystko rekompensuje widok. Robimy pamiątkowe zdjęcia, napawamy się chwilkę widokiem i schodzimy szlakiem od strony wschodniej, który jest znacznie trudniejszy (dlatego jest mniej ludzi), ale nadal bezpieczny. Ok. godziny 16 znów jesteśmy w schronisku. Postanowiliśmy przedostać się do Banska – bułgarskiego zakopanego. Mogliśmy iść kilka godzin mało ciekawa drogą lub wsiąść do busa i po ok. pół godzinie być na miejscu. Bansko jest typowym kurortem zimowym, w którym przebywa mnóstwo Brytyjczyków (są nawet reklamy po angielsku) lub bogatych Bułgarów. Postanowiliśmy przespać się w jakimś tanim pensjonacie. Wyruszyłem z Kasią na łowy – ceny raczej ok. 20 leva za nocleg. Znaleźliśmy hotelik w przepięknym starym budownictwie i po kilku minutach targów za pokój 3 osobowy dla naszej szóstki zapłaciliśmy 7 leva od łebka. Stwierdziliśmy, że mamy ochotę na całą stertę sałatki szopskiej. Kupiliśmy mnóstwo warzyw oraz sera feta i jedliśmy do oporu.

Kategoria: 2006 Bałkany, Bułgaria | Komentarze (0)

Data: poniedziałek, 4 Wrzesień 2006 autor: admin

Na śniadanie i na drugie śniadanie tez była sałatka szopska. Objedliśmy się tak, że już do końca wyjazdu nikt nie chciał sałatki szopskiej. Pobyt w cywilizowanych warunkach wykorzystaliśmy na pranie, suszenie namiotów oraz na opracowani trasy dotarcia w góry Riła. Około południa przeszliśmy przez Bansko (wiele ciekawych sklepów – w tym turystycznych – Kamil i Marek kupili sobie windstopery North Face’a za 120zł/szt. Podróbki czy nie – sprawują się bardzo dobrze) na dworzec kolejowy i autobusowy. Do Jundoli chcieliśmy dostać się autobusem, ale połączenia nie pasowały, więc pojechaliśmy wąskotorówką. Prawie 4 godziny jazdy maleńkimi wagonikami na twardych drewnianych siedzeniach byłoby katorgą gdyby nie widoki za oknem. Przejeżdżaliśmy przez część Bułgarii zamieszkana przez Muzułmanów, więc nad wioskami wciśniętymi w doliny górowały minarety. Pociąg ciągle skręcał, jechał przez most albo tunel. Nareszcie dotarliśmy do stacji Swieta Petka (najwyżej położonej stacji kolejowej w Bułgarii), która była budką w lesie. Nasze plecaki znów pełne zaopatrzenia, ciążyły bardzo kiedy przedostawaliśmy się do Jundoli (ok. 1,5h pieszo). Miejscowi jako miejsce na namiot polecili nam wielki trawiasty teren w obniżeniu zaraz koło centrum wsi. Jak nam polecono tak zrobiliśmy. Po zmroku, cichcem rozbiliśmy się pod lasem.

Kiedy rankiem jako pierwszy wyjrzałem na zewnątrz, ledwo zobaczyłem czubek swojego nosa. Miejsce w obniżeniu nie było najlepszym rozwiązaniem – gęsta mgła spowiła tylko okolice naszych namiotów. Z Kamilem natychmiast skoczyliśmy do kawiarni po rakije na rozgrzewkę i na kawę. Nie było daleko – w kocu spaliśmy prawie w centrum. Zwinęliśmy namioty i przeszliśmy w pobliże kawiarnio – sklepu na śniadanie. Pałaszując pyszne cieplutkie ciasteczka postanowiliśmy, że dalej pojedziemy stopem w okolice jeziora zaporowego i bazy bułgarskich narciarzy biegowych na wysokości ponad 2000mnpm. Według mapy prowadziła tam asfaltowa droga. Alternatywa dla stopa była całodzienna trasa tym asfaltem w górę. Jednak nasza ekipa miała szczęście i już po kilku minutach udało się złapać leśników, którzy UAZ-em, jechali właśnie tam gdzie my. Zapakowaliśmy się wszyscy. Jazda była bardzo wygodna i przyjemna gdyby nie fakt, że z plecaka jednego z leśników wystawała dubeltówka, która kołyszac się celowała raz w moją, raz w Tomka głowę. Leśnicy wysadzili nas w miejscu, w którym powinien znajdować się szlak. I tak zaczęliśmy naszą wędrówkę po kolejnym paśmie górskim. Różniło się ono znacznie od Pirinu. Przede wszystkim, we wschodniej części, gdzie się znajdowaliśmy nie było w ogóle ludzi. Góry przypominały olbrzymie Bieszczady, w których połoniny ciągną się dalej niż sięga wzrok. Chodzenie po tych górach było bardzo przyjemne – brak skał, sama trawa, przyjemne i obłe szczyty, a przede wszystkim niesamowite przestrzenie. Wielkie trawiaste pastwiska na których rządziły widziane przez nas z daleka stada koni. Cały dzień szliśmy i szliśmy po wielkiej trawiastej połoninie. Biwak rozbiliśmy na godzinę przed zachodem Słońca. W sam raz aby w momencie, kiedy słońce schowa się za horyzontem spokojnie sobie leżeć w ciepłym śpiworze. Tego dnia wpadliśmy na pomysł, aby z kijków trekingowych zrobić maszt i powiesić naszą flagę nad obozem.

Ranek znów spędziliśmy przed namiotami trzęsąc się z zimna i czekając aż słońce wyjrzy znad gór. Śmialiśmy się, że jeszcze kilka takich poranków i ponownie ożyje kult Słońca od którego zależy tak wiele. Tym razem znów po kilku chwilach od pojawiania się słońca temperatura bardzo gwałtownie skoczyła w górę. Kolejny dzień ciągłej wędrówki poprzez olbrzymie połoniny urozmaicony pięknymi widokami, miedzy innymi na pasmo gór Pirin. Atrakcją dnia była wizyta w obrzydliwym schronisku, w którym tradycyjnie kupiliśmy sobie piwo Pirin. Po południu doszliśmy na bardzo płaski szczyt niedaleko rozwidlenia szlaków w kierunku najwyższego szczytu Riły, Bułgarii i całych Bałkanów – Musały 2925mnpm i w kierunku Riłskiego Monastyru. Chcieliśmy iść na szczyt, później wrócić i iść dalej w kierunku słynnego monastyru, ale nie byliśmy pewni co do czasów dotarcia na szczyt, więc zdecydowaliśmy się na nocleg na samym szczycie góry – prognozy nie mówiły o deszczach ani burzy tego dnia, więc spaliśmy spokojnie. Tego wieczora zdecydowaliśmy się także na rozdzielenie się. Kasia i Marek powoli musieli wracać do Polski, a Monika, Tomek i Kamil mieli jeszcze czas, więc szli dalej. Ostatni wieczór minął na przepakowywaniu wspólnego jedzenia i sprzętu, ostatecznym rozliczaniu się wspominaniu. Postanowiliśmy, że Ci którzy będą na siłach wstaną w nocy, aby wejść na szczyt przed wschodem słońca. Na oko droga wyglądała na 1,5h, ale nie chcieliśmy ryzykować, więc budziki nastawiliśmy na 3.40 i po wyjątkowo zimnej i krótkiej nocy Monika, Tomek, Kamil i ja poszliśmy na szczyt pozostawiając słodko śpiących Kasie i Marka w ciepłych namiotach. Noc była bardzo jasna, gdyż księżyc był prawie w pełni, a dodatkowo niebo rozświetlało kolorowe halo (zjawisko świecenia kryształków lodu w powietrzu i postaci okręgu wokół słońca lub księżyca) wokół księżyca. Na szczyt dotarliśmy około 5 – na 50 min przed wschodem słońca. Z pewnością zamarzlibyśmy na szczycie gdyby nie to, że ujadanie psów obudziło śpiących naukowców w stacji meteorologicznej. Zostaliśmy poczęstowani gorąca herbatą (a raczej czymś co w Bułgarii przypomina herbatę, ponieważ pije się tam słodka wodę zabarwioną na herbaciano). Na sam koniec mojej podróży dane mi było oglądać wschód słońca na najwyższej górze całych Bałkanów! Był to fantastyczny spektakl barw, które na wszelkie odcienie najpierw czerwonego, później pomarańczowego rozświetlały otaczające szczyt chmury. Po tym niesamowitym widowisku wróciliśmy naszą górę przepędzając ze szlaku całe stada kozic, które były wyraźnie zdziwione pojawieniem się kogokolwiek o tak wczesnej porze. Po dojściu na nasz szczyt, zwinęliśmy biwak i po długich pożegnaniach ruszyliśmy w dwie strony – jedni do Riłskiego Monastyru a ja z Kasią i Markiem do Borovca i dalej jakimś sposobem do domu…

Znów przez Musałę poszliśmy w stronę kolejki górskiej, która zwiozła nas do samego Borovca. Tam podzieliliśmy się na autostopowe grupy, podzieliliśmy mapami i ruszyliśmy stopem do domu. Marek przez Rumunię, Węgry, Słowację i Czechy wrócił do Poznania po nie całych dwóch dniach. Jego podróż do domu to osobna opowieść. Ja z Kasią przez Sofję, Serbię, Węgry i Słowację dotarliśmy do domu po 2,5 dnia. Bułgarie i Serbię przejechaliśmy stopem natomiast Węgry i Słowacje pociągiem. Monika, Tomek i Kamil doszli do Riłskiego monastyru po czym przez Rumunię dojechali pociągiem na Ukrainę, gdzie w Stryju zatrzymali się na kilka dni i po pięciu dniach po nas wrócili do Poznania.

Tak skończyła się moja i Kamila ponad półtoramiesięczna podróż po Bałkanach. Były to najwspanialsze chwile jakie przeżyłem w podróży. Poznaliśmy mnóstwo wspaniałych ludzi, wiedzieliśmy przepiękne góry i miasta, mieliśmy dziesiątki niezwykłych przygód, o których nie wspomniałem w relacji ponieważ wtedy powstałaby sporej grubości książka… Moment kiedy zdecydowaliśmy, że wracamy był najgorszy na całej wyprawie. Zdając sobie sprawę, że powrócę do miasta, gdzie znów każdy dzień będzie podobny do poprzedniego i nie będzie już towarzyszącej nam od miesiąca niepewności, gdzie spędzimy noc oraz gdzie poprowadzi nas los za kila dni, poczułem nagły smutek. Jednak po kilku chwilach zdałem sobie sprawę, że to tak na prawdę dopiero początek następnego etapu przygody, jaką jest całe życie.

Kategoria: 2006 Bałkany, Bułgaria | Komentarze (0)

Data: piątek, 25 Sierpień 2006 autor: admin


Pokaż MDtravel na większej mapie

2006.08 Macedonia

Kategoria: 2006 Bałkany, Macedonia | Komentarze (0)

Data: czwartek, 24 Sierpień 2006 autor: admin

Ten maleńki kraj położony w południowej części Półwyspu Bałkańskiego nie jest znany polskim turystom z kilku powodów. Przede wszystkim rzesze spragnionych słońca turystów omijają Macedonię, ponieważ nie ma dostępu do morza. Prawie wszyscy jeżdżą do jej sąsiadek, Bułgarii lub Grecji, posiadających szerokie, piaszczyste, nadmorskie plaże oraz dobrze rozwinięte, nowoczesne kurorty. Oprócz tego Macedonia jeszcze do niedawna była omijana ze względu na wysokie ceny wiz i niepokoje społeczne w północno zachodniej części kraju. Jednak od 2006 roku obywatele Polscy nie potrzebują nic oprócz paszportu, aby wjechać do tego spokojnego już kraju, we wnętrzu którego skrywają się przepiękne zabytki oraz ostała się niesamowita dzika przyroda. Warto poświęcić kilka dni na odwiedzenie choćby części kraju, który niegdyś był perełką w turystycznej koronie Jugosławii.

Najlepiej znanym i zarazem najbardziej godnym odwiedzenia macedońskim miastem jest Ochryda leżąca nad olbrzymim Jeziorem Ochrydzkim. Położona jest w południowo zachodniej części Macedonii, niedaleko granicy albańskiej i greckiej. Dzisiejsza ranga miasta nie dorównuje jego dawnej świetności. W czasach kiedy w Polsce jeszcze czczono światowida i nikt nie myślał o chrześcijaństwie w Ochrydzie istniało arcybiskupstwo i szkoły założone przez pierwszych uczniów Cyryla i Metodego, Klimenta i Neuma. Właśnie oni utworzyli z miasta centrum słowiańskiej kultury chrześcijańskiej, a także miejsce rozwoju cyrylicy, za której twórcę uznawany jest Kliment nazwany później Ochrydzkim. We wczesnym średniowieczu Ochryda była nawet stolicą państwa, kiedy po spaleniu przez Turków Wielkiego Tyrnowa, bułgarski król obrał sobie to miasto na siedzibę. Do dziś owy moment w historii stanowi kość niezgody pomiędzy Bułgarami a Macedończykami co do faktycznej istoty państwa. Bułgarzy twierdzą, że była to Bułgaria, natomiast Macedończycy uznawali to królestwo za swoje państwo. Do XVIII wieku istniało tam arcybiskupstwo, które w swych najlepszych czasach obejmowało większą część Półwyspu Bałkańskiego aż po rzekę Dunaj, a nawet Maltę i Sycylię. Liczne najazdy Turków i inne przyczyny sprawiły, że miasto podupadło, ale jeszcze w XIX w. stanowiło ostoje chrześcijaństwa w muzułmańskim Imperium Tureckim. Jednak największy rozkwit miasta przypadał na średniowiecze i właśnie z tego okresu zachowało się najwięcej bezcennych zabytków – malowniczych świątyń i monasterów. Cała starówka Ochrydy została wpisana na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO. Jeżeli ktoś lubi zwiedzać stare świątynie, znajdzie je pomiędzy wąskimi uliczkami starówki lub na stromych brzegach jeziora. W kilkunastu świątyniach można godzinami podziwiać architekturę romańską, a także zabytki sakralne cerkwi. Wielbiciele sztuki starożytnej znajdą także ruiny antycznego teatru z oryginalnymi mozaikami. W najwyższym punkcie miasta znajduje się forteca (pałac Samuela), z murów której rozpościera się niezwykle malowniczy widok na góry, jezioro i całe miasto. Jeśli ktoś nadal będzie czuł niedosyt zwiedzania, chroniąc się przed śródziemnomorskim słońcem, możne udać się do chłodnych wnętrz muzeum ikon ochrydzkich lub obejrzeć wystawę literatury słowiańskiej.

Na zmęczonych zwiedzaniem czekają dziesiątki kawiarni, gdzie będą mogli w spokoju napić się czegoś chłodnego i popatrzyć w na błękitna taflę jeziora i otaczające je łagodne góry, których szczyty przekraczają wysokość 2000 m. npm. Infrastruktura turystyczna w mieście jest dość dobrze rozwinięta i bez problemów zjemy obiad w restauracji, zrobimy każde zakupy, a wieczorem będziemy mogli przejść się na deptaku podziwiając występy aktorów i kupić kilka pamiątek lub prezentów dla znajomych. Dla Macedończyków Ochryda jest miastem, które koniecznie trzeba choć raz odwiedzić. Są z niej bardzo dumni i zawsze podczas rozmowy chwalą jej liczne zalety.

Dla spragnionych wypoczynku na łonie natury, wzdłuż jeziora jest kilka campingów, gdzie można wynająć przyczepę, domek, bądź rozbić swój namiot. Dla bardziej wybrednych jest cała gama mieszkań prywatnych, od bardziej na uboczu, do ekskluzywnych z widokiem na jezioro i egzotycznymi owocami na tarasie. Co kilkaset metrów znajdują się czyste i zagospodarowane plaże, które są pod opieką campingów i hoteli, ale także są dzikie plaże, które jednak czasem mogą być trochę zaśmiecone. Woda w jeziorze zachęca do kąpieli. Mimo znaczącego ruchu turystycznego jezioro jest na tyle duże (trzy razy większe niż Śniardwy!), że samo się oczyszcza i woda jest krystalicznie czysta. Oprócz tego jest ciekawostką geograficzną, gdyż po Bajkale w Azji i Tanganice w Afryce jest najstarszym jeziorem na świecie, a jego głębokość (280 m) sprawia, że zasilane jest z ciepłych wód geotermalnych, które powodują, że niezależnie od pogody woda jest zawsze ciepła. Nie ma nic przyjemniejszego niż wykapać się po zachodzie słońca, kiedy temperatura wody znacznie przewyższa temperaturę powietrza.

Dla tych, którzy nie lubią leniuchować nad wodą, Macedonia ma do zaoferowania wspaniałe i dzikie góry. Pomiędzy jeziorem Ochrydzkim i Prespańskim (odległym o kilkanaście kilometrów, także olbrzymim) znajduje się pasmo górskie Galicica i park narodowy o tej samej nazwie. Znajduje się tam punkt widokowy, który jest chlubą wszystkich okolicznych mieszkańców. Podczas rozmowy, dumni ze swojej okolicy miejscowi na pewno zaznaczą, że w górach Galicica jest miejsce, z którego widać obydwa wielkie jeziora, a także tereny Albanii i Grecji. Niestety ze względu na bliskość granic, oprócz asfaltowej drogi na drugą stronę gór nie ma dobrze wytyczonych szlaków, ani żadnej dokładniejszej mapy tych terenów. Jednak do punktu widokowego można dojechać wspomnianą drogą. Znajduje się on powyżej granicy lasu, więc korzystając z wydeptanych ścieżek można się udać na pobliskie wzniesienia. Najwyższy szczyt w paśmie znajduje się w strefie nadgranicznej i aby tam chodzić trzeba uzyskać pozwolenie lub wziąć udział w zorganizowanej wycieczce (organizują je różne biura z Ochrydy). Park narodowy jest niewielki, więc idealnie nadaje się na jednodniową wycieczkę.

Gdyby przejechać drogą dalej niż na punkt widokowy, przejedziemy park narodowy Galicica i dojedziemy do brzegów jeziora Prespańskiego. Jego okolice są mniej zagospodarowane turystycznie, przez co dociera tam mniej ludzi, więc jeżeli szukamy ciszy i spokoju, możemy je znaleźć właśnie tam. Nie znajdziemy tam zabytków ani starych świątyń, jednak okolica, na którą składają się maleńkie wioski pośród sadów jabłkowych dla niektórych jest piękniejsza niż gwarne okolice Ochrydy. Widoki także zachwycają, gdyż oprócz panoram na zachodnią stronę Galicicy możemy popatrzyć na kolejne pasmo górskie o zabawnej nazwie Baba i jego największy szczyt Pelister.

Dla turystów, którzy lubią góry masyw Baba wydaje się idealny ze względu na dość bogatą sieć szlaków i wybudowane tam kilka schronisk turystycznych. Mimo, że najwyższy szczyt jest wyższy od naszych Rysów – wznosi się na wysokość 2601m n.p.m., masyw jest niewielki i bardzo łagodny. Bez wątpienia każdy amator górskich wędrówek zdobędzie Pelister bez większych problemów. 3 dni starczą, aby dojść do każdego górskiego jeziorka, napić się herbaty w każdym schronisku a także pooglądać rewelacyjne krajobrazy otoczonego górami jeziora Prespańskiego. W górach Baba znajduje się również inna przyrodnicza atrakcja Macedonii. Las sosnowy Molika, który występuje nawet na wysokości 2200m n.p.m. Tak wysoko występujące drzewa to osobliwość nawet w klimacie śródziemnomorskim. Po górskich spacerach w lasach a także halach gór Baba możemy zejść do drugiego co do wielkości miasta w Macedonii – Bitoli.

Bitola nie prezentuje szczególnych walorów turystycznych, ale jest węzłem komunikacyjnym, z którego możemy udać się pociągiem do Skopie lub autobusami do każdego innego macedońskiego miasta, a nawet Istambułu.

Mimo iż opisany wyżej region jest najbardziej popularnym miejscem wakacyjnego wypoczynku dla samych Macedończyków, a także turystów z innych krajów (choć nie jest ich wielu), nie jest on skomercjalizowany w negatywnym tego słowa znaczeniu. Kiedy przechodziliśmy przez wioskę Arivati u podnóża gór Baba wszyscy mieszkańcy widząc nasze duże plecaki uśmiechali się przyjaźnie, pozdrawiali nas, a także zapraszali na nocleg do domów, bądź częstowali kawą lub herbatą. Nie robili tego z chęci zysku lecz zwykłej ludzkiej serdeczności. Prawdą jest stwierdzenie, że w Macedonii czas płynie wolniej. Widuje się duże grupki ludzi grających w karty lub domino na stoliku przed domem, każdy ma chwilę, żeby porozmawiać, a kierowca, który wiezie autostopem nie raz nadrobi kilkanaście kilometrów, aby nas zawieźć do celu. Stosunek Macedończyków do czasu może symbolizować zegar na stacji kolejowej Bogomiła, któremu ze starości odleciały wskazówki. Wydaje się, że nie trzeba mierzyć czasu, bo zawsze go wystarczy. Warto to wykorzystać i pojechać tam właśnie po to, aby odkryć, że nie w każdym miejscu ludzie są zabiegani i nigdy nie mają na nic czasu. Za kilka lat, kiedy turyści z większości krajów europejskich odkryją piękno tego kraju, czar pryśnie, gdyż masowa turystyka przeważnie zabija życzliwość ludzką i zamienia ją w biznes.

Kolejnym powodem, dla którego warto odwiedzić Macedonię jest historyczna życzliwość Macedończyków do Polaków. Niewielu wie, ale ze względu na nasze liczne wojny z Turcją, która przez ponad 500 lat okupowała terytorium Macedonii, w świadomości Macedończyków (ale nie tylko, bo także Albańczyków), jawimy się jako naturalni sprzymierzeńcy, więc darzeni jesteśmy dużą sympatią i gdy tylko powiemy skąd jesteśmy od razu zobaczymy szeroki uśmiech na twarzy naszego rozmówcy. Niestety Polacy kojarzą Macedonię tylko przez postać Aleksandra III Macedońskiego o którym każdy uczył się w szkole. Jednak ta postać nie jest uznawana przez Macedończyków za ich bohatera, ponieważ po tamtych czasach (IV w. p.n.e.) pozostała jedynie historyczna nazwa,. Dzisiejsi mieszkańcy tych terenów są Słowianami, którzy nie maja nic wspólnego z ludem Aleksandra. Ta historyczna nazwa jest także problemem dla ustalenia oficjalnej nazwy kraju. Na forum ONZ Grecja sprzeciwia się nazwie Republika Macedonii, jako nawiązującej właśnie do czasów starożytnych i wspólnie wypracowano zmianę na Była Jugosłowiańska Republika Macedonii (używany jest angielski akronim FYROM) i pod taką nazwą Macedonia funkcjonuje w oficjalnych dokumentach międzynarodowych.

Pozostawiając problemy z nazewnictwem, jeżeli ktoś chce zostać w Macedonii na dłużej może odwiedzić Skopie – stolicę Macedonii. Miasto przedzielone przez rzekę Wardar, która oddziela prawosławne dzielnice od muzułmańskich (zamieszkanych głównie przez Albańczyków), nie prezentuje się okazale, gdyż potężne trzęsienie ziemi w 1969 roku praktycznie zrównało je z ziemią. Przetrwała tylko parterowa zabudowa bazaru po muzułmańskiej stronie miasta. Resztę stanowi nowoczesna zabudowa z szerokimi ulicami, wielkimi placami i dużą ilością zieleni. Największą atrakcją jest właśnie stary muzułmański bazar, na którym możemy kupić wszystko – od bananów, przez elektronikę do starych zardzewiałych pił i drewnianych prawideł do butów. Atrakcjami tego małego bałkańskiego kraju są również inne pasma górskie. Rejon najwyższego szczytu Macedonii i Albanii – góry Korab, położonej w zachodniej części kraju lub pasmo Jakupica, do którego można dojechać bezpośrednio pociągiem wysiadając na stacji Bogomiła. Są to tereny jeszcze mniej odwiedzane przez turystów, a przez to bardzo cenne przyrodniczo.

Ważną kwestią podczas wakacyjnej podróży jest bezpieczeństwo. Mimo niepokojów społecznych, które miały miejsce kilka lat temu, a wywołane były wojną w Kosowie, Macedonia jest krajem bardzo bezpiecznym i wolnym od min. Zachowując podstawowe środki bezpieczeństwa nie staniemy się ofiarą kradzieży, bądź innych nieprzyjemnych niespodzianek. Jedyne na co warto zwrócić uwagę w górach to psy pasterskie, które ujadając będą starały się bronić swoich stad. Jednak kijek trekkingowy, bądź gałąź lub rzut kamieniem pokaże im kto tu rządzi i sprawi, że psy nie wyrządzą nam żadnej krzywdy i pozwolą pójść dalej w spokoju.

Tagi:
Kategoria: 2006 Bałkany, Macedonia | Komentarze (0)


Jak korzystać z bloga? Mapa Skąd brać mapy topograficzne???